Czytałam, i to z dużym zainteresowaniem. To bardzo wartościowa akcja. Wartościowa, bo przypomina, jakie jest nasze dziedzictwo kulturowe i co ono dla nas wszystkich znaczy.
Cieszy mnie ogromnie, że tylu niezwykłych ludzi podzieliło się z nami swoimi przemyśleniami na temat kanonu lektur obowiązkowych. Takie wielowymiarowe spojrzenie na polską literaturę jest
bardzo cenne.
.
Tak, pamiętam. Ale ta krytyka zaowocowała niezwykle ważną i potrzebną dyskusją nad kanonem. Ważną między innymi dlatego, że pokazuje, jak trudne jest ułożenie spójnej i wyczerpującej
wszystkie kryteria listy książek, które każdy uczeń koniecznie powinien przeczytać. Bardzo trudno jest stworzyć kanon, który wszyscy muszą poznać, a przede wszystkim lubić.
Ale w kanonie cały czas jest Adam Mickiewicz, choć pewnie nie wszyscy go lubią, a niektórzy wręcz nie cierpią. I zapewne wielu uczniów czytało jego utwory bez żadnej przyjemności, ale
zapamiętało, że są ważne. Jeśli w sondzie ulicznej spytamy, który autor nie może zniknąć z kanonu lektur, wszyscy wymieniają właśnie Adama Mickiewicza. A nauczyli się tego nie gdzie
indziej, jak właśnie w szkole. I nie ma żadnego znaczenia, jakie mieli gusta literackie, czy lubili romantyzm czy zupełnie nie. Literatura porusza emocje i dlatego wszyscy tak zażarcie
dyskutują, co ma się znaleźć na liście lektur obowiązkowych, a co powinno z niej wypaść. Czy taka sama narodowa dyskusja towarzyszy usuwaniu jakichś szczegółów z programu nauki biologii?
Nie. Z literaturą jest po prostu najtrudniej.
Nie, to nieprawda. Nasz kanon przewiduje przeczytanie przynajmniej czterech lub pięciu książek rocznie. W szkole podstawowej, gimnazjum i liceum uczeń pozna w sumie przynajmniej 40 sporych
książek, a oprócz tego jeszcze są wiersze i opowiadania. Czy to naprawdę jest tak mało? Nieporozumienia mogą wynikać z tego, że nie wszystkie pozycje wskazujemy palcem. Zamiast tego wolimy
powiedzieć, że uczeń ma się zapoznać na przykład z jedną z powieści Sienkiewicza.
Na naszej liście jest jedna powieść Żeromskiego czytana obowiązkowo i w całości. Może to być właśnie "Przedwiośnie", choć powiem szczerze, że gdybym to ja była
nauczycielem polskiego, chętniej wybrałabym "Ludzi bezdomnych". Ale przecież można przeczytać i jedno, i drugie. Bo wcale nie jest tak, że coś, co nie jest nakazane, to jest
zabronione. Nauczyciel może przeczytać z uczniami nawet trzy powieści Żeromskiego, ale jedną koniecznie.
Szkoła ma wyrobić w młodym człowieku pewne umiejętności i postawy. A nauczyciel powinien kształtować w swoich uczniach zamiłowanie do czytania i wychowywać ich na świadomych uczestników i
odbiorców kultury, być ich przewodnikiem po świecie kultury. Właśnie dlatego - i tą zasadą kierowaliśmy się, układając kanon lektur - nauczyciel powinien mieć prawo współdecydowania o
tym, jakie lektury poznają jego wychowankowie. Niech sam zdecyduje, które dzieło Żeromskiego czy Sienkiewicza chce im przybliżyć. I niech kieruje się przy tym własnym gustem i upodobaniem. Bo
z im większym przekonaniem będzie omawiał wybrany utwór, tym większa szansa, że jego uczniowie sami sięgną po kolejne książki tego samego autora. Bo uznają, że to były ciekawe
lekcje.
Właśnie dlatego jest ogromnie ważne, abyśmy mieli w Polsce mądrych nauczycieli. Bo tylko wtedy każde 45 minut lekcyjnych zostanie dobrze spożytkowane. Miałam szczęście do nauczycieli,
którzy potrafili mnie zarazić swoją miłością do przedmiotu, byli mądrymi przewodnikami po wspaniałym dorobku polskiej literatury. Zły nauczyciel może zohydzić książki. Dlatego powtórzę
raz jeszcze: mam nadzieję, że będziemy mieć coraz więcej pełnych pasji nauczycieli, a uczniowie będą coraz chętniej czytać.
Bez przesady. Ale z pewnością bolączką polskiej szkoły są wymagania uczelni wyższych, jeśli chodzi o język polski. Bo jeśli od wyników z polskiego na teście kończącym gimnazjum zależy
przyjęcie do dobrej szkoły średniej, ambitni młodzi ludzie jeszcze się tego przedmiotu uczą. Ale później na maturze z języka polskiego wymagamy już od nich tylko 30 proc. punktów, by
egzamin był zdany. Na przykład żeby dostać się na jedną z najlepszych w kraju uczelni, jaką jest SGH, trzeba nauczyć się matematyki, historii, geografii i dwóch języków obcych, ale
polskiego już wcale nie... Dlatego cały czas namawiam rektorów, by każda uczelnia wyższa brała pod uwagę przy rekrutacji na studia maturalny wynik z języka polskiego. Chodzi o to, żeby
wszyscy przyszli inżynierowie, specjaliści od zarządzania czy lekarze umieli się dobrze posługiwać nie tylko językami obcymi, ale także ojczystym. Młodzi ludzie są pragmatyczni: jeśli nikt
od nich nie będzie wymagał uczenia się polskiego, to nie będą się go uczyć.
Bez względu na to, co zapiszemy w kanonie, jeśli młody, zdolny, ambitny człowiek będzie potrzebował jedynie 30 proc. punktów, by zdać obowiązkowy na maturze egzamin z polskiego, to w
ostatniej klasie swoją energię przeznaczy przede wszystkim na przedmioty, od których zależy jego przyszłość - wymagane przez jego wymarzoną uczelnię. Jeśli będzie tam wymagany wynik z
polskiego, przeczyta jak najwięcej.