Chen, wykształcony i sympatyczny 30-latek, terrorystami nazywa mieszkańców Hongkongu protestujących przeciw zakusom Pekinu na względną autonomię ich miasta. – Te protesty podsycane są przez wrogie mocarstwa. Ale nasi przywódcy się tym zajmą – uzupełnia. A gdyby przywódcy, a właściwie przywódca, Xi Jinping, postanowił zająć się hongkończykami tak, jak Deng Xiaoping w 1989 r. studentami na placu Tiananmen? Cóż, to terroryści…

Reklama

Chen wierzy w to, co mówi. Narracja o młodocianych terrorystach z Hongkongu i obcych podżegaczach sączona jest do głów Chińczyków od początku protestów, a więc od marca 2019 r. Telewizja, gazety, strony internetowe, radio – wszędzie ten sam komunikat. A Chińczycy go kupują, bo to jedyna dostępna „prawda”: media kontrolowane są przez rząd, do innych nie ma dostępu. System cenzury internetu blokuje zachodnie portale społecznościowe, a serwisy informacyjne odsącza z niepożądanych treści. Wolność słowa jest w Państwie Środka mniejsza nawet niż w Polsce za czasów PRL, gdy przy ul. Mysiej 5 w Warszawie funkcjonował Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk.

Biedni Chińczycy. Nie to co my. Jako dumni z demokracji i doświadczeni totalitaryzmami mieszkańcy Zachodu nigdy nie zrzeklibyśmy się prawa do swobody poglądów i dostępu do informacji. Mamy je zagwarantowane konstytucyjnie, prawda? Jaka to wspaniała… iluzja.

Tak, iluzja. Bo chociaż chętnie deklarujemy, że wolność słowa „kochamy i rozumiemy”, to pozwalamy na jej coraz dalej idące ograniczenia.

Nie obrażaj prezydenta

Czy naprawdę myślicie, że możecie powiedzieć wszystko, co chcecie powiedzieć, i usłyszeć wszystko, co inni chcą powiedzieć wam? Pomyślcie. Owszem, art. 54 Konstytucji RP stanowi, że „każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów i rozpowszechniania informacji”, ale istnieją takie poglądy i informacje, których głoszenia prawo zakazuje. Jeśli przyjdzie nam do głowy minąć się z prawdą w zeznaniach składanych przed sądem, możemy trafić za kratki na osiem lat.

Nawet dwa lata spędzimy w więzieniu, jeśli nie zgadzamy się z Churchillem w ocenie demokracji i uważamy, że lepszym ustrojem dla Polski byłby np. włoski faszyzm. Podobnego wyroku możemy się spodziewać, jeśli nie podobają się nam Ukraińcy albo Azjaci i swoim resentymentem zarażamy innych współobywateli. Dwa lata odsiadki również grożą nam, jeśli obrazimy czyjeś uczucia religijne, a rok, jeśli zniesławimy kogoś, pomawiając go bezpodstawnie, np. o oszustwo. No, chyba że to będzie prezydent kraju – wówczas kara wzrasta do lat trzech. Nie karę więzienia, a grzywny możemy otrzymać, publikując reklamy apteki (do 50 tys. zł), alkoholu (do 500 tys. zł, chyba że robimy to w hurtowni lub punkcie sprzedaży) albo swojego ulubionego polityka w trakcie ciszy wyborczej (do 5 tys. zł). Znacznie niższe kary, bo od 100 zł do 500 zł, przewidziane są za używanie wulgaryzmów w zasięgu słuchu policyjnego patrolu.

Gorzej, jeśli jesteś nadawcą telewizyjnym albo radiowym i gorszy innych na skalę ogólnokrajową. Za emisję wulgarnych i nieobyczajnych treści przed godz. 23 można dostać grzywnę w wysokości nawet kilkuset tysięcy złotych. Swoją drogą, za nadawanie na falach radiowych bez koncesji grozi kara do trzech lat więzienia.

CAŁY TEKST CZYTAJ W INTERNETOWYM WYDANIU MAGAZYNU "DGP">>>