Nakręcony w 1981 roku przez Juliusza Machulskiego znakomity film "Vabank" opowiadał w zasadzie prostą historyjkę kryminalną, jakby żywcem zaczerpniętą z warszawskiego pitawala. Wyraźnie nakreślone charaktery, postaci odtwarzane przez świetnych aktorów i prosty motyw przywodziły na myśl klasykę westernu. Bohater pozytywny wygrywał, a negatywny jechał do więzienia.

"Vabank" zachwycał przede wszystkim zupełnie niesocjalistyczną poetyką, formą i niedopowiedzeniami, które zaginęły gdzieś w pamięci społecznej wraz z ostatnim programem Kabaretu Starszych Panów czy Dudka. Osadzenie akcji "Vabanku" w czasach przedwojennych dawało dodatkowy kontrast z panoszącym się, wszechobecnym chamstwem i prostactwem, gloryfikującymi rozwiązania siłowe. Młodego reżysera, wówczas 26-letniego, krytyka okrzyknęła "objawieniem polskiego kina", a on... tak jak błysnął na firmamencie X muzy, tak samo zniknął.



"NASI TU BYLI"

Dopiero trzy lata później, 14 maja 1984 roku, na ekrany kin wszedł kolejny film w reżyserii Juliusza Machulskiego - "Seksmisja", która była zupełnie inna od "Vabanku", a zarazem bardzo do niego podobna. Film utrzymany w formie komediowej, pokazywał sytuację zupełnie nierealną. Fantastyczna przyszłość po wojnie nuklearnej wydawała się tak samo odległa od rzeczywistości późnego PRL-u, jak przedwojenna Warszawa przedstawiona w "Vabanku" wraz z jednym z jego bohaterów - Duńczykiem palącym gigantyczne cygaro.

Jednocześnie zupełnie niedorzeczna fikcja "Seksmisji" skrywała niuanse, które niezmiennie kojarzyły się z ludową ojczyzną. Widz od razu mógł się zorientować, że chociaż akcja dzieje się w 2044 roku, to film opowiada o Polsce. W tym skojarzeniu znakomicie pomogli mu twórcy dzieła, wraz z rozwojem fabuły podsuwając widzowi różnorodne podpowiedzi: a to album z papieżem w domu rodzinnym Alberta Starskiego (w tej roli Olgierd Łukaszewicz), a to wspomnienie obiecanego w 1997 roku mieszkania, wino patykiem pisane znalezione w kaloszu, gdy Maksymilian Paradys (znakomita kreacja Jerzego Stuhra) wygłasza słynną sentencję: Nasi tu byli!, albo okrzyki buntowniczek w czasie obławy: "Wszystkich i tak nie wyłapiecie!"

Akcja filmu rozpoczyna się 9 sierpnia 1991 roku. Dwaj ochotnicy, Maksymilian Paradys i Albert Starski, poddają się eksperymentowi hibernacji prowadzonemu przez światowej sławy profesora Wiktora Kuppelweisera. Kiedy odzyskują przytomność, okazuje się, że czas trwania eksperymentu wydłużył się o 50 lat. Ich zahibernowane ciała odkryto przypadkowo podczas wykopalisk po wojnie, w trakcie której wyginęli wszyscy mężczyźni. Zamknięte podziemne społeczeństwo - nowa rzeczywistość, w jakiej znaleźli się bohaterowie - składa się wyłącznie z kobiet, a jak się potem okazuje, jest w istocie wielkim więzieniem, w którym najważniejsze są ład i porządek.

Machulski nie drwi jednak, jak Bareja (klasyk komedii z czasów PRL-u), z państwa, stara się raczej ośmieszyć totalitaryzm jako system, dowodząc, że neguje on rzeczywistość i stwarza sztuczną. Wbrew faktom oraz rozsądkowi: Kopernik i Einstein były kobietami, a Kain wynalazł zbrodnię i wypróbował ją na swojej siostrze Abli. Taki system upada, kiedy pojawia się nieprawomyślna idea, która zostaje przekuta w czyn. Reżyser "Seksmisji" w znakomity sposób pokazuje walkę frakcyjną w partii rządzącej pomiędzy zwolenniczkami demokratyzacji a frakcją konserwatywną. Oba ugrupowania mają co prawda oficjalnie taki sam światopogląd, ale różnią je metody działania.

p


"DIE AUSWEISES BITTE"

Warto przy okazji wspomnieć o cenzurze, która ze 120-minutowego filmu wycięła tylko trzy minuty, między innymi kwestię: "Uwaga grupa! Kierunek wschód. Tam musi być jakaś cywilizacja". Juliusz Machulski specjalnie dla cenzury nakręcił scenę, w której Maks pokazuje znak V, pozdrawiając miłośników hibernacji na całym świecie. Sądził, że cenzorzy skupią się na niej, a resztę filmu zostawią w spokoju. Ale nic z tego. Urzędnika cenzurującego film reżyser nazwał we wspomnieniach wyjątkowym durniem.

Machulski spierał się z nim o język, w jakim ma zostać wypowiedziana kwestia "paszporty proszę". Scenariusz przewidywał czeski, ale cenzor się sprzeciwił. Przystał w końcu na niemiecki, pod warunkiem wszak, że będzie to... zachodnioniemiecki.

Kiedy "Seksmisję" obejrzał w Warszawie Michaił Gorbaczow, film trafił też do Związku Radzieckiego, ale skrócony o 40 minut, a jego tytuł zmieniono na "Nowe amazonki".


"ALEŚCIE WYKOŁOWALI TE BABY"

W "Seksmisji", do czego mógłby zobowiązywać jej tytuł - nie brakuje golizny, ale pokazanej jako coś naturalnego, choć niezwykłego dla dwóch przedstawicieli płci brzydkiej. "Żeby chłop nie mógł z gołą babą w windzie" - wzdycha Maksio po przejażdżce na basen i prawie dostaje małpiego rozumu, widząc pływające w nim kobiety. Niewielu widzów zwróciło także uwagę na to, że zwrot "siostra", jakim tytułują się bohaterki dzieła, w slangu określa lesbijki.

Film miał oczywiście problemy z odbiorem w środowisku feministek. Po specjalnie dla nich zorganizowanym pokazie w Minneapolis chórem orzekły, że jego wymowa jest antyfeministyczna, faszystowska, szowinistyczna i seksistowska. Domagały się zakazu jego wyświetlania, gdyż czuły się zmanipulowane, także faktem, że podczas projekcji kobiety brały stronę mężczyzn. Feministki nie wspomniały już o Jej Ekscelencji, posiadającej najwyższą władzę w państwie kobiet, która okazała się impotentem w kobiecym przebraniu. Nic też nie mówiły o podsumowaniu przez Maksymiliana Paradysa całego ruchu feministycznego słowami: "Sfiksowałyście, boście chłopa dawno nie miały! Chłopa wam trzeba!"

"Seksmisja" Juliusza Machulskiego do dziś zajmuje czołowe miejsca w plebiscytach popularności. Wiele wypowiadanych w filmie kwestii stało się popularnymi i cytowanymi bon motami, jak na przykład: "Dzień dobry, zastałem Jolkę?" albo: "Ciemność. Widzę ciemność, ciemność widzę" czy: "A dlaczego tu nie ma okien? A dlaczego tu nie ma klamek?"

p