By upaść, trzeba bowiem spełnić masę warunków. Nie skorzystają z niej przedsiębiorcy i rolnicy. A dług musi powstać nie z winy dłużnika, czyli być np. efektem śmierci małżonka, a nie zwolnienia z pracy. "Nawet kryzys i masowe redukcje w firmie mogą nie zostać uznane przez sąd za wystarczające powody do upadłości" - mówi Andrzej Kulik z Krajowego Rejestru Długów.

Reklama

Jadwigę Rzeżuchowską kredyty tak przycisnęły, że musiała jechać do pracy do Szkocji, by spłacić chociaż małą ich część. "Mam 30 tys. zł długów. Trzy już spłaciłam, dwa ściąga ze mnie komornik, dwa kolejne jeszcze nade mną wiszą. Ledwo wystarcza mi na życie" - mówi nam 60-latka z Olsztyna. "Czytałam ustawę i nie ma mowy, bym z niej skorzystała. Przecież wszystko by mi zlicytowano. To ja już wolę do końca życia spłacać po trochu te moje kredyty" - dodaje kobieta.

Podobnie myśli większość zadłużonych. Choć w kredytowe tarapaty popadło już 1,3 mln Polaków - jak wynika z raportu Infomonitora, aż tyle osób nie spłaca rat i nie reguluje rachunków dłużej niż 60 dni - to według ekspertów warunki postawione w nowej ustawie spełnia niewielka ich część.

"Ogromne rozczarowanie czeka osoby liczące na to, że upadłość będzie dla nich ucieczką przed kłopotami" - mówi nam Jacek Sowiński z antywindykacyjnej firmy Ambasador, która pomaga zadłużonym wychodzić z kłopotów. "Najważniejszym ograniczeniem jest to, że upadły dłużnik będzie miał zlicytowany cały majątek włącznie z mieszkaniem" - dodaje Sowiński.

Efekt? Na upadłość zdecydują się najbardziej zdesperowani. Nawet 30-letni Janusz, który zaciągnął 240 tys. zł długów na operacje swojego pasierba urodzonego z zespołem wad wrodzonych, woli nielegalnie pracować w Niemczech i spłacać komornika, niż ogłaszać upadłość. "Stracę majątek, a długi i tak zostaną, tyle że bank nie będzie doliczał odsetek" - mówi mężczyzna.

Niechęć do nowej ustawy potwierdzają eksperci. "Do tej pory wpłynęło do nas blisko 600 wniosków o ogłoszenie upadłości, ale tylko cztery spełniają wymagania formalne" - mówi nam Kamil Basaj z firmy antywindykacyjnej Connect. "Desperatów skłonnych skorzystać z tej ustawy według naszych wyliczeń będzie nie więcej niż 2 - 3 procent wśród nadmiernie zadłużonych" - dodaje Basaj.

Te 2 - 3 procent to co najwyżej kilkanaście tysięcy osób. Jednak według Andrzeja Kulika z KRD chętnych może być jeszcze mniej. "Szacujemy, że rocznie będzie to najwyżej 500 - 1000 osób" - mówi nam Kulik. "Nie ma co liczyć na to, by nasza upadłość konsumencka była tak popularna jak upadłość w Niemczech, gdzie w 2007 roku zdecydowało się na nią ponad 100 tysięcy osób" - dodaje ekspert.

p

Joanna Dargiewicz: Zamierza pan złożyć wniosek o upadłość. Jak wpadł pan w tarapaty?
Tadeusz Broś*: W 2000 roku za 180 tys. zł kupiłem na kredyt mieszkanie. Wtedy zarabiałem 15 - 17 tys. zł miesięcznie. Rata w wysokości 3 tys. zł wydawała się kwotą zupełnie nieistotną. Ale moje stanowisko pracy zostało zlikwidowane. Kompletnie tego nie rozumiałem. Okazało się, że prowadząc w PRL "Teleranek", odciągałem dzieci od Kościoła, bo w tym czasie była msza. Usłyszałem to od ówczesnego wiceszefa publicystyki w TVP.

Ale udowodnił pan, że wyrzucenie pana z pracy było niezgodne z prawem.
W 2002 roku przywrócono mnie do pracy w telewizji. Jednak to nie był koniec złej passy. Zachorowałem na gruźlicę, trafiłem do szpitala w Otwocku, w końcu komisja ZUS-owska wysłała mnie na zasiłek chorobowy. Od tej pory na rękę dostawałem około 1500 złotych. Potem znów dostałem wypowiedzenie z telewizji. Później skończył mi się zasiłek rehabilitacyjny.

Ale spłacać kredyt przestał pan wcześniej?
Nie płaciłem rat, od kiedy pierwszy raz wyrzucili mnie z telewizji, czyli od 2000 roku. Jak ostatnio sprawdzałem, mój dług z odsetkami wynosi teraz około 650 tys. zł.

Gdzie pan będzie mieszkał? Przecież upadłość oznacza stratę całego majątku?
Ale ja innego wyjścia jak upadłość nie mam. Przecież się nie powieszę. Przepisy gwarantują mi pieniądze na roczny wynajem mieszkania.

Czym pan się teraz zajmuje?
Jestem taksówkarzem. Jeżdżę po 10 godzin dziennie. Zarabiam jakieś 1800 zł miesięcznie.

*Tadeusz Broś jest aktorem i dziennikarzem telewizyjnym. Od 1980 roku do początku lat 90. był głównym prowadzącym "Teleranka", niedzielnego programu dla dzieci