Socjalista David Sassoli pokieruje przez kolejne dwa i pół roku Parlamentem Europejskim. Tak zdecydowali wczoraj deputowani. To kolejny z serii zaskakujących zwrotów akcji w procesie obsady unijnych stanowisk. Po tym, jak rzutem na taśmę we wtorek przywódcy „28” zaproponowali nieoczekiwany pakiet nazwisk, PE miał wybrać na swojego szefa bułgarskiego socjalistę i byłego premiera Sergeja Staniszewa. W ten sposób spełnione zostałyby geograficzne kryteria i nasz region miałby reprezentanta na ważnym stanowisku. Ten nieoczekiwanie jednak swojej kandydatury nie zgłosił i wybrano Sassolego. – Miły, stonowany, ale lewicowy, zwolennik daleko idących ułatwień dla migrantów – mówi o nim europoseł PiS Ryszard Czarnecki.

Najbardziej nieoczekiwanym zwrotem pozostaje nominowanie przez przywódców na przewodniczącą KE niemieckiej polityk Ursuli von der Leyen. Jej nominację musi jeszcze zatwierdzić PE. Głosowanie odbędzie się na drugim posiedzeniu w lipcu. Trudności są dwie. Po pierwsze, wskazując von der Leyen, przywódcy zignorowali procedurę spitzenkandidaten. Zgodnie z nią stanowisko obejmuje kandydat grupy politycznej wskazany przez nią jeszcze przed wyborami. Krytycy wskazują teraz, że nie tylko nie była ona spitenzkandidatem, ale jej nominacja została przesądzona za zam kniętymi drzwiami. Po drugie, problem z nią mają socjaliści, którzy chcieli tego stanowiska dla siebie i nie mogą pogodzić się ze stratą Fransa Timmermansa. – Na razie decyzji, czy ją poprzeć, nie ma – informuje nas jeden z polskich europosłów z grupy. Niezadowoleni z von der Leyen są też niemieccy socjaldemokraci, dlatego – jak donosił „Frankfurter Allgemeine Zeitung” – sama Merkel podczas szczytu nie poparła jej kandydatury, lecz wstrzymała się od głosu.

Do tej pory Ursula von der Leyen unikała sporów z naszym regionem, dlatego polski rząd jest zadowolony z tego wyboru. Jako szefowa KE niemiecka polityk może wykazywać się teflonowością godną Angeli Merkel. Na to przynajmniej liczy Europa Środkowa. Trudno jednak oczekiwać tego od kandydata wskazanego na przewodniczącego Rady Europejskiej. Belg Charles Michel, który ma być następcą Donalda Tuska na tym stanowisku, wcześniej nie ukrywał swojego krytycznego stanowiska wobec stanu praworządności w krajach środkowoeuropejskich. Otwarcie domagał się również solidarności w sprawie migrantów.

Ekspert Instytutu Friedricha Eberta w Berlinie Christopher Gatz podkreśla, że chociaż presja migracyjna nadal jest problemem, sprawa rozdzielania migrantów pomiędzy kraje członkowskie została już w debacie europejskiej pogrzebana i nie ma szans na jej wskrzeszenie. Inaczej jednak wygląda sytuacja z praworządnością. – Zablokowanie kandydatury Timmermansa nie zakończyło tego sporu. On będzie trwać nadal, bo praworządność jest bardzo wysoko na agendzie chadeków i socjalistów – podkreśla. Na dodatek wybory europejskie wzmocniły liberałów i zielonych, którzy w tej sprawie zajmowali jeszcze bardziej stanowcze stanowisko w poprzedniej kadencji.

Wybór Sassolego oznacza, że aż dwa z pięciu ważnych stanowisk trafiają do krajów południowych. Wysokim przedstawicielem odpowiedzialnym za dyplomację zostanie bowiem Hiszpan Josep Borrell. Polityk sprawował wcześniej funkcję szefa Parlamentu Europejskiego, był też ministrem spraw zagranicznych w rządzie hiszpańskich socjalistów. Jego postać pozostawiła także ślad w polskiej polityce. W 2004 r. Borrell jako przewodniczący europarlamentu miał wygłosić bardzo krytyczne przemówienie na temat Polski, podkreślając nasze zaangażowanie w wojnę w Iraku. Napisała o tym „Gazeta Wyborcza”, ale Borrell dostarczył potem Polsce stenogram ze swojego wystąpienia, w którym przytaczane przez gazetę słowa brzmiały łagodniej. Wówczas Ryszard Czarnecki, dzisiaj europoseł PiS, pozyskał zapis tego przemówienia, w którym Borrell miał nazwać Polskę "zapadłym krajem".