*: Nie zastanawiam się nad tym, to do mnie nie należy. Gdy idę na akcję, po prostu wykonuję rozkazy. Jesteśmy jak roboty i tyle. Ale potem czasami człowiek ma kaca. Pomyśl,
że to trochę jak strzelanie z armaty do muchy. Ci ludzie przecież nie są groźni.
Nie wiem, przecież nikt nam nie mówi takich rzeczy. Ale musi to być ktoś z góry, bo użycie środków specjalnych czy np. gazu łzawiącego wymaga specjalnego zezwolenia. Nasze dowództwo musi
przywiązywać do tych akcji szczególną wagę, skoro przywozi się na nie OMON także spoza Moskwy, a milicjanci dostają za udział w nich specjalną premię – 2,5 tys. rubli.
Ja np. zarabiam ok. 16 tys., ale zwykła stawka wynosi o wiele mniej. Moskiewscy milicjanci dostają dodatkowe pieniądze od miasta, czyli mówiąc krótko, od Jurija Łużkowa. Ci spoza Moskwy mają
o wiele gorzej. To dzisiaj praca zupełnie bez perspektyw.
Jest taka zasada, że trzeba działać jak najszybciej, żeby nie zobaczyli nas dziennikarze. To są przecież paparazzi. Jak zobaczą pałki, od razu cały świat się dowiaduje. Z tego samego
powodu mamy np. zasłonięte szyby w autobusach.
Skąd?! Przecież oni są całkowicie podporządkowani władzy. To jest banda studencików, którzy w ten sposób chcą jakoś zaistnieć i być modni. Myślą, że zrobią karierę. Mamy jasne
rozkazy: ich nie można ruszyć.
Oczywiście, że nie. Milicja ma specjalne struktury, które sprawdzają gazety, i jeśli coś wycieknie, od razu szukają winnego. Dlatego nie mogę ujawniać żadnych szczegółów ani nawet mówić, w której akcji brałem udział. Powiem pani, że jestem z takiego a takiego miasta i byłem na akcji np. we wtorek, to w środę już do mnie przyjdą.
Bo może ktoś się wreszcie dowie, jak przegniła jest rosyjska milicja. Kiedyś tak nie było, ludzie szli, bo chcieli walczyć z bandytami. Moskiewski OMON to była legenda. Dzisiaj idą tam
degeneraci i nieudacznicy.
*na prośbę naszego rozmówcy nie ujawniamy jego prawdziwego imienia ani stopnia. Andriej pracuje w moskiewskim OMON, oddziale specjalnym milicji