Oto cud: po niecałych 15 miesiącach politycznej odstawki Silvio Berlusconi ma szansę wrócić na salony. Jeżeli impas w parlamencie się przedłuży, to w przypadku powtórnych wyborów może wylądować tam, skąd wysadziły go jesienią 2011 r. tłumy na ulicach i „zdrajcy” we własnej partii: na stanowisku szefa rządu Włoch. Byłby to spektakularny come back tego – wydawałoby się, kompletnie skompromitowanego – polityka. Ale nie niemożliwy. Współczesna historia zna takie przypadki.
Reklama
Lud Wolności – partia, której niezastąpionym liderem jest „boski Silvio” – szła w wyborczej rywalizacji łeb w łeb z centrolewicową koalicją i przegrała o ułamek procentu. Oba ugrupowania są więc skazane na współpracę bądź na alians z antyestablishmentowym Ruchem Pięciu Gwiazd komika Beppe Grillo. Il Cavaliere ma powody do radości. Jeszcze kilka miesięcy temu jego partia lizała rany po upadku rządu w listopadzie 2011 r. Triumf psuć mu mogą jedynie prokuratorzy, którzy nie odpuszczają byłemu premierowi. Na marcowej rozprawie oskarżono go o organizowanie przyjęć, których uczestnicy korzystali z usług prostytutek. Polityk nie traci rezonu. „Miałem podwójne szczęście – być może zasłużenie – że nigdy nie płaciłem kobiecie czy dziewczynie za intymne stosunki i zawsze byłem w stanie udzielić wsparcia każdemu, kto prosił” – napisał w oświadczeniu. „Być może prokurator nie miał tak wiele szczęścia” – dorzucił.
76-letni Berlusconi wraca do formy. – Jestem Jezusem Chrystusem polityki. Cierpię za każdego – potrafił rzucić jeszcze kilka lat temu. – Jestem, i to nie tylko moja opinia, najlepszym premierem, jakiego można by znaleźć. Jak sądzę, nie było w historii nikogo takiego, wobec kogo mógłbym czuć się gorszy. Wręcz przeciwnie – perorował na jednej z konferencji prasowych, podkreślając, że jest „najbardziej prześladowanym prawnie człowiekiem wszech czasów”. – W całej historii ludzkości, na całym świecie – dorzucił dobitnie. „Prześladowanie”, skądinąd, wciąż trwa: we włoskich sądach toczy się kilka procesów przeciw byłemu szefowi rządu i w jednym z nich zapadł już wyrok – rok więzienia i 5-letni zakaz piastowania funkcji politycznych. Problem w tym, że wyrok nie będzie prawomocny, dopóki nie zostanie dokończona procedura przewidująca podwójną apelację. A to we włoskich warunkach oznacza kilkuletnią batalię sądową. W razie czego to wystarczy, żeby porządzić.
Inna sprawa, że gdyby nie wiek, to nawet odsiadka nie musiałaby przekreślić całkowicie kariery „boskiego Silvio”. Są politycy, którzy potrafią wybrnąć z infamii nawet po kilku latach.

Odkupienie poprzez czyszczenie toalet

Reklama
Jacques Chirac mówił o nim „najlepszy wśród nas”. Były premier Francji Alain Juppé miał zawsze opinię świetnego organizatora, na dodatek do bólu lojalnego wobec partyjnych kolegów. Nic więc dziwnego, że gdy nad Sekwaną wybuchł skandal związany z rozdawnictwem stanowisk dla ludzi Chiraca i nadużywaniem środków publicznych na cele partyjne, Juppé wziął na siebie odium winy. Sprawa dotyczyła przestępstw popełnionych w latach 90., w czasach gdy Chirac był jeszcze merem Paryża, ale od tamtej pory patron Juppégo zdążył wprowadzić się już do Pałacu Elizejskiego i chronił go immunitet prezydencki – a czyjaś głowa musiała spaść.
Juppé położył swoją. Pierwszy wyrok, jaki w 2004 r. zapadł w sprawie, kładł kres wszelkim ambicjom, jakie były już szef rządu mógł jeszcze mieć: 18 miesięcy więzienia w zawieszeniu, pozbawienie praw obywatelskich na pięć lat oraz pozbawienie prawa do ubiegania się o stanowiska na 10 lat. Po apelacji były premier odetchnął z ulgą: odsiadkę zredukowano mu do 14 miesięcy, a zakaz sprawowania funkcji publicznych do roku.
Chirac nie skorzystał z prawa do amnestii, partia odwróciła się plecami, a wyborcy z okręgu wyborczego Juppégo w Bordeaux poskarżyli się w sądzie, gdy tylko były premier zarejestrował się na liście wyborców. Polityk zniknął – przez następny rok krążył między uniwersytetami w USA i Kanadzie, wygłaszając wykłady. Po czym jesienią 2006 r. wrócił i wygrał wybory na mera Bordeaux! Z czasem przypomniała sobie o nim również partia – w 2010 r. prezydent Nicolas Sarkozy wprowadził Juppégo do swojego gabinetu, powierzając mu najpierw tekę ministra obrony, a potem ministra spraw zagranicznych. Dziś ten 68-letni polityk uchodzi za jeden z filarów francuskiej prawicy, z niemałymi szansami na powrót do władzy, jeżeli w najbliższych wyborach Francuzi poślą lewicę do narożnika.
Reaktywacja kariery Juppégo była paradoksalnie możliwa dzięki temu, że uchodził za człowieka o czystych rękach, który wziął na siebie winy swojego pryncypała. Jego skrucha i zejście z oczu wyborcom również przyczyniły się do tego, że dziś jego obecność w polityce nie budzi już większych emocji. Grzeszki i błędy najwyraźniej da się odkupić.
Nikt nie wie o tym lepiej od Billa Clintona. Po skandalu, jaki wybuchł po ujawnieniu jego romansu z Moniką Lewinsky, ówczesny prezydent otarł się impeachment i musiał długo upokarzać się przed kamerami. Przez miesiące po wyprowadzce z Waszyngtonu tłumaczył się z „błędu”, poświęcając romansowi – czy też jego konsekwencjom – obszerny fragment autobiografii. Jednocześnie energicznie rzucił się w wir działań dobroczynnych, czarując Amerykanów swoim luzem i otwartością. Efekt? Dziś w rankingach „najlepszych prezydentów USA w historii” regularnie zdobywa najlepsze noty wśród tych, którzy piastowali to stanowisko po Johnie F. Kennedym, wyłączając może Ronalda Reagana. Jego następca – George W. Bush – trafia za to do czwartej dziesiątki, praktycznie zamykając listę.
Często wpadki zaciera się latami. Prominentny polityk brytyjskiej Partii Konserwatywnej John Profumo po słynnej aferze (korzystał z usług prostytutki, której kochankiem był również radziecki szpieg w Londynie) rzucił politykę i demonstracyjnie zabrał się do czyszczenia toalet w budynkach charytatywnej fundacji Toynbee Hall. Pracował tam do końca życia, z każdym rokiem odzyskując szacunek i honory. Partyjni koledzy, którzy początkowo nie mogli mu darować przyczynienia się do upadku gabinetu Harolda MacMillana, ostatecznie docenili jego skruchę. W 1995 r. Profumo bawił wraz z partyjną elitą na 70. urodzinach Margaret Thatcher. Gdy kilka lat temu umarł, żegnano go jako szanowanego obywatela i działacza.

Chcę się skupić na swoich ciasteczkach

Jeśli świat polityki ma skłonność do zapominania błędów, to biznes karze je znacznie bardziej surowo. Doświadcza tego Berlusconi, którego fortuna stopniowo topnieje: jeszcze w 2005 r. był najbogatszym Włochem z majątkiem szacowanym na ok. 12 mld dol. Od kilku lat jednak były premier traci punkty – z 25. miejsca w zestawieniu spadł na 194., a stan jego majątku zmniejszył się dokładnie o połowę. Wyskoki „boskiego Silvio” nie mają z tym wiele wspólnego – z punktu widzenia rynków decyduje pogarszająca się sytuacja „klejnotu koronnego” w biznesowym imperium Włocha – koncernu Mediaset.
Przypadki triumfalnego powrotu do biznesu są niezwykle rzadkie i w zasadzie dałoby się je wyliczyć na palcach: do gry próbuje wrócić choćby niezwykle popularna dekadę temu gospodyni programów kulinarnych i lifestyle’owych Martha Stewart. Dziś mogłaby się być może cieszyć sławą porównywalną do Brytyjki Nigelli Lawson – ba, może nawet Oprah Winfrey – gdyby nie manipulacje akcjami giełdowymi, których dopuściła się pod koniec 2001 r. Za oszustwa giełdowe i składanie fałszywych zeznań prezenterka trafiła za kratki na kilka miesięcy, a kilka kolejnych spędziła na warunkowym zwolnieniu z elektroniczną bransoletą na przegubie.
Ameryka żyła tym skandalem miesiące. – Chcę tylko skupić się na swoich ciasteczkach – zapewniała Stewart w programach, do których ją zapraszano jeszcze przed procesem. Po wyroku wydawało się, że do show-biznesu Stewart już nie wróci. A jednak – niemal natychmiast po wyjściu z więzienia program „Martha Stewart Living” pojawił się na antenie, wkrótce uzupełniony o nową edycję „Martha Stewart Show”. Tyle że to już nie było to samo: po początkowym okresie popularności, kiedy fenomen odradzającej się po przejściach Stewart przyciągnął widzów, oglądalność nieubłaganie spadała. „Martha Stewart Show” został zdjęty z anteny.

Król Śmieciowych Obligacji

Nadszarpnięta wiarygodność potrafi się mścić latami. Bernard Tapie, 20 lat temu jeden z najsłynniejszych biznesmenów nad Sekwaną, do dziś cieszy się sławą kogoś, kto porusza się po mrocznym pograniczu biznesu i polityki, uciekając się do niezbyt legalnych praktyk. W latach 90. odsiedział ponad pół roku za kratami za manipulowanie rozgrywkami piłkarskimi – jego klub, Olympique Marsylia, stracił w wyniku dochodzenia mistrzostwo Francji. Wkrótce po wyjściu z więzienia biznesmen wdał się w wieloletnią batalię z bankiem Credit Lyonnais. Tapie zarzucał bankierom, że aranżując transakcję sprzedaży udziałów w Adidasie, przy okazji zarobili na niej znacznie więcej, niż to ujawnili. W 2008 r. sąd przyznał mu blisko 400 mln euro odszkodowania. Francuski oligarcha mógłby uchodzić za ofiarę chciwości bankierów, gdyby nie to, że właśnie z kopyta ruszyło śledztwo mające wyjaśnić, czy najważniejsi politycy – w tym były prezydent Nicolas Sarkozy i szefowa MFW Christine Lagarde – wywierali naciski na wymiar sprawiedliwości, by rozwiązać spór po myśli Tapiego.
Cudowne powroty są jednak możliwe i w biznesie. Michael Milken – pod koniec lat 80. nazywany „Królem Śmieciowych Obligacji” i uważany za jedną z osób, które rozdawały karty na Wall Street – skończył z dwuletnim wyrokiem więzienia, 600-milionową grzywną i dożywotnim zakazem gry na giełdzie. Gdy w 1993 r. wyszedł na wolność, z zachowanej części majątku zaczął finansować badania nad leczeniem raka i innych ciężkich chorób. W ciągu kolejnych dziesięciu lat zbudował sobie sławę jednego z największych filantropów Ameryki. Magazyn „Fortune”, prezentując jego sylwetkę w 2004 r., zatytułował materiał: „Człowiek, który zmienił medycynę”.
Udane powroty są niebywale rzadkie, gdyż nadszarpnięte zaufanie odbudowuje się latami. Niewątpliwie biznesmeni mają lepszą pamięć niż wyborcy – o czym świadczyć może choćby sinusoida kariery Edwarda Kennedy’ego, który regularnie wplątywał się w skandale – ale nawet ci drudzy potrafią odesłać nielubianych polityków na boczny tor do końca życia. Powrót do wielkiej polityki George’a W. Busha, Nicolasa Sarkozy’ego czy Tony’ego Blaira wydaje się nierealny. Chyba że, jak to właśnie ma miejsce we Włoszech, nie ma alternatywy.