"Szefowa brytyjskiego rządu Theresa May całkowicie utraciła kontrolę nad przebiegiem brexitu. W takiej sytuacji logiczne jest, że osiem dni przed datą wyjścia UE próbuje przejąć stery" - analizuje lewicowo-liberalny dziennik "Tagesspiegel". "Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk odegrał piłkę na połowę Londynu informując, że nieznaczne przedłużenie brexitu jest możliwe pod warunkiem, że w nadchodzącym tygodniu posłowie w Izbie Gmin zagłosują za wynegocjowaną przez rząd umową dotyczącą wyjścia. Gdyby jednak May po raz trzeci przegrała głosowanie, to jej dni mogą być policzone" - prognozuje berlińska gazeta.

Unijni przywódcy ustalili w nocy z czwartku na piątek w Brukseli, że brexit zostanie opóźniony co najmniej do 12 kwietnia. Jeśli brytyjski parlament zagłosuje w nadchodzącym tygodniu za gotową już umową, to 22 maja (w przeddzień trwających od 23 do 26 maja wyborów do Parlamentu Europejskiego) dojdzie do uregulowanego wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii. Gdyby się stało inaczej, to Londyn ma czas do 12 kwietnia, żeby przedstawić nowe propozycje.

"Gorszy od twardego brexitu byłby paraliż i obezwładnienie instytucji unijnych próbujących wciąż doprowadzić do wzajemnego porozumienia. UE zbyt długo zaniedbuje już inne ważne polityczne sprawy, Londyn zresztą też" - zwraca uwagę konserwatywny dziennik "Frankfurter Allgemeine Zeitung". "Jeśli brytyjski parlament nie chce bezumownego brexitu, ani wyjścia na podstawie wynegocjowanej umowy, to Londyn powinien wycofać wniosek o opuszczenie Unii i jeszcze raz zapytać naród" - proponuje gazeta z finansowej stolicy Niemiec - Frankfurtu.

"Stuttgarter Zeitung" przestrzega z kolei przed rozprzestrzenieniem się brytyjskiego chaosu na kontynent. "Europejczycy powinni mieć się na baczności, żeby nie zakazić się angielską zarazą. Klasa polityczna Zjednoczonego Królestwa wepchnęła kraj w ciężki kryzys konstytucyjny, który idzie w parze z bezwładem władzy ustawodawczej. Ten okropny scenariusz grozi UE, jeśli nie będziemy uważać" - alarmuje gazeta z południa Niemiec.

Z kolei monachijski "Sueddeutsche Zeitung" zwraca uwagę, że odbywający się w czwartek i piątek szczyt Rady Europejskiej zajmuje się nie tylko brexitem, ale też szuka sposobu, żeby Europa nie została zgnieciona gospodarczo przez Chiny i USA. Ma to być "pozytywna agenda" - cytuje ironicznie "SZ" biurokratyczny brukselski żargon, nie widząc zbyt dużych szans na jej realizację.

"Unia nie potrafi w ważnych sprawach mówić jednym głosem" - uważa lewicowo-liberalna gazeta. "SZ" przypomina, że w lipcu 2018 roku Rada Europejska wezwała szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude'a Junckera do podjęcia negocjacji handlowych z USA. Ich celem miałoby być zapobiegnięcie wprowadzenia ceł na niemieckie auta przez Amerykę. "Minęło od tego czasu osiem miesięcy. Chciałoby się mieć nadzieję, że prezydent Francji Emmanuel Macron przestanie blokować rozpoczęcie rozmów, bo tylko tak można się przeciwstawić groźbie wprowadzenia ceł. Ale on się waha - boi się, że żółte kamizelki zarzucą mu sprzedanie francuskiej duszy Trumpowi. Z punktu widzenia polityki wewnętrznej jest to zrozumiałe, ale niekorzystne dla Europy" - konkluduje "SZ".

Francja: Cała odpowiedzialność po stronie brytyjskiej

Po uzyskaniu przez Theresę May w Brukseli zgody na odłożenie brexitu, francuscy komentatorzy podkreślają, że Europejczycy zrobili wszystko, by nie można ich było obarczyć winą za ewentualny "rozwód" bez porozumienia.

Podwójny mechanizm ustalony przez europejskich przywódców zmusza Brytyjczyków, by zdecydowali się na rodzaj rozwodu – komentuje opóźnienie brexitu redakcja paryskiego dziennika "Le Monde".

Według brukselskich sprawozdawców gazety plan, który wreszcie ustalono w Brukseli, jest równie sprytny, co skomplikowany.

"Nawet dyplomaci gubili się w meandrach możliwej odpowiedzi na wniosek brytyjskiej premier o przesunięcie brexitu. Chodziło o to, by nie wpaść w zastawioną przez nią pułapkę, która polegała na zrzuceniu na nich odpowiedzialności za no deal (czyli wyjście Brytyjczyków z UE bez umowy) lub na rozbiciu ich jedności, po to, by uzyskać okres wytchnienia bez żadnych warunków" – tłumaczą korespondenci.

"Brexit nie nastąpi 29 marca, ale 12 kwietnia, chyba, że będzie to 22 maja" – głosi tytuł w dzienniku "Liberation". Nad nim zaś umieszczono pytanie wybite czerwoną czcionką: "Czy coś z tego rozumiecie?".

Sonia Delesalle-Stolper, specjalna wysłanniczka Liberation do Brukseli przyznaje, że "wraz z serią możliwości, z których żadna nie wydaje się bardziej prawdopodobna od innych, wchodzimy w nową fazę artystycznej nieostrości". A to dlatego, że "w wypadku kolejnego odrzucenia umowy z UE, Londyn będzie mógł do 12 kwietnia zaproponować >drogę alternatywną< i poinformować, czy ma zamiar zorganizować wybory do PE".

"Formuła znaleziona w Brukseli, choć nieco nadmiernie skomplikowana, to subtelny sposób na przerzucenie piłki na brytyjską połowę boiska. Wciąż istnieje groźba wyjścia bez umowy, ale nikt nie będzie mógł oskarżyć UE, że zepchnęła Zjednoczone Królestwo w przepaść no deal" – konstatuje dziennikarka "Liberation".

Telewizja informacyjna "LCI" cytuje z kolei prezydenta Francji Emmanuela Macrona, który jeszcze na krótko przed ogłoszeniem przesunięcia Brexitu wypowiadał się przeciw "opóźnieniu dla opóźnienia".

Politolog Philippe Moreau-Chevrolet wyraził opinię w radiu "France Info", że w obecnej sytuacji dobrze byłoby powtórzyć referendum. "Byłoby to jednak zaprzeczeniem demokracji" – przyznał ekspert, na co dziennikarz tygodnika "L’Obs" Mathieu Delahousse odpowiedział, że "parlament już kilka razy głosował w tej sprawie, jedynie naród wypowiadał się tylko raz".

Od piątku wieczór francuskie media cytują też premiera Luksemburga Xaviera Bettela, według którego "już nie szuka się wyjścia, ale klapy bezpieczeństwa".

Zarówno uczestnicy dyskusji "France Info", jak i komentator „RFI” (francuskie radio dla zagranicy) określili problemy z Brexitem jako kolejne dowody bezsilności Europy. "Motywów tej bezsilności jest wiele, a kwestią jest organizacja Europy (UE)" – podsumował prof. Moreau-Chevrolet.

Szwajcaria: O brexicie decyduje się w Brukseli, a nie w Londynie

Bruksela nadaje ton Londynowi, a brytyjskiej premier Theresie May wymykają się z rąk resztki autorytetu – pisze szwajcarska "Neue Zuercher Zeitung" w komentarzu do czwartkowej decyzji szczytu UE w sprawie brexitu.

Gazeta podkreśla, że "decyzje o przyszłości W. Brytanii zapadają nie w Londynie, a w Brukseli", co jasno pokazał przebieg unijnego szczytu.

"Dobra wiadomość brzmi: 29 marca nie będzie chaotycznej sytuacji. Zła wiadomość: jak to już często było w kwestii brexitu, znów odsunięto tylko wszystko na później"– pisze "NZZ": i wskazuje, że nie jest pewne, co stanie się 12 kwietnia, jeśli Izba Gmin znów odrzuci umowę w sprawie wyjścia W. Brytanii z UE. "Absolutnie pewne jest natomiast, że w każdym razie to Bruksela nadaje ton Londynowi, podczas gdy szefowej brytyjskiego rządu wymykają się z rąk resztki autorytetu i wiarygodności" – uważa szwajcarski dziennik.

"NZZ" odnotowuje, że po przedstawieniu unijnym przywódcom swego wniosku o przesunięcie terminu wyjścia W. Brytanii z UE, May musiała opuścić salę obrad, w której decydenci przystąpili do narady. "Symboliczna wymowa tego przebiegu zdarzeń jest nie do przecenienia: o przyszłości W. Brytanii decyduje się w Brukseli, a nie w Londynie. Abstrahując od osobistego upokorzenia May, brexit staje się (dla W. Brytanii) coraz bardziej narodowym koszmarem" – ocenia gazeta.

"NZZ" pisze też, że trudno chyba o większy kontrast między dzisiejszą sytuacją a tym, co obiecywali zwolennicy brexitu przed referendum z 2016 r., akcentując odzyskanie kontroli nad sprawami kraju i "pozbycie się brukselskich więzów".

Zdaniem szwajcarskiego dziennika "obecnie W. Brytania nie ma już funkcjonującego rządu". Gabinet jest podzielony w podstawowej kwestii, podobnie jak partia rządząca i główna partia opozycyjna. W parlamencie jest wprawdzie większość dla odrzucenia umowy rozwodowej, którą wynegocjowała szefowa rządu, ale nie dla alternatywy. "Rezultatem jest polityczne załamanie nerwowe" – ocenia „NZZ”.

Gazeta wskazuje, że "w przyszłym tygodniu piłka znów będzie najpierw po stronie brytyjskiego parlamentu, podczas gdy wpływ premier na bieg wydarzeń będzie coraz mniejszy".

"Bez względu na to, jakie decyzje zapadną, albo nie zapadną do 12 kwietnia, trudno sobie wyobrazić, że po tej dacie May jeszcze przez dłuższy czas pozostanie szefową rządu" – uważa "NZZ", akcentując, że poparcie May w jej własnej konserwatywnej frakcji "skurczyło się do minimum".

Zdaniem gazety, terminy zaoferowane Londynowi na szczycie UE to tylko „leczenie objawowe”; więcej sensu miałoby opóźnienie brexitu na dłużej, ponieważ dawałoby to szansę na przełamanie obecnej blokady. Polityka wewnętrzna W. Brytanii mogłaby przynajmniej odzyskać zdolność do działania. "Abstrahując od zmiany na czele rządu, byłoby wtedy dość czasu na dalsze opcje: nowe negocjacje w sprawie alternatywnego wariantu brexitu, przedterminowe wybory albo nowe referendum" – uważa „NZZ”, przyznając, że najpierw "trzeba byłoby powstrzymać fatalny korkociąg, w jakim znajdują się obecnie aktorzy brexitowego dramatu".

USA: Przywódcy UE odebrali premier May kontrolę nad procesem brexitu

Przywódcy UE odebrali brytyjskiej premier Theresie May kontrolę nad procesem brexitu, mówiąc, że ich zdaniem ryzyko jest za duże i trzeba działać, by chronić funkcjonowanie bez zakłóceń największego na świecie bloku handlowego - pisze AP o wynikach czwartkowego szczytu UE w Brukseli.

Amerykańska agencja zwraca uwagę, że od czasu brytyjskiego referendum z 2016 r. "mantrą May jest odebranie UE kontroli" nad sprawami Zjednoczonego Królestwa. Ale przywódcy Wspólnoty pokazali na szczycie w Brukseli, że oni także mają wiele do powiedzenia w kwestii tego, jak zakończy się brexit.

Według AP, wyznaczenie przez UE Londynowi dwóch terminów opuszczenia Wspólnoty, bądź wejścia na zupełnie inną drogę w rozważaniach nad przyszłością W. Brytanii w Unii, "podkreśliło utratę zaufania do May".

Unijni przywódcy odrzucili wniosek May o przesunięcie daty brexitu z 29 marca na 30 czerwca. Zamiast tego zgodzili się przesunąć ten termin na 22 maja, jeśli brytyjska premier zdoła przekonać Izbę Gmin do zaaprobowania umowy w sprawie brexitu. A jeśli się to nie uda, May będzie miała czas do 12 kwietnia na wybranie nowej drogi.

"Brytyjscy politycy są niezdolni do wdrożenia tego, o co zwrócił się do nich naród - cytuje AP wypowiedź francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona. - To brytyjski kryzys. W żadnym razie nie możemy utknąć w tej sytuacji, i dlatego daliśmy dwa terminy. Jesteśmy zorganizowani".

Według AP, powołującej się na przedstawicieli UE, unijni przywódcy przejęli proces brexitu, gdy okazało się, że May - pytana wielokrotnie - nie chce, albo nie jest w stanie, powiedzieć im, co zamierza zrobić w przyszłym tygodniu, jeśli znów nie uda jej się przekonać sceptycznego brytyjskiego parlamentu do zaaprobowania umowy.

- Musimy iść naprzód. Nasi obywatele, nasze firmy muszą być w stanie zrozumieć, jaki jest wybór brytyjskiego parlamentu. Mamy nadzieję, że będzie to wybór racjonalny, że będzie to wybór zakładający utrzymanie ścisłych więzi gospodarczych i w dziedzinie bezpieczeństwa z Unią Europejską - powiedział w piątek premier Belgii Charles Michel. - Czekamy teraz, żeby Brytyjczycy jasno powiedzieli Unii Europejskiej, czego chcą w przyszłości - dodał.