Może dlatego, że jeszcze w większości nie zdążyliśmy dostać po głowie, ani od życia, ani od losu, ani od współuczestników tej całej zabawy. Dlatego możemy sobie pozwolić na takie idealistyczne podejście do świata. Temu optymizmowi sprzyjają też okoliczności. Wychowaliśmy się w wolnym kraju, nie doznaliśmy, co jest ewenementem od kilku pokoleń, ani wojen, ani szczególnych zawirowań politycznych.
Mamy dosyć komfortowe warunki życia w porównaniu z naszymi rodzicami, nie mówiąc już o dziadkach. Ale czy to jest chodzenie na łatwiznę? Żyjemy w tym, co nas otacza. Nie można mówić, że nasi dziadkowie byli ambitni, bo poszli na wojnę. Wojna była, więc oni brali w niej udział. Nie wiem, co by było, gdybyśmy znaleźli się w takiej sytuacji.
Tak? Mnie się wydaje, że coraz mniej ludzi zasługuje na miano autorytetu. Odchodzą ludzie wielcy, a ich miejsca zostają puste. A ideały faktycznie czasem ustępują pola konsumpcjonistycznej miłości do pieniądza. No cóż, łatwiej jest żyć, jak się pieniądze ma, niż jak się ich nie ma.
Najważniejszym autorytetem, choć niejedynym, jest dla mnie mój tata. Ja nigdy nie miałam potrzeby buntowania się przeciwko rodzicom.
To nie do końca tak. Ja miałam z polityką bardzo intensywny romans. Jako 14-latka zapisałam się do młodzieżówki Unii Wolności. Półlegalnie, bo trzeba było mieć skończone 16 lat. Przez półtora roku chodziłam na zebrania i byłam tym bardzo zaaferowana. Fascynowało mnie to, że otaczają mnie ludzie, którym się chce. Na lokalno-juniorskim poziomie polityka jest kapitalna. Natomiast jeśli nas (mnie) coś mierzi w „wielkiej” polityce, to kompletny zanik kultury i politycznej, i osobistej. Jaskrawe wydają się przypadki polityków władających ojczystym językiem na poziomie elementarnej poprawności gramatycznej. O treści nie wspominając.
Zupełnie sobie siebie nie wyobrażam.
*Antonina Turnau, rocznik 1988, studentka polonistyki na UJ, córka Grzegorza Turnaua