Całą bandą podpływają do statku i po burtach dostają się na pokład. Terroryzują bronią członków załogi i już statek należy do nich. Nie mają zazwyczaj
żadnych planów, nie śledzą rejsu konkretnego statku, a raczej atakują spontanicznie. Mogą odpływać nawet bardzo daleko od brzegu. Międzynarodowe organizacje ustaliły, że niebezpieczna
strefa siega do 450 mil od brzegu, ale były w historii i takie ataki, kiedy piraci przejęli statek 900 mil od wybrzeża.
Najważniejsze to zachować spokój. Nie wolno wykonywać gwałtownych ruchów, w żadnym razie nie próbować walczyć czy używać broni. Niestety w takich sytuacjach waleczni bohaterowie mogą
być bohaterami martwymi. Dowódca musi dbać nie tylko o ludzi, ale i o ładunek. Na tankowcach często przewożone są ogromne ilości niebezpiecznych substancji, które nie mogą dostać się do
wody. No i jakoś radzić sobie z ogromnym i długotrwałym stresem.
Marynarze porwani przez piratów to prawie tacy sami zakładnicy jak ci, którzy padają ofiarą napadu na bank. Różnice są tylko dwie - negocjacje z piratami nie trwają kilka godzin, ale
zazwyczaj tygodniami. Po drugie wojownicy somalijscy to ludzie dzicy, którzy nie znają żadnego europejskiego języka, a nawet nie potrafią otworzyć drzwi klamką, otworzyć szuflady czy chodzić
po schodach. Dlatego praktycznie nic nie jest zaplanowane i przewidywalne.
Z pierwszym szkoleniem ruszamy pod koniec kwietnia, ale chętnych jest bardzo dużo. Po ostatnim tsunami, kiedy ten region zupełnie zubożał, piractwo stało się głównym źródłem utrzymania
wielu Somalijczykow. Dlatego napadów jest coraz więcej. W ubiegłym roku piraci napadli aż 293 statki, w tym 47 porwali.
*Kmdr ppor. Sebastian Kalitowski, ekspert od działań antyterrorystycznych i bezpieczeństwa na morzu, szef firmy zajmującej się bezpieczeństwem morskim "Maritime Safety & Security".