To miało wyglądać tak: zmęczona spotkaniem z robotnikami radomskich zakładów nocuje u swojej znajomej - Ewy S. Nie wie, że kobieta, działaczka miejscowej "Solidarności", jest i że kilka dni wcześniej przyjęła od swych mocodawców zlecenie specjalne - otrucie słynnej opozycjonistki.
>>>Gwiazda:Trucicielom z SB należy się kara
Ma jej dosypać do herbaty silną dawkę leku moczopędnego o nazwie furosemidum, który podany w dużym stężeniu prowadzi do nagłego odwodnienia organizmu, co może doprowadzić nawet do zawału serca i śmierci.
Do dziś nie wiadomo, czy agentka miała świadomość, że może zabić Walentynowicz. Ona sama stanowczo zaprzecza. Twierdzi też, że nie współpracowała z bezpieką. ". Bezpiece chodziło o zatrucie Walentynowicz i wyeliminowanie jej ze spotkań z robotnikami" - mówi . "Jednak esbecy nie przejmowali się, że otrucie mogło zakończyć się śmiercią Anny Walentynowicz" - dodaje.
Czy zarzuty usłyszy też Ewa S.? W tej sprawie IPN na razie milczy.
Opozycjonistkę uratował przypadek - w ostatniej chwili zrezygnowała z noclegu w Radomiu. Rozczarowana przebiegiem spotkań, na które przychodziło niewielu robotników, po zaledwie jednym dniu spędzonym w tym mieście wróciła do Gdańska.
Anna Walentynowicz od początku swej antykomunistycznej działalności była solą w oku szefów SB. , gdy jako suwnicowa z gdańskiej stoczni rozpoczęła działalność opozycyjną w podziemnych Wolnych Związkach Zawodowych.
Jednym z głównych wrogów systemu stała się w sierpniu 1980 r., gdy protest przeciwko zwolnieniu jej z pracy doprowadził do powstania pierwszych za żelazną kurtyną niezależnych związków zawodowych. "To była bardzo silna kobieta, bezpieka się jej bała" - tłumaczą historycy.
>>>Walentynowicz i PiS razem przeciwko Wałęsie
Decyzja o otruciu Walentynowicz zapadła kilka dni przed jej przyjazdem do Radomia, prawdopodobnie w . Wykonawcami mieli być Obaj zajmowali się inwigilacją opozycji. Tuż przed wizytą Walentynowicz w Radomiu sporządzili notatkę, w której szczegółowo instruowali Ewę S., jak ma otruć kobietę. Sprawa wydawała się prosta - w tamtym czasie działacze "Solidarności", nie zdając sobie sprawy z grożącego im niebezpieczeństwa ze strony SB, niespecjalnie dbali o swe bezpieczeństwo.
"Dopiero stan wojenny i lata 80. z szeregiem dziwnych zgonów opozycjonistów uświadomiły ludziom, że władza może zrobić coś więcej, niż tylko nękać, zapychając zamki w drzwiach czy przebijając opony w samochodach" - mówi Antoni Dudek. "Choć już wcześniej były sygnały, że SB nie zważa na zagrożenie życia swoich ofiar. Tak było choćby w przypadku " - dodaje.
Wiele wskazuje na to, że . W 1978 roku do jedzenia lub picia uczestników warszawskiej pielgrzymki na Jasną Górę dodali specyfik, którym zatruło się kilkanaście osób - m.in. członkowie Studenckiego Komitetu Solidarności z Krakowa. Wśród nich był obecny .
"Ostatniego dnia pielgrzymki straciłem przytomność, trafiłem do szpitala. Nie wiedziałem, co się stało, kładliśmy to na karb zmęczenia" - opowiada. "Dopiero kilka lat temu przeczytałem dokument SB, w którym napisano, że zostałem . Musiano mi coś podać do picia na polanie przed samym wejściem do Częstochowy, gdzie zatrzymywała się każda warszawska pielgrzymka, ale jak to dokładnie było, nie pamiętam" - dodaje Sonik.
. Jeśli stawiane im zarzuty się potwierdzą, grozi im do pięciu lat więzienia. Na razie obaj musieli wpłacić poręczenie majątkowe w wysokości 10 i 8 tysięcy złotych. Nie mogą również opuszczać kraju.