Coś w tym powiedzeniu jest, bo moi koledzy po fachu słyną z umiejętności szybkiego podejmowania decyzji. Ja jestem człowiekiem, który ma problem nawet z wyborem
restauracji, więc kiedy zastanawiałem się nad specjalizacją, pomyślałem, że jeśli zostanę chirurgiem, to też się tego nauczę (śmiech). Ale mówiąc poważnie, w chirurgii o wiele
groźniejszy jest brak działania niż niedokładna analiza wszystkich ruchów oraz ich skutków. Dlatego na sali operacyjnej nie wolno się wahać.
Przeprowadzę w tym roku mniej więcej 350 - 400 operacji, a odsetek komplikacji wynosi ok. 3 proc. To znaczy, że skrzywdzę 10 - 12 pacjentów, zamiast ich wyleczyć. Aż połowa z nich dozna
uszczerbku na zdrowiu z powodu pomyłki, której dałoby się uniknąć przy obecnym stanie wiedzy i technologii medycznej.
Bo jestem tylko zwykłym człowiekiem. Kiedy operuję, moją rękę prowadzi nie tylko wiedza i doświadczenie, ale także intuicja, a czasem zwykły przypadek. Nigdy nie zapomnę pacjenta chorego na
raka tarczycy, któremu uszkodziłem nerw na strunach głosowych. Ten człowiek stracił mowę i nie był w stanie normalnie przełykać. A przecież dokładnie wiem, jak powinien wyglądać każdy
ruch skalpelem podczas takiego zabiegu! Do dziś nie mam pojęcia, co się wtedy stało, dlaczego zadrżała mi ręka. Ale muszę sobie z tą porażką poradzić, wyciągnąć z niej wnioski i umieć
przeprosić skrzywdzonego pacjenta. I najważniejsze: nie pozwolić, by paraliżował mnie strach, że taka sytuacja może się powtórzyć. Bo przecież to, że kiedyś znowu się pomylę, to pewne.
A medycyna, wbrew temu, co o niej myślimy, nie jest wcale uporządkowaną dziedziną wiedzy. To mocno niedoskonała nauka, którą uprawiają omylni, czasem niedouczeni, a czasem po prostu zmęczeni
profesjonaliści.
Ludzie powinni wiedzieć, że my, lekarze, nie jesteśmy bogami. Każdy z nas popełnił jakiś błąd, i to nie w zamierzchłej przeszłości, ale w ciągu ostatniego roku. Ale naprawdę
niebezpieczni są jedynie ci chirurdzy, którzy nie chcą się do tego przyznać.
Wstyd to nie jest dobre słowo, bo nigdy nie zrobiłem niczego złego. Ale bardzo żałuję wszystkich tych przypadków, gdy - jak mi się wydaje - mogłem uniknąć błędu. Pamiętam młodą
kobietę przywiezioną do szpitala z wypadku drogowego. Miała mniej więcej 30 lat, była bardzo otyła. Leżała z zamkniętymi oczami, z nosa sączyła jej się krew. Zacząłem ją badać, miała
płytki i szybki oddech. Zdecydowałem, że trzeba ja intubować, czyli włożyć plastikową rurkę do gardła i umieścić ją w tchawicy, by zacząć sztuczną wentylację. Próbowałem kilka
razy, ale nie mogłem się przecisnąć między obrzękniętymi strunami głosowymi. W końcu stało się jasne, że potrzebna jest tracheotomia, czyli przecięcie szyi i wprowadzenie rurki wprost do
tchawicy.
Byłem wtedy początkującym rezydentem w szpitalu i wprawdzie asystowałem przy kilku takich zabiegach, ale nigdy nie wykonywałem go sam. Tylko raz, jeszcze w szkole medycznej, przeprowadziłem go
na kozie. Gorączkowo przypominałem sobie całą teoretyczną wiedzę, ale opadły mnie wątpliwości, czy zrobić nacięcie pionowe, czy poziome. Tymczasem czas mijał nieubłaganie, a ja miałem
świadomość, że wystarczą 4 minuty, by w pozbawionym tlenu mózgu zaszły nieodwracalne zmiany. W końcu zrobiłem nacięcie skalpelem i niestety natrafiłem na żyłę, więc rana wypełniła
się krwią. Oczyściłem ją, wykonałem kolejne nacięcie i próbowałem włożyć do otworu rurkę tracheotomijną, ale coś blokowało wejście. Wtedy na sali pojawił się chirurg specjalista,
pytając, jak długo kobieta nie oddycha. Gdy odpowiedziałem, że jakieś trzy minuty, mocno się zasępił.
Tak. Zacząłem masaż serca, ale tętno nadal spadało, a w końcu zupełnie zanikło. I wtedy chirurg wreszcie włożył rurkę do tchawicy. Po pół minuty sztucznej wentylacji tętno wróciło.
Ale stan pacjentki był nadal ciężki, bo bardzo długo pozostawała bez tlenu. Mogliśmy jednak tylko czekać. Na szczęście dalsze badania nie wykazały trwałych uszkodzeń mózgu. Trzy dni
później wypisaliśmy ją domu.
Na tym, że nie przyznałem się sam przed sobą, iż sobie nie radzę. Wytłumaczył mi to dopiero ten sam chirurg specjalista, który w ostatniej chwili uratował nieprzytomną kobietę. Kilka dni
po tym zdarzeniu zaczepił mnie na korytarzu i poprosił o rozmowę. Nie miał pretensji o to, że czegoś nie wiedziałem. Uważał jedynie, że powinienem był go wezwać znacznie wcześniej.
Można tak powiedzieć. Ale przecież każdy początkujący lekarz musi jakoś zdobyć doświadczenie. Nie wystarczy ćwiczyć ruchów skalpelem na kozie.
Nigdy nie udawałem, że jestem pełnoprawnym chirurgiem, to byłoby zwykłe kłamstwo. Przedstawiałem się jako asystent chirurga. Ale nie opowiadałem pacjentom o wszystkich moich wątpliwościach
i brakach w wykształceniu, bo uciekliby z krzykiem. Podobnie jest z pionierskimi operacjami: zawsze musi być pierwszy pacjent, który zostanie im poddany. Czy naprawdę trzeba mu to uświadamiać?
I czy chory musi wiedzieć, że nowe, niezwykle skomplikowane urządzenie medyczne, jakie niedawno kupił szpital, jest właśnie na nim testowane? Bo szkolenie polega zazwyczaj na tym, że chirurg
jedzie do siedziby producenta i ćwiczy tam przez jeden dzień, na przykład na świni lub ludzkich zwłokach. A potem wraca do szpitala i ćwiczy dalej, tyle tylko że tym razem już na
pacjentach.
Zgadzam się. Prawda jest taka, że choć pacjenci w końcu odnoszą ogromne korzyści ze stosowania nowoczesnych technologii medycznych, to jednak ci pierwsi czasem ponoszą szkodę. A mimo to
trzeba próbować nowych metod leczenia i kształcić nowe pokolenia lekarzy. Stażysta musi wiedzieć, że kiedyś zostanie na sali operacyjnej sam i może będzie musiał wykonać zabieg żonie
jakiegoś ważniaka z zarządu spółki giełdowej.
Bo chodziło o moje dziecko, więc wybrałem najbardziej doświadczonego lekarza. Tylko człowiek szalony postąpiłby inaczej, czyż nie (śmiech)?
Kiedy mówimy o złych lekarzach, mamy zazwyczaj na myśli takie potwory jak doktor Harold Shipman z Anglii, który za pomocą śmiertelnej dawki narkotyków zamordował co najmniej 15 osób. Albo
ginekolog James Burt, który usypiał kobiety i deformował im narządy płciowe. Ale problem dotyczy przede wszystkim zwykłych lekarzy, którzy mają normalne ludzkie problemy: uzależniają się
od alkoholu lub narkotyków, rozwodzą się albo wpadają w depresję po śmierci dziecka. Czasem chorują i nie chcą się do tego przyznać. Ludzie stawiają medyków na piedestale: uważają ich
za wytrzymałych, opanowanych i odpornych na stres. Ale to po prostu zwykli ludzie, którzy próbują robić niezwykłe rzeczy. Zazwyczaj im się to udaje, ale czasem mają okresy zawodowego
upadku.
Tak. To był znakomity chirurg, z którym nagle zaczęło się dziać coś złego. Nie podejmował właściwych decyzji, czasem wyraźnie lekceważył objawy schorzeń, spieszył się w czasie
operacji. Skrzywdził wielu pacjentów. Pewnej kobiecie, która skarżyła się na ból w kolanie, przepisał antybiotyki, a gdy dolegliwości nie mijały, uznał ją za histeryczkę. Potem okazało
się, że w wyczyszczone wcześniej kolano wdało się zakażenie, które nieodwracalnie zniszczyło chrząstkę. Każdemu chirurgowi zdarza się podjąć głupią decyzję, ale doktor Goodman robił
to nagminnie. Pacjentowi ze złamaną kostką założył zbyt dużą śrubę, a kiedy mężczyzna skarżył się na ból, całkiem go zignorował. Zreflektował się dopiero wtedy, gdy śruba
przebiła skórę. Takich przypadków było znacznie więcej.
Nie, on doskonale wiedział, co należy robić. Udowodnił to w ciągu kilkunastu lat praktyki. Hank Goodman był tylko krańcowo przemęczony, bo wziął na siebie zbyt wiele obowiązków. Nigdy nie
odmawiał nikomu wykonania operacji i chyba podobało mu się, że coraz lepiej zarabia. A w pewnym momencie zamiast leczyć, zaczął obsługiwać pacjentów. Chciał jak najszybciej pozbyć się
ich z sali zabiegowej. Wypalił się.
Bo lekarze zazwyczaj długo udają, że niczego nie widzą. Nie chcą przyznać, że wiedzą o problemie. Gdy sytuacja staje się naprawdę poważna, biorą kolegę na bok i odbywają z nim tzw.
cichą rozmowę. Mają nadzieję, że w ten sposób coś naprawią, ale sytuacja staje się coraz gorsza. A przecież symptomy są widoczne: chirurg rzuca skalpelem przez całą szerokość sali
zabiegowej, niszczy komputer albo obrzuca pielęgniarki przekleństwami. Może minąć rok lub nawet dwa lata, zanim ktoś odważy się złożyć wniosek o odsunięcie takiego lekarza od operacji.
Ale żaden najlepszy i najbardziej lojalny kolega nie powinien zapominać, że tu chodzi o życie ludzkie. Dlatego tak ważne jest stworzenie systemu, w którym możliwa będzie ocena lekarskich
błędów i pomyłek.
To prawda. Co tydzień mamy specjalne spotkania, na których za zamkniętymi drzwiami omawiamy błędy, nieprzewidziane sytuacje i zgony. Próbujemy również ustalić, kto jest za nie odpowiedzialny
i co należy zmienić, by w przyszłości nie popełniać takich samych błędów. Dobre sprawozdanie zawiera mało szczegółów i dużo czasowników w stronie biernej. Nie mówi się więc, że
ktoś spieprzył tracheotomię, tylko że "tracheotomia się nie powiodła".
Bo w tych spotkaniach nie chodzi o to, by kogoś rozliczać, ale żeby sobie uświadomić, że naszym celem jest lekarska doskonałość. Że następnym razem musimy działać lepiej. Że istnieją
wzory i procedury, których musimy się nauczyć i które musimy zastosować. Ale te cotygodniowe spotkania mają nam również uświadomić, że w następnym tygodniu też popełnimy jakieś
błędy.
Całkiem normalnie. Bardzo mi ciąży te 3 proc. chorych, którym zaszkodziłem. Ale jest jeszcze pozostałe 97 proc. pacjentów, którzy wyzdrowieli. I to dzięki nim wciąż cieszę się, że
jestem chirurgiem.
Poczucie niepewności (śmiech). I świadomość, że nie wiem, czy tym razem uda mi się przekroczyć ograniczenia nauki i swoje własne.
Nie, wręcz przeciwnie. Bo chociaż zawsze staram się uratować ludzkie życie, nigdy nie mogę być pewny, że mi się to rzeczywiście uda. Kiedy podłączam kogoś do aparatury podtrzymującej
życie, zawsze mam wątpliwości, czy to słuszna decyzja. I czy robię wszystko we właściwej kolejności i właściwym czasie. To bardzo ludzkie uczucia, zupełnie nie boskie.
*Atul Gawande, chirurg w szpitalu Brigham and Women's w Bostonie, autor książki "Komplikacje. Zapiski chirurga o niedoskonałej nauce".