Po co księdzu udział w programie "The Traitors"? Chodzi o to, żeby było głośno, by wywołać medialną burzę a może by zwiększyć zasięgi w sieci?

Zgłosiłem się do tego programu, żeby docierać do tych, których normalnie nie ma w kościele. Od pewnego czasu działam już w mediach i widzę jak to niesamowicie pomaga chociażby w rekolekcjach szkolnych. Kiedy gdzieś jadę nauczać młodzież słucha, sama się ucisza. Często słyszę: "Cicho, bo to jest ten ksiądz, który jest z internetu".

Podobnie mam nadzieję, będzie po tym programie, gdy będę miał jakieś rekolekcje wielkopostne. Ktoś będzie chciał kogoś z domu wyciągnąć, powie: "Chodź, bo to ten, który był w telewizji, głosi". Mam nadzieję, że dzięki temu w tzw. realu przede wszystkim, uda się potem zrobić z tego coś głębszego i piękniejszego.

"The Traitors" to jest program, w którym się kłamie, pojawiają się tzw. zdrajcy.

To prawda, ale też intryguje. Dlatego właśnie polecam, aby obejrzeć i zobaczyć jak się ten ksiądz w takim programie zachowuje, jak postępuje, czym się kieruje i wtedy sobie odpowiedzieć na to pytanie.

W sieci występuje ksiądz jako "Ksiądz z osiedla". Którego?

Z pochodzenia jestem z osiedla. Urodziłem się na Mokotowie w Warszawie, ale tam mieszkałem tylko dwa lata, natomiast moją młodość spędziłem na Żoliborzu, na ulicy Elbląskiej.

"Mówiłem, że księża nic nie robią, mają jakieś dziwne życie. Jednocześnie wewnętrznie miałem non-stop jakieś takie dziwne poczucie, że w tym wszystkim co robię, czegoś brakuje"

Taki zły ten Żoliborz, że trzeba ewangelizować w sieci i właśnie pod takim pseudonimem?

Reklama

Nie, Żoliborz jest super, mam z nim mnóstwo pozytywnych wspomnień (śmiech).

Kiedy ksiądz poczuł powołanie?

Prawda jest taka, że jednym z celów życiowych, jakie miałem to był ten, żeby księdzem nie być. Do 24. roku życia udało mi się ten cel realizować. Mówiłem, że księża nic nie robią, mają jakieś dziwne życie. Jednocześnie wewnętrznie miałem non-stop jakieś takie dziwne poczucie, że w tym wszystkim co robię, czegoś brakuje. To był taki długi proces, bo w międzyczasie zacząłem chodzić na pielgrzymki.

Reklama

W tym kulminacyjnym momencie, gdy czułem, że coś mnie do tego seminarium kieruje, zadawałem w duchu pytania: „Boże, przecież mnie ludzie szanują. Po co mam iść gdzieś, po skończeniu czego będą do mnie krzyczeli „Ty pedofilu, złodzieju”. Wstawałem codziennie, chodziłem na studia, rodzice kupili mi mieszkanie, miałem jednym słowem fajne życie. Wciąż jednak, na takim najgłębszym poziomie czułem, że czegoś mi w tym wszystkim brakuje. Pod wpływem tego i różnych innych sytuacji ostatecznie wstąpiłem do seminarium. Jestem zakonnikiem, moje seminarium zakonne to księża Salwatorianie. Siedziba mieści się w miejscowości Bagno. To jest taka wioska obok Wrocławia. Dziś żartuję, że z Warszawy wypłynąłem do Bagna na osiem lat.

Co to Bagno księdzu dało?

W tym Bagnie, gdzie nie miałem ani imprez, ani pieniędzy, ani wyjść ze znajomymi, na takim najgłębszym poziomie, w końcu poczułem brak takiej pustki, brak takiego wewnętrznego głosu, który wcześniej mi mówił, że co ja najlepszego robię idąc do klasztoru. To nagle zniknęło.

Często ksiądz wcześniej imprezował?

Studiowałem przez pięć lat socjologię na SGGW w Warszawie. W trakcie tych studiów, robiłem to, co robią studenci., więc imprezy, owszem były. W pewnym momencie po jednej z nich zadałem sobie pytanie: „No i co? Jeszcze jedna impreza? I co jeszcze?”. To wszystko zaczęło mi się wydawać strasznie puste. Fajne w nocy, ale rano już nie za bardzo. Zaczął się w moim życiu taki czas, gdy wiele rzeczy wydawało mi się puste i bez sensu. Gdy zacząłem się przybliżać do Boga, gdy podjąłem decyzję o wstąpieniu do seminarium, na takim najgłębszym, wewnętrznym poziomie, zacząłem czuć niesamowity spokój, którego wcześniej jakoś nigdy nie mogłem znaleźć.

"Mówił, że to jest droga, która też daje szczęście. To mnie wtedy tak strasznie wkurzyło, że w Anglii i w ogóle za granicą, znów mi ktoś kadzi o tym powołaniu"

Był ten jeden decydują moment? Taki strzał, który pomógł podjąć tę ostateczną decyzję?

Nie miałem takiego jednego momentu. To był proces, ale taką kulminacją był wyjazd do pracy do Anglii. Pracowałem jako akwizytor. Miałem tam pojechać, zostać milionerem, ale szybko się okazało, że to nie jest takie proste. To była taka strasznie ciężka robota, przez sześć dni w tygodniu, od rana do nocy. Tam nie miałem ani imprez, ani znajomych, tylko pracę, ale i czas dla siebie. Gdy chodziłem pomiędzy tymi domami, mogłem bardziej posłuchać swojego wnętrza.

Pewnego dnia trafiłem w tej Anglii trafiłem na polską mszę, gdzie ksiądz podczas kazania zaczął mówić o tym, że są tacy, którzy mają powołanie i uciekają, ale nie ma przed czym uciekać. Mówił, że to jest droga, która też daje szczęście. To mnie wtedy tak strasznie wkurzyło, że w Anglii i w ogóle za granicą, znów mi ktoś kadzi o tym powołaniu. Potem to się jednak zaczęło we mnie odzywać. Wierciło mi tę przysłowiową dziurę w brzuchu. Zdecydowałem, że pójdę, zobaczę, przekonam się, że to nie jest to i będę miał spokój. Dziś jestem tu, gdzie jestem.

Można powiedzieć, że dziś też, tak jak w tej Anglii, ksiądz chodzi po domach np. podczas kolędy.

Owszem, chodzę, ale to jest zupełnie inne chodzenie. Księdzem jest się całą dobę, o każdej porze. Zdarza się, że ktoś nagle potrzebuje wsparcia, nawet w nocy. Czasami trzeba odebrać telefon i iść tam, gdzie jest się potrzebnym. Porównuję to trochę do bycia mężem, żoną czy rodzicem. Jest się przy drugiej osobie na dobre i na złe, niezależnie od pory dnia.

A tak po ludzku to ciężka praca? Miewa lub miewał ksiądz momenty zwątpienia, zmęczenia materiałem, jak to się mówi?

Tak, miałem. Ja też jestem człowiekiem, więc jak jestem zmęczony, to czuję to zmęczenie. Gdy zarwę noc, to przecież czuję, że ją zarwałem. Jak mam mnóstwo rzeczy, które na mnie spadają, to przecież czuję, że ich jest wiele, czasem zbyt wiele.

Co wtedy? Jak sobie ksiądz z tym radzi?

Modlę się i mówię: "Boże, jak już wciągnąłem się w tę drogę, to jakbyś mógł pomóc to wszystko poukładać i ogarnąć, to będę wdzięczny". To często jest dla mnie też takie potwierdzenie, że Bóg w tym wszystkim jest obecny, bo czasem naprawdę jestem wymęczony wieloma rozmowami, sprawami, a następnego dnia wstaję i znowu to robię. Mam tę siłę i mogę to znowu, tak jak umiem najlepiej, zrobić.

"Młodzież generalnie nie radzi sobie na wielu płaszczyznach. Nie radzi sobie, bo się czuje samotna, nie akceptuje siebie. Pojawiły się jakieś nowe formy okrutnej przemocy"

Wiemy już, że Ksiądz z osiedla jest z Żoliborza, ale skąd wziął się pomysł na tę ksywkę? Chodziło o to, żeby łatwiej było dotrzeć do młodych ludzi z blokowisk?

Kiedy była pandemia, byłem na parafii w Elblągu i uczyłem w technikum mechanicznym. W trakcie Wielkiego Postu szukałem jakichkolwiek rekolekcji wielkopostnych dla moich uczniów. Nic nie mogłem znaleźć. Ostatecznie nagrałem sam te rekolekcje dla młodzieży pod tytułem: "Jaka to wóda?". To była moja pierwsza nagrywka na YouTube. Jak już to nagrałem, to plan był taki, że to jest tylko dla moich uczniów, kończy się post i moja przygoda z internetem również.

Okazało się, że liczba wyświetleń jest spora, te rekolekcje zaczęły hulać w sieci i się zaczęło. Moi uczniowie stwierdzili, że muszę to jakoś "normalnie nazwać" Zapytałem, co znaczy normalnie? Odpowiedzieli mi, że na pewno nie "ksiądz Rafał". Zasugerowali, że może dodam coś od siebie i tak powstał Ksiądz z osiedla. Nazwa odnosi się bezpośrednio do mojego pochodzenia.

"Uznałem, że czymś genialnym byłoby, skoro się przejmuje dawną agencją towarzyską, aby środki na utrzymanie tej kawiarni, otrzymać od osób, które normalnie by przeznaczyły je na treści 18+"

Kto najczęściej i z czym przychodzi do księdza? Jakie to są pytania? Jakie problemy?

Młodzież generalnie nie radzi sobie na wielu płaszczyznach. Nie radzi sobie, bo się czuje samotna, nie akceptuje siebie. Pojawiły się jakieś nowe formy okrutnej przemocy, wykluczenia internetowego i to też jest przyczyna tej niemocy. To są takie cierpienia, które za moich czasów, gdy byłem młodszy, nie istniały. Dziś, gdy ktoś chce w klasie kogoś upokorzyć, to się go na przykład usuwa z grupy na Messengerze, albo zakłada nową, gdzie tej osoby nie ma, ale ona wie, że taka grupa jest. Młodzi mają w sobie dużo takiego bólu i te media społecznościowe naprawdę strasznie ich powyniszczały.

Po co ksiądz założył konto na OnlyFans, gdzie publikowane są głównie treści dla dorosłych?

Mam również takie normalne formy, gdzie można mnie wspierać. Przejąłem dawną agencję towarzyską, gdzie założyłem klubokawiarnię bez cennika. Nie mamy cen, żeby każdego było stać tam wpaść i coś kupić, ale mamy koszty jak każdy inny lokal i to dosyć duże. Uznałem, że czymś genialnym byłoby, skoro się przejmuje dawną agencją towarzyską, aby środki na utrzymanie tej kawiarni, otrzymać od osób, które normalnie by przeznaczyły je na treści 18+. To mi się wydawało genialne, natomiast po rozmaitych telefonach i mailach oraz rozmowach z przełożonymi, stwierdziłem, że z tego zrezygnuję.

Wydał ksiądz nawet oświadczenie w tej sprawie.

Tak. Jestem zakonnikiem, który naprawdę ślubował posłuszeństwo, więc ja robię wszystko do granic posłuszeństwa, kiedy mnie upominają, to ja się czuję upomniany.

Czy to jest tak, że trzeba nabrać w pewnym momencie tej pokory, bo jest się w internecie, gwiazdorzy i dobrze, że ci przełożeni jednak upominają?

Myślę, że tak. Natomiast ja mam takie bardzo prozaiczne podejście do mediów. Wszyscy są tam taką chwilówką. Ja też się nią czuję. Teraz się o mnie mówi, ale za jakiś czas przyjdą inni. Internet jest dla mnie takim narzędziem, który pozwala robić coś w realu. Jednym z moich marzeń jest dom wakacyjny, rekolekcyjny, ale tak jak kawiarnia, bez cennika. Dla osób czy rodzin, które na taki wyjazd nie zawsze mogą sobie pozwolić.

Nie tylko dla młodych?

Dla wszystkich. Dużo rozmawiam z ludźmi, widzę często jak wielkim cierpieniem jest dla rodziców to, że nie mogą wyjechać, bo ich nie stać. To mnie boli. Moi rodzice też są tacy. Oni mnie wysyłali wszędzie, ale sami nigdzie nie jeździli. W końcu zawiozłem ich do Zakopanego, pierwszy raz w życiu tam byli, zobaczyli góry, gdy mieli 50 lat.

To jest takie trudne, że ci rodzice często totalnie się dla tych dzieciaków poświęcają i potem już nie mają dla siebie nic. I dlatego chciałbym, żeby było takie dobre miejsce, gdzie właśnie mogą sobie pojechać wszyscy razem. Mam nadzieję, że gdy ktoś mnie skojarzy, że to ten ksiądz z internetu a teraz i z telewizji, to się odezwie, zapyta, jak by można było pomóc, a ja wtedy powiem.

"Sami najlepiej wiemy, co zrobić, ale dobrze jest też zapytać swoją żonę, męża, dziecko, jaki ich zdaniem jestem naprawdę i posłuchać. Przejrzeć się w oczach drugiej osoby"

Trwa Wielki Post. Jak przeżywać ten czas?

Myślę, że warto pamiętać, że to jest taki czas, który po prostu powinien nam znów pomóc w przybliżeniu się do Boga. Dobrze sobie zrobić jakieś takie postanowienia. Ostatnio słuchałem takiej dawnej konferencji księdza Piotra Pawlukiewicza, który wypowiedział taką super myśl, żeby pójść trochę głębiej i zrobić coś, co rzeczywiście jest dla nas wyzwaniem.

Jeżeli nie mamy zwyczaju wychodzenia z domu, nie mamy zwyczaju zapraszania żony albo męża na jakiekolwiek wyjście, to w ramach postanowienia zróbmy to. Jak narzekamy na wszystko i wszystkich, to spróbujmy nie narzekać. Podobnie z telefonem. Odłóż go na godzinę, wyloguj się do życia.

A co z postanowieniami typu nie będę pił alkoholu, jadł słodyczy?

One też są dobre, ale warto te wielkopostne postanowienia nieco sobie zaktualizować. Każdy w głębi serca zna prawdę o sobie, wie, z czym ma problemy, do czego ma słabość. Sami najlepiej wiemy, co zrobić, ale dobrze jest też zapytać swoją żonę, męża, dziecko, jaki ich zdaniem jestem naprawdę i posłuchać. Przejrzeć się w oczach drugiej osoby. A potem zrobić coś, co da tym drugim osobom uśmiech. To też bywa przykre, że my na zewnątrz potrafimy być super, a w domu generalnie wychodzi z nas całe to zło. To nie tak powinno być. Dla tych najbliższych powinniśmy być najwspanialszą wersją siebie. To też może być takie postanowienie, jaki jesteś na zewnątrz, taki zacznij być dla swoich bliskich.

A jaką modlitwę poleca ksiądz w Wielki Post?

Polecam trzy filary Wielkiego Postu, czyli modlitwę, post i jałmużnę. Pierwszy to chociażby dziesiątka różańca. Jeśli chodzi o post może to być odmówienie sobie czegoś, co jest naszym problemem – siedzenie w domu przed komputerem albo telewizorem.

Jałmużna, to wsparcie finansowe, ale nie tylko. To, co teraz jest chyba najcenniejsze, to ludzki czas. W ramach jałmużny, dajmy po prostu swój czas. Warto też rzecz jasna wybrać się na Gorzkie Żale albo Drogę Krzyżową. Co piątek o 23 mamy Nocną Drogę Krzyżowa pod Mostem Świętokrzyskim w Warszawie. Gdyby ktoś do kościoła nie mógł dotrzeć, to zapraszam bardzo serdecznie pod most.