Jak Chińczycy zwalczyli pandemię?
Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę i wielkość państwa – to w końcu 1,4 mld mieszkańców – i specyfikę urbanizacyjną – znaczna liczba miast o wysokim zagęszczeniu.

Reklama

Ale pod uwagę musimy też wziąć kontekst społeczny i polityczny tego kraju.
Bez wątpienia, bo trzymanie koronawirusa w ryzach stało się możliwe głównie za sprawą ostrych i bardzo radykalnych środków, na zastosowanie których tylko niedemokratyczny rząd może sobie pozwolić.

Jakich dokładnie?
Różnego rodzaju bezwzględnie wprowadzanych ograniczeń przemieszczania się i przymusom. Choćby masowym testom milionów osób. W kilka dni od pojawienia się lokalnego zakażenia, jak ostatnio miało to w prowincji Sinciang na północnym zachodzie kraju. Wykrywano je dzięki rutynowemu testowaniu. Nierzadko wystarczały w ogóle pojedyncze potwierdzone przypadki zakażenia np. na osiedlu, by zespół medyków stawiał się przed nim z namiotem. Tak, by mieszkańcy nie musieli wychodzić daleko poza miejsce zamieszkania – testowano ich blisko domów, by z jednej strony skrócić czas reakcji, a z drugiej ograniczyć transmisję wirusa. Mieszkańcy, zobligowani do poddania się testom, nie byli zdani na siebie w poszukiwaniu miejsca do ich wykonywania.

Testy były obowiązkowe?
Tak, musiał się im poddać każdy. Wyjątki były tylko dla nielicznych grup, np. małych dzieci. Wzywano na nie także przy media społecznościowe. Testy były bezpłatne.
W ten sposób badano zresztą nie tylko całe osiedla, ale też dzielnice czy np. miasta. Co szybko pozwalało wykrywać też bezobjawowe przypadki.
Jako anegdotę dodam, że w Hongkongu – by zachęcić do testowania – zaproponowano płacenie 5 tys. dolarów hongkońskich tym, u których wykryto by wirusa.


Ale to nic nowego – Chińczycy wyciągnęli przecież już wcześniej wnioski z wybuchu epidemii SARS w 2003 r.
To bardzo ważne, doświadczenie epidemii z 2003 r. pozwoliło na stworzenie odpowiedniej infrastruktury. Instytucje publiczne miały wystarczającą liczbę pracowników i pewne doświadczenia. Laboratoria już istniały. Po drugie, są informacje wskazujące, że Chiny wiedziały wcześniej o krążącym wirusie i przygotowały się logistycznie do walki z nim. Tworzyły rezerwy materiałowe, tak maseczek, jak i np. sprzętu medycznego. To w początkowej fazie pozwoliło spokojniej przyjmować rozwój pandemii.

Dalej też nie było zbyt nerwowo. Metodycznie zamykano miasta, wstrzymywano ruch pociągów, wprowadzano bezwzględny zakaz wychodzenia…
… ustanawiano zakazy przyjazdów bądź, z czasem, surową kwarantannę dla przyjezdnych cudzoziemców, co równie ważne. Po przyjeździe do kraju obowiązywało 14 dni bezwzględnego przebywania w odosobnieniu. Ale nie jak w Polsce, w domu lub innym miejscu. Dla większości oznaczało to pobyt w hotelach przekształconych w ośrodki kwarantanny.

Reklama

W których każdego z członków rodziny nierzadko zakwaterowywano osobo. Jeden pokój zajmowała żona, a jeden pokój – mąż. Przez cały ten czas mieli absolutny zakaz wychodzenia?
Dozwolony jest kontakt telefoniczny. Posiłki dostarczane są pod drzwi. I, co też ważne, osoby przewożone były na kwarantannę specjalnymi autobusami, które podstawiano na lotniska. Nie było możliwości swobodnego przemieszczania się między portem a hotelem. W ten sposób też przerywano możliwość transmisji.

Zgoda, tyle że w tym przypadku równie dużo dawał lockdown.
Podczas którego zamykano nie tylko szkoły i zakłady pracy – podobnie jak u nas; ale też np. przedszkola. Z tym, że i tu szybkość podejmowania decyzji była inna. Nie czekano z decyzjami – kiedy tylko zakażenie się pojawiało, wszystko natychmiast stawało.

Inna była też kontrola, kiedy wszystkie te miejsce ponownie otwierano.
Tak, np. w szkołach obowiązkowe było – oprócz mierzenia temperatury i zachowywania dystansu – noszenie maseczek, co hamowało kolejne fale koronawirusa.
Noszenie maseczek to zresztą norma społeczna. Naturalny obraz, nawet przed pandemią. I najkrócej mówiąc, kwestia odpowiedzialności: "Jestem/mogę być chory, to nie chcę zarażać innych”.

A nowe technologie – jaką one odegrały tutaj rolę? Przecież system monitorowania obywateli w Chinach jest bardzo rozwinięty.
Niezaprzeczalnie odegrały dużą rolę. A że aplikacje to w Chinach "wielki brat”, to np. wejście do sklepu czy na dworzec kolejowy wymagało "odhaczenia się” – co z kolei pozwalało na precyzyjne śledzenie kontaktów społecznych i ich raportowanie. I jeśli okazało się, że w danym miejscu przebywała jedna zakażona osoba, to dotarcie do tych, którzy mieli z nią kontakt danego dnia i wysłanie ich na testy, a następnie na kwarantannę, prawdopodobnie nie stanowiło żadnego problemu.

Ktoś mógłby uznać, że to nadużycie władzy…
W Europie to strzelanie do wróbla z armaty, słusznie wywoływałoby natychmiast dyskusje o prawach człowieka, ochronie informacji osobowych… Śledzenie i gromadzenia danych oznaczało przecież ingerowanie w sposoby przemieszczania się, kontaktowania się… Ale w Chinach z oczywistych powodów nie jest to przedmiotem publicznej debaty.

W sumie trudno się dziwić, skoro jeszcze zanim nastał koronawirus, na bilboardach ujawniono zdjęcia, imię i nazwisko, a także adres tego, kto przeszedł na czerwonym świetle.
W trakcie lockdownu były przypadki wykorzystywania dronów do wzywania poruszających się do powrotu do mieszkania.

A co teraz robią Chiny, żeby trzymać epidemię w ryzach?
Nie muszą robić nic nowego. Przy takim doborze narzędzi, wystarczy tylko konsekwencja. Przecież ostatnio umożliwiono nawet szczepienia nieprzetestowanym finalnie preparatem – ale w ten sposób w świat poszedł przekaz, że jako pierwsi dokonują szczepień. W tym przypadku to nic innego jako koronawirusowa dyplomacja. Próba tworzenia pozytywnego wizerunku, po tym jak świat musiał walczyć z "chińskim wirusem”, jak etykietował go prezydent USA Donald Trump. Ten etap nazwany został z kolei nową formą "dyplomacji wilczych wojowników”.

To sposób walki w Chinach kontynentalnych, a po jakie środki sięgnął np. Tajwan?
Np. skuteczny system produkcji i dystrybucji maseczek – m.in. za pośrednictwem aptek. Ale nie o dobór środków to chodzi, ale o jeszcze szybszą reakcję. Screening na granicach wprowadzano jeszcze wtedy, kiedy świat się zastanawiał, co się dzieje. Ograniczono wjazdy z Chin Kontynentalnych, co było zresztą krytykowane w ChRL i odczytywane jako dawanie im pstryczka w nos. Kładziono konsekwentny nacisk na normę społeczną, a nie jedynie wymuszania określonych zachowań, choć kary za nienoszenie maseczek oczywiście wprowadzono. W przypadku lokalnych ognisk, natychmiast wprowadzano kwarantanny i podejmowano śledzenie zakażonych. Szybko zaczęło też obowiązywać ograniczenie wywozu maseczek. Gdy sytuacja się ustabilizowała, to restrykcje te poluzowywano. Teraz nie notuje się tam już praktycznie w ogóle zakażeń; przy wykorzystaniu środków demokratycznego państwa prawnego i dużej przejrzystości działań władz.

Skoro o statystykach mowa – 90 tys. zakażonych i 5 tys. zgonów w ChRL to efekt oficjalnej propagandy czy rzeczywiste dane?
Nie byłbym specjalnie przywiązany do tych liczb, bo na pewno chorych i ofiar śmiertelnych jest dużo więcej. Jak bardzo te dane się odchylają, tego nie wiadomo.