Jestem wykładowcą akademickim. Moja praca to nieustanna rozmowa z dwudziestolatkami. Dlatego wolę o Was pisać w konwencji rozmowy i listu. Wolę podsuwać Wam rozwiązania, niż oceniać z zimnym dystansem. Zwłaszcza że każdy kolejny rocznik studentów próbuje - tak jak Wy - opisać swoje miejsce, swoją oryginalną tożsamość, wypowiedzieć nikłe jeszcze doświadczenie w nowy, oryginalny sposób. Mówicie o sobie językiem po części tylko własnym, w dużej mierze powtarzacie obserwacje Waszych rodziców, nauczycieli, socjologów.

Reklama

Jesteście nastawieni na konkret, nużą Was abstrakcje. Te cechy są związane ze zmianami, na które nie mieliście wpływu. Przyzwyczaja Was do tego zarówno świat mediów, jak też szkoła, której program zdaje się coraz bardziej schlebiać takiemu nastawieniu, rezygnować z dawnych wymagań. Wcale Wam tego nie zazdroszczę, przeciwnie - wiem, jak wiele kosztuje Was nadrabianie na studiach tego, czego nie nauczono Was w szkole. Jak wiele kosztuje porzucanie zgubnych nawyków wytrenowanych przez upiorny system przygotowań do nowej matury. Wiem, że wychowano Was z dala od książek i nabranie do nich sympatii i zaufania wymaga czasu i samozaparcia.

Inaczej niż Wy sami nie mam poczucia, że jesteście inni w swoim podejściu do polityki. Przeciwnie, widzę w Waszych postawach sporo zachowań Waszych rodziców. W latach ich młodości, w ostatnim okresie PRL, tylko niewielu studentów aktywnie uczestniczyło w działalności opozycyjnej. Na niektórych warszawskich uczelniach z trudem zakładano ogniwa NZS, a tylko na kilku wydziałach UW zainteresowanie sprawami politycznymi było naprawdę wysokie. Nie jesteście pod tym względem gorsi. Nie powinniście mieć poczucia winy. Będziecie mieć dystans - ale to dobrze, bo moralizatorstwo i pryncypializm pokolenia, które dziś rządzi, jest tak nieznośne i pełne hipokryzji, że bez żalu przychodzi nam obserwować odejście z polityki zarówno twórców Trzeciej Rzeczpospolitej, jak też jej nieudolnych reformatorów. Możemy doceniać ich dokonania, ale umysłowe i polityczne dziedzictwo nurtów politycznych nie zasługuje na kontynuację. Może dlatego trudno Wam identyfikować się z czymkolwiek w polskiej polityce.

Macie na to czas. Nazywanie Was pokoleniem jest bowiem przesadą, dlatego że brak jeszcze wydarzeń i doświadczeń, które będą stanowić wspólny mianownik dla wielu roczników. Na razie łączy Was rok urodzenia, bliski 1989. Łączą Was wspomnienia dzieciństwa, wczesnej młodości - filmy, gadżety, muzyka. Gdyby nie wielkie wydarzenia - ”Solidarność” i stan wojenny - także moi rówieśnicy musieliby szukać wspólnych punktów odniesienia na tym poziomie. Historia jednak nie skończyła się ani nie stanęła w miejscu. To ona wskaże wyzwania, które określą Was jako pokolenie.

Wasze dzisiejsze poczucie apolityczności jest zatem usprawiedliwione. Wbrew krytycznym głosom postępujecie słusznie. Wolę, gdy moi studenci zachowują zdrowy dystans wobec politycznych sporów, niż gdy mówią językiem jakiegoś politycznego stada. Lepiej dla Was, gdy ograniczycie odziedziczoną po poprzednikach stadność myślenia i politycznych zachowań.

Wasze dzisiejsze poczucie apolityczności jest zatem usprawiedliwione. Wbrew krytycznym głosom postępujecie słusznie. Wolę, gdy moi studenci zachowują zdrowy dystans wobec politycznych sporów, niż gdy mówią językiem jakiegoś politycznego stada. Lepiej dla Was, gdy ograniczycie odziedziczoną po poprzednikach stadność myślenia i politycznych zachowań. Rządzące dziś w polityce, kulturze i życiu umysłowym pokolenia uczyniły z powiązań i lojalności towarzysko-grupowych kluczowe kryterium oceny i selekcji. Mam nadzieję, że dziwi Was obyczaj, iż o najważniejszych dla Polski sprawach rozmawia się w zamkniętych kręgach wzajemnej adoracji. Zachowania elit wszelkiego typu są boleśnie przewidywalne, nawet najwięksi liberałowie tolerują w swych plemionach jedynie niewielkie odstępstwa.

Nie dajcie się jednak nabrać na ”totalną” apolityczność, która sprawi, że przestaniecie się interesować sprawami publicznymi. Nie trzeba lubić polityków, by rozumieć rolę, jaką polityka może odegrać w budowaniu pomyślności narodów - czy szerzej bezpieczeństwa i rozwoju całego Zachodu. Nie trzeba być patriotą w staromodnym rozumieniu tego słowa, by szukać sposobów umocnienia pozycji Polski i zbudowania możliwie silnej konstrukcji europejskiej. Jeżeli odrzucicie fałszywy pryncypializm obecnych elit, to szybko zorientujecie się, że istnieją całkiem realne powody, by politykę potraktować poważnie. A Wasz patriotyzm, jeżeli ma być szczery, nie musi być ”odziedziczony”, ale raczej odkryty i ułożony według adekwatnego do nowych czasów projektu.

Tak jak uczelnie medyczne kształcą dobrych lekarzy, nie oczekując od nich heroizmu, lecz profesjonalizmu i przestrzegania etyki zawodowej, tak samo powinniśmy kształcić ludzi, w których ręce złożymy zdrowie naszego państwa. Służba zdrowia i służba publiczna potrzebują - wbrew pozorom - podobnego systemu kształcenia. Jeżeli zabraknie nam dobrze wykształconych lekarzy, możemy ich ściągnąć z innych krajów. Ale elity państwowej, ludzi kształtujących ramy życia publicznego, określających kierunki rozwoju, nie sprowadzimy z zewnątrz. Nie miejcie złudzeń - część z Was - oby jak najlepsza, powinna zająć się szeroko rozumianą polityką. Rządzenie przestało być zadaniem wąskiego, hierarchicznie zbudowanego aparatu władzy, a stało się dość powszechną profesją. Rozumienie reguł współczesnego świata jest przepustką do dobrego rządzenia w stopniu większym niż opanowanie jakichś socjotechnicznych sztuczek pozwalających utrzymywać się przy władzy.

Tym z Was, którzy zdecydują się na służbę publiczną, potrzebne będą szerokie horyzonty i konkretne umiejętności. Będą potrzebne aspiracje i wiedza, by jakością publicznych usług dorównać kolegom z Niemiec czy Francji. Nie będzie jednak potrzebne masowe wsparcie w postaci ruchu społecznego na miarę ”Solidarności” czy heroizm na miarę narodowych powstań.

To jest sprawa, w której nie tylko nie powinniśmy udzielać Wam pouczeń, ale przeciwnie - pomóc, korzystając z tego, co w naszym doświadczeniu może być dla Was cenne. Wielu moich rówieśników zazdrości Wam zagranicznych studiów, wiedzy o świecie, nieograniczonych możliwości podróżowania. Próbuje zatem utrzymać przewagę nad Wami za pomocą rozmaitych zabiegów. Tymczasem sama odmienność doświadczeń sprawia, że jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni. Że uczenie się od dawna przestało być umiejętnością przyswajania sobie „starych” i niezmiennych prawd. To, że często uczymy się od Was - przestało nas już dziwić. Uczymy się od własnych dzieci obsługi technicznych gadżetów. Nasi studenci opowiadają fascynujące rzeczy o krajach, w których spędzili jeden lub dwa semestry.

Czasami jednak nie rozumiemy, że najlepszą strategią postępowania z Wami jest uznanie suwerenności obu stron. Osiem lat temu jeden z Waszych starszych kolegów przekonał mnie, by oceny traktować jak komunikat o stanie zdrowia. Jak wynik pomiaru ciśnienia w gabinecie lekarskim. Lekarz nie podaje wyniku badania ani po to, aby pocieszyć pacjenta, ani po to, by ocenić go jako człowieka. Przekazuje komunikat, który nie wpływa na jego przyjazne relacje z pacjentem. Suwerenność obu stron nie zostaje naruszona.

Podobnie, gdy chodzi o wymagania bardziej złożone - dotyczące kultury osobistej, zakresu umiejętności, których od Was wymagamy. Dziś fatum ”wojny pokoleń” zastąpiły niezrozumiałe umizgi wobec ludzi młodych skrywające realne problemy. Jednym z nich jest rzeczywiste otwarcie dróg awansu zawodowego i stworzenie jasnych kryteriów selekcji zawodowej. Kilka lat temu dobrzy absolwenci uciekali z Polski nie tylko ze względu na wyższy poziom życia w krajach, do których emigrowali, ale ze względu na panującą tam czytelność reguł rywalizacji.

Brak takich reguł - zarówno na poziomie szkoły, uczelni, jak też startu zawodowego jest najpoważniejszą krzywdą, jaką możemy Wam wyrządzić. Jest najgorszą formą ”reprodukcji” postkomunizmu, który powinien być dla Was zjawiskiem, o którym można czytać jedynie w książkach. Starsze pokolenia nie uznały jeszcze w pełni, że w ich elementarnym interesie leży budowa uczciwych reguł gry, które spowodują, że na szczytach profesjonalnych karier znajdą się najlepsi z Was, a nie - jak to było często - niegroźne dla otoczenia miernoty.

Jesteśmy Wam - dwudziestolatkom - winni uczciwe partnerstwo, bez pouczania i schlebiania. Z twardym wymaganiem respektu dla naszych poglądów, doświadczeń, a nawet uprzedzeń i fobii.Nie możemy Was oszukiwać entuzjastycznymi ”cenzurkami”, patrząc, na ile spełniacie pokładane w Was nadzieje. Nikt nie jest oceniany na poziomie tego, jak zdał maturę, gdzie studiował, jak pozytywnie nastawiony był wobec świata w wieku lat dwudziestu. Egzamin życiowy zdaje się później.

Rafał Matyja jest wykładowcą politologii w nowosądeckiej Wyższej Szkole Biznesu-National-Louis University

Reklama