Historia jazzu w Polsce rozpoczęła się w latach 20. i 30. XX wieku swingującymi orkiestrami grającymi muzykę taneczną - pierwszy zespół jazzowy stworzyli w 1922 roku Zygmunt Karasiński, Szymon Kataszek i Jerzy Petersburski. Popularyzowało ten gatunek radio, rozbrzmiewał w organizowanych przez amerykańskie misje wojskowe ogniskach Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Młodych Mężczyzn (Young Men’s Christian Association - YMCA), przy których powstały pierwsze jazz cluby. Grały m.in. zespoły Henryka Warsa, Adiego Rosnera, braci Artura i Henryka Goldów oraz Jerzego Petersburskiego - trzej ostatni prowadzili orkiestrę Gold & Petersburski w warszawskiej Adrii. W czasie okupacji jazz był zakazany, ale odżył zaraz po wyzwoleniu.

Wojnę przeżyło spore grono muzyków i sympatyków jazzu, którzy robili wszystko, by ten rodzaj muzyki powrócił z wojennego niebytu. W Krakowie, Łodzi i zrujnowanej Warszawie rozbrzmiewał dixieland i swing grany przez orkiestrę braci Łopatowskich czy sekstet Skowrońskiego i Górkiewicza. W wymienionych trzech miastach wznowiły działalność oddziały YMCA - tą drogą trafiała do Polski żywność, lekarstwa, a z nimi amerykański styl życia, książki oraz jazzowe płyty i nuty. W Warszawie ocalał nienaruszony budynek YMCA przy ulicy Konopnickiej 6 (dziś Teatr Buffo), w którym mieszkali m.in. Szymon Kobyliński, Kazimierz Rudzki, Edmund Fetting, Kazimierz Serocki, Leopold Tyrmand oraz Julian Krzemieński (ojciec Małgorzaty Niemen), który szył wszystkim garnitury. Mówiło się, że to on zapoczątkował modę na "bikiniarskie ciuchy", tak chętnie noszone przez Tyrmanda.

Ameryka, Kanada i Meksyk

W takiej atmosferze odbywały się pierwsze jam session, podczas których muzycy sami dobierali składy oraz improwizowali na tematy słynnych amerykańskich standardów Glenna Millera (głównie w gmachu przy ul. Konopnickiej). Te pierwsze jazzowe spotkania prócz muzyki granej na żywo oferowały również możliwość słuchania płyt, których około 500 dotarło w 1946 roku ze Stanów Zjednoczonych. Odbywały się wieczorki taneczne - tzw. fajfy (od ang. five o’clock). Otwierała je zawsze ta sama melodia wybrana przez Tyrmanda - "Swanee River". Po raz pierwszy zabrzmiała w sali YMCA 30 maja 1946 roku; grali tam m.in. Charles Bovery, Juliusz Skowroński, Janusz "Marek" Byliński i Wacław Czyż. W tamtych latach nie bardzo było wiadomo, co jest jazzem, a co nim nie jest - wspominał Jerzy "Duduś" Matuszkiewicz w książce Marka Gaszyńskiego "Fruwa twoja marynara". Grały więc gdzie tylko się dało wszelkiej maści zespoły jazzowe i "półjazzowe". Jeden z pierwszych lokali w stolicy otwarto w hotelu Polonia, zaraz potem uruchomiono Huragan. W Kameralnej i Bristolu występował doskonały saksofonista Alfred Predella przybyły z Zachodu, od Andresa. W 1947 roku reaktywowano warszawski Jazz Club.

W Krakowie na dancingach w Casanovie, Cyganerii, Feniksie i Gospodzie Aktorów królowały orkiestry Kazimierza Turewicza, Władysława Figla i Zbigniewa Wróbla. Wkrótce powstała tu lokalna filia Jazz Clubu. Stąd wywodzą się Jerzy "Duduś" Matuszkiewicz, Andrzej Trzaskowski, Krzysztof Trzciński-Komeda, Jerzy Skarżyński i Witold Kujawski. Jazz rozbrzmiewał nawet w radiu. Tymczasem w łódzkim Grand Hotelu koncertowała orkiestra braci Mieczysława i Artura Harrisów. W tamtejszym oddziale YMCA Janusz Cegiełła i Marek Szczerbiński (później znany jako Marek Sart) założyli Klub Melomanów - zalążek łódzkiego Jazz Clubu. Wśród członków znaleźli się: pianista Tadeusz Suchocki, perkusista Witold Sobociński, pianista i piosenkarz Julian Sztapler, dyrygent Henryk Debich, piosenkarka Marta Mirska, dziennikarz Jerzy Brodzki, aktor Adam Pawlikowski (Andrzej z "Popiołu i diamentu" Wajdy) i wielu innych. Ta grupka miłośników synkopy poruszyła lawinę. Rzesze wyznawców rosły, tworzyła się prawdziwa jazzowa kultura i odmienny od oficjalnego styl bycia, była swoboda, Ameryka, Kanada i Meksyk.

Powiew Syberii

Niestety wkrótce, niczym lodowaty wiatr z Syberii, dotarł do Polski oddech komunistycznego ideologa Andrieja Żdanowa. Realizm socjalistyczny - jako dobro wyższe nad "zgniłe moralnie" wartości Zachodu - stał się obowiązującym wykładnikiem wszelkiej sztuki. Zaczęło się od "publicznej" dyskusji w prasie reżimowej, gdzie ideowo poprawne i siłą oderwane od pługa "autorytety" wykrzykiwały, że czynne lub bierne uprawianie jazzu to wyrażanie sympatii dla wrogiego światopoglądu. W 1948 roku Walne Zgromadzenie Związku Kompozytorów Polskich na zjeździe w Łagowie uchwaliło "jedynie słuszne" zasady tworzenia. Stefan Kisielewski w swoich "Dziennikach" odpowiadał, że wie, dlaczego dobry komunista nie może być jazzmanem - bo w tej muzyce nie ma wytycznych. Odtąd radio mogło nadawać wyłącznie muzykę radziecką lub polską, głównie ludową. Lansowano piosenki mobilizujące do pracy w rodzaju "Walczyka murarskiego" i "Polki antybumelantki". Na falach eteru produkowała się orkiestra Jana Cajmera i Chór Czejanda ze szlagierem "Na prawo most na lewo most" oraz Mieczysław Fogg z "Małym mieszkankiem na Mariensztacie".

Reklama

Dawne siedziby YMCA zostały zamienione w socjalistyczne domy kultury. W Łodzi spalono całą bibliotekę Stowarzyszenia Jazzowego. Pewnego dnia do pokoju klubowego Melomanów wszedł młody człowiek z czarną teczką pod pachą. Z teczki wyjął spory młotek i energicznym ciosem rozwalał płytę po płycie. W sumie ciosów zadał ponad 500. Zamordował w ten sposób: Ellingtona, Armstronga, Counta Basie’ego, Cottona, Goodmana i wielu innych wspaniałych - wspominał w 1992 roku Andrzej "Idon" Wojciechowski na łamach "Gazety Wyborczej". Przed utratą nagrań uchronił się tylko oddział krakowski, którego zarząd na wieść o wypadkach w innych miastach rozdał całą płytotekę swoim członkom. Jazz zszedł do podziemia - rozpoczął się "okres katakumbowy". Artystów poddano nadzorowi i represjom. Ale kto raz zakosztował wolności, nigdy jej się nie wyrzeknie. Bakcyla jazzu nie dało się zatłuc i zagłuszyć. Muzyka co prawda zniknęła z sal koncertowych, ale znalazła sobie przytulny kąt w domach prywatnych, na zabawach tanecznych i w knajpach, zupełnie jak kiedyś w Nowym Orleanie. A ponieważ ZMP-owcy nie mieli bladego pojęcia, co tak naprawdę jest jazzem, a co tylko dozwoloną muzyką taneczną, artyści znaleźli zaczepienie w przeróżnych big-bandach, w których dzięki ignorancji władz można było przemycić wiele jazzowych tematów.

Wielu artystów odeszło od jazzu. Edmund Fetting, lider zespołu Marabut, zajął się na poważnie aktorstwem, Janusz Cegiełła wpadł w objęcia muzyki klasycznej, a Marek Sart, Tadeusz Suchocki, Wiesław Machan i kilku innych grało, komponowało i aranżowało muzykę rozrywkową. Wielu jednak pozostało jazzowi wiernych. Z zespołem Jerzego Tataraka w Zakopanem zaczęli grać perkusista Władysław Jagiełło, Krzysztof Bem (ojciec Ewy) i Tadeusz Prejzner. W warszawskiej Polonii pojawiła się Jeanne Johnson-Schiele. Na przełomie 1950 i 1951 roku w Łodzi powstał znakomity zespół Melomani z Jerzym "Dudusiem" Matuszkiewiczem, Witoldem Kujawskim i Witoldem Sobocińskim, Andrzejem Trzaskowskim i Andrzejem "Idonem" Wojciechowskim; w 1952 roku skład powiększył się o Krzysztofa Komedę (właściwie Krzysztofa Trzcińskiego).

Odwilż

Pierwsze symptomy odwilży dały się zauważyć już w 1953 roku, po śmierci Józefa Stalina, za sprawą kilku publicystów sympatyzujących z jazzem. Stefan Kisielewski napisał, że jazz to muzyka uciśnionych Murzynów amerykańskich, pochodzi z ludu i dlatego nadaje się dla mas. W następnym roku zaczęły się pojawiać w prasie artykuły polemizujące z założeniami socrealizmu. Nie była to jeszcze wielka zmiana, ale pierwsza jaskółka zawitała do burego kraju na Wisłą. Za cichym przyzwoleniem władz w listopadzie 1954 roku grupa zapaleńców zorganizowała w Krakowie Zaduszki Jazzowe. Tyrmand rozpoczął ten koncert. Na okarynie czy też jakimś fleciku zagrał "Swanee River" - wspominał malarz, scenograf i profesor ASP w Krakowie Jerzy Skarżyński. Z całej Polski, jak do muzycznej mekki, ściągnęli artyści, którzy przez dwa dni koncertowali w szkolnej sali gimnastycznej na przedmieściach. Wystawiono nawet księgę pamiątkową, ale zaginęła po zakończeniu imprezy w tajemniczych okolicznościach, choć wszyscy wiedzieli, że zabrali ją ubecy, żeby mieć dokładny spis sympatyków jazzu - powiedział Jerzy "Duduś" Matuszkiewicz w rozmowie z Markiem Gaszyńskim.

Pod wpływem krakowskiej imprezy w Staromiejskim Domu Kultury w Warszawie powstał Jazz Club Warszawa. Na Śląsku rozpoczął granie komercyjny zespół Zygmunta Wicharego. Co prawda, puryści jazzowi kłócą się, że nie był to ansambl ściśle jazzowy, ale zdobywało tam szlify i doskonaliło umiejętności wielu jazzmanów. Z Wicharym śpiewali i grali w różnych okresach Jeanne Johnson-Schiele, Carmen Moreno i Betty Charles, Zbigniew Kurtycz, Zbigniew Namysłowski, debiutował saksofonista Mirosław Wójcik. Karierę rozpoczął Jan Walasek wyrzucony wcześniej za jazzowe rytmy z orkiestry krakowskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przełomowym rokiem był 1955, a pierwszą imprezą firmowaną przez poważany w środowisku autorytet Leopolda Tyrmanda była odbywająca się 5 i 6 marca Jam Session nr 1 w dawnym parterowym budynku Ministerstwa Komunikacji przy Wspólnej 72. Grał zespół Melomani, gościnnie wystąpili Jan Walasek, Janusz "Marek" Byliński i Carmen Moreno. Fruwały marynary. W sierpniu odbył się w Warszawie V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów - przed międzynarodową publicznością pod Pałacem Kultury i Nauki zagrali Melomani, Sekstet Organowy Polskiego Radia pod dyrekcją Andrzeja Kurylewicza, śpiewały Wanda Warska, Maria Koterbska, występowały zespoły Władysława Kowalczyka, Stefana Bugi, Jana Walaska i orkiestra Jana Cajmera - od tego ostatniego wzięło się brydżowe powiedzenie "zagrać jak Cajmer". W październiku w Warszawie, Łodzi, Krakowie i Stalinogrodzie (Katowicach) odbyła się wielka impreza pod hasłem "Turniej Jazzu" - swoich sił próbowały zespół jazzowy Kurylewicza z Krakowa, Melomani z Łodzi, orkiestra Zygmunta Wicharego ze Śląska i Mazurkiewicza ze stolicy. Reprezentowane były wszystkie gatunki jazzu grane w tym czasie w Polsce - dixieland, swing i bebop, a koncertów słuchało 5000 widzów. W grudniu tego samego roku w sali Młodzieżowego Domu Kultury w Łodzi odbył się "Wieczór muzyki jazzowej improwizowanej Studio 55". Zaczęły powstawać pierwsze kluby studenckie - w Warszawie Klub Medyka przy Oczki i Stodoła przy Emilii Plater (dziś stoi tam Dworzec Centralny), a w marcu 1957 roku przy Mokotowskiej 48 otworzyły podwoje Hybrydy.

W lutym 1956 roku ukazał się pierwszy numer miesięcznika "Jazz". Przyjechały do polski jazzowe zespoły zagraniczne: Everyman Opera z USA, dwa zespoły czeskie: Gustawa Broma i Karela Vlacha, oraz orkiestra Radia Lipskiego. Pod koniec lipca na Wybrzeże zaczęły zjeżdżać nieprzebrane tłumy na I Ogólnopolski Festiwal Jazzowy w Sopocie. Nawet w Nowej Hucie rozgorzały zażarte boje o możliwość przełożenia urlopów, żeby pracownicy mogli uczestniczyć w tej głośnej imprezie. Radio apelowało o zabieranie autostopowiczów i choć bilet kosztował 105 złotych, przybyło prawie 30 tysięcy widzów. Wystąpili Melomani z Jerzym "Dudusiem" Matuszkiewiczem, Andrzejem Trzaskowskim i wokalistką Jeanne Johnson-Schiele, Sextet Komedy w składzie: Komeda, Milian, Pludra, Ptaszyn-Wróblewski, Stolarz i Zylber, zespół Wicharego, zespół Kurylewicza z Wandą Warską, sekstet Stanisława Kalwińskiego, warszawska grupa Pinokio z Mateuszem Święcickim przy fortepianie oraz goście zagraniczni: zespół Dave’a Burmana z Wielkiej Brytanii i czeska grupa Kamila Hali.

Jazz Jamboree i modern jazz

Powstały w 1955 roku zespół Błękitny Jazz pod dyrekcją Ryszarda Damrosza pojechał na tournée po Związku Radzieckim [sic!], gdzie odniósł gigantyczny sukces i był oklaskiwany przez tysiące tamtejszych miłośników jazzu.

Jazz wyszedł z ukrycia. W 1957 roku do Polski przyjechała Orkiestra Glenna Millera, Yves Montand z Simone Signoret, a w Stoczni Gdańskiej odbył się II Międzynarodowy Festiwal Jazzowy, który zainaugurowały pochód i impreza na stadionie gdańskiej Lechii. Jazz grano w radiu i telewizji, na festiwalach, był na płytach, w prasie, książkach - wszędzie. Zespół Komedy wyjechał na koncerty do Moskwy, powtarzając sukces Błękitnego Jazzu. Od 18 do 21 września 1958 roku w klubie studenckim Stodoła odbył się pierwszy Jazz Jamboree jeszcze pod nazwą Jazz 58, a do Polski przyjechał Willis Connover, którego audycji w waszyngtońskim Głosie Ameryki słuchano z uchem przy radiu w latach stalinowskiego zamordyzmu.

Dla jazzu nastały normalne czasy, kiedy muzyka była tylko muzyką. Ale rodzący się modern jazz był coraz mniej zrozumiały dla młodych ludzi, którzy woleli prostsze w wymowie, ale i jakby bardziej zwariowane rytmy, zwane w USA rock and rollem.

p