p
Jan Wróbel: Historia jako dyscyplina naukowa oparta jest na ideach oświeceniowych. Dziś te idee są w odwrocie. Jakie są tego skutki? Czy historia przeżywa upadek?
Andrew Roberts*: W pewnym sensie. Z pewnością nigdy nie pojawiało się tyle teorii na temat końca historii, braku sensu historii itd., jak od czasu 11 września i wojny w Iraku. Pewno dlatego, że historia nie daje żadnej możliwości przewidywania przyszłości. Chociaż wielu tego się właśnie po niej spodziewa. Z drugiej strony, jeżeli przyjrzy się pan Wielkiej Brytanii, nie sposób nie zauważyć wysokiego poziomu wielu wydawanych książek poświęconych przeszłości czy zainteresowania prasy zagadnieniami historycznymi. Pierwszorzędni intelektualiści i komentatorzy życia społecznego i politycznego, tacy jak Simon Schama, David Starkey czy Norman Stone, są bardzo często historykami. Podobnie jest w Hiszpanii. I pewnie to samo dzieje się w Polsce. Widać z tego, że ludzie ciągle nas słuchają... Nie jestem co prawda pewien, że to samo można powiedzieć o wszystkich krajach. Np. we Francji ta rola przypada raczej filozofom.
Nie wymienił pan Paula Johnsona. Być może dlatego, że to raczej pisarz niż historyk...
Paul, mój przyjaciel, to doskonały historyk. Na tyle śmiały, by nie cofać się przed pisaniem o naprawdę ważnych tematach. "Historia Żydów", "Historia Ameryki", "Narodziny nowoczesności" - wszystkie te książki dotyczą zagadnień niezwykle rozległych i niezwykle pasjonujących. W zeszłym roku napisał historię sztuki - jego wiedza jest po prostu niesamowita. Johnson nie wybiera tematów, by dobrze sprzedać swoje książki. Jest po prostu obdarzony fantastycznym, dociekliwym umysłem i umie się przekopać przez rozległe terytoria. To bardzo rzadkie. Oczywiście - zdarzają się ludzie znający wielką liczbę faktów z jakiejś rozległej dziedziny, umiejący opowiedzieć, "co się zdarzyło", ale to jeszcze nie wystarcza, by napisać książkę historyczną. Trzeba również mieć zmysł wyłapywania spraw najistotniejszych i umieć zbudować na nich opowieść. Pełną. I mieszczącą się w jednym tomie.
Czyli - historycy są pisarzami.
Najlepsi są. A najgorsi to po prostu księgowi. I dość łatwo można odróżnić jednych od drugich. Najlepsi są po prostu powieściopisarzami, tyle że posługują się wyłącznie faktami; najgorsi również posługują się faktami, zazwyczaj ogromną ich ilością, ale nie są w stanie zainspirować odbiorcy, zachęcić do przewrócenia kolejnej kartki. Podobnie jak w przypadku powieści, czytelnik powinien być ciekawy, co się za chwilę wydarzy. Jeśli brakuje tego w książce historycznej, jest skazana na porażkę.
Czy Winston Churchill był dobrym historykiem?
Jak wiadomo, Churchill zdobył Nobla w dziedzinie literatury. Podobno był bardzo podekscytowany, gdy dowiedział się o nagrodzie, ale jak usłyszał, że to za literaturę - był rozczarowany, bo liczył na nagrodę pokojową! Czuć przygnębienie z powodu Nobla... Jego książki są ciągle czytane - po tylu latach - a to wielki komplement pod adresem autora. Generalnie potrzebujemy więcej niż 20 lat, by zdecydować, czy mamy do czynienia z dobrą książką historyczną, czyli taką, którą cechuje jedyna w swoim rodzaju wnikliwość, nieprzyćmiona przez następnych autorów. (Nie należy natomiast przywiązywać wagi do wyników sprzedaży ani przejmować się recenzjami, bo recenzenci są zazwyczaj stronniczy). Niewiele książek ma tyle zaangażowania popartego świetnym stylem jak dzieła Churchilla. Nie zmienia to faktu, że nikt nie podjąłby się już napisania książki w ten sposób. Tak się składa, że moja następna książka nosi tytuł "A History of the English-Speaking Peoples Since 1900". Churchill zatrzymał się na 1900 roku, tak więc zaczynam od tego momentu, w którym on skończył. Nigdy wszakże nie używam tych samych literackich zabiegów, którymi posługiwał się Churchill. Przytacza on np. opowieść o królu Alfredzie, która jest oczywistą parabolą i opowiada o niej, jak o prawdziwym, udokumentowanym wydarzeniu. Churchill jest dobrym historykiem, ale nie takim, na którym mogą się wzorować współcześni autorzy.
Pytanie z zakresu "alternatywnej historii": co by było, gdyby taka dyscyplina jak historia nigdy nie została wynaleziona?
To fascynujące pytanie. Jest taka książka Raya Bradbury'ego, "Fahrenheit 451", w której opisuje on świat, gdzie wszystkie książki o historii są zakazane. Ta sama sytuacja pojawia się w "1984" Orwella - nie wolno było wiedzieć o niczym, co zdarzyło się przed urodzeniem. W obydwu tych książkach mamy do czynienia z utopijnym światopoglądem. Utopijnym, ale jednocześnie bardzo bliskim praktycznym działaniom Mao podczas rewolucji kulturalnej - jednym z jej celów było zburzenie wszystkich narodowych pomników i narzucenie wielkiemu narodowi amnezji historycznej. Rezultatem było barbarzyństwo. Wydaje mi się, że to nieunikniony rezultat każdego takiego działania. Można też posłużyć się inspirującym przykładem Polski - zdeterminowanej przez historię i geografię. Tak jak niemożliwa jest ucieczka od położenia geograficznego, tak samo niemożliwa jest ucieczka od historii.
Wprowadźmy pewne rozróżnienie. Pamięć o przeszłości nie jest tym samym, co "historia" - przedmiot akademicki. Pamięć o przeszłości przechowują osoby czy narody, historia ma katedry, wydziały i metodologię...
Gdybyśmy zależeli wyłącznie od ustnego przekazu naszych przodków, gdyby historia jako przedmiot akademicki nie zaistniała, mielibyśmy do czynienia z koszmarnymi zniekształceniami. Relacje przekazywane z ojca na syna - tak jak było to np. u Zulusów - pełne są przesadzonych informacji i niesamowitego koloryzowania. To samo dotyczy pewnie wczesnych chrześcijan. Można też przywołać opowieści Herodota o psach dużych jak konie... Byłoby dla nas zgubne, gdybyśmy wierzyli w takie opowieści i gdyby nie było akademickiej historii. Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, potrzebujemy precyzyjnego obrazu przeszłości. Wyczucie historii jest niezbędne przywódcom politycznym w procesie podejmowania decyzji. Dlatego każdy, kto bierze udział w wyborach, powinien zastanowić się przed oddaniem głosu, czy polityk interesuje się historią. Martwi mnie postawa laburzystów w Zjednoczonym Królestwie. Jeden z ministrów edukacji powiedział, że absolutnie nie ma sensu uczyć historii średniowiecza. Niedobrze jest też w szkolnictwie - w uczniach bardzo często próbuje się wzbudzić poczucie winy związane z niektórymi cechami Imperium Brytyjskiego. To nieodpowiedzialny sposób nauczania historii...
W XIX wieku Adam Mickiewicz napisał narodową epopeję "Pan Tadeusz". W jednej z początkowych scen czytamy, że na ścianie w polskim dworku wisi portret Tadeusza Kościuszki. Kult wodza powstania skierowanego przeciw Rosjanom przetrwał stulecia, dodawał ducha w wielu sytuacjach. Jednak niektórzy historycy podejrzewają, iż decydujący błąd popełniony przez Kościuszkę podczas bitwy pod Maciejowicami spowodowany został nadużyciem alkoholu. Bohater narodowy za dużo wypił... Czy taka wiedza naprawdę jest nam potrzebna, czy potrzebujemy aż takiej precyzji?
Jak najbardziej. Powiem więcej: my, Brytyjczycy, jesteśmy dumni, że nasz bohater narodowy, Winston Churchill, zbyt dużo pił. Wcale nie uważamy, że miało to na niego negatywny wpływ. Raczej na odwrót. Być może dzięki temu podejmował lepsze decyzje albo był bardziej przekonującym mówcą. Inny przykład: William Pitt młodszy zwykł wypijać dwie butelki wina dziennie, a mimo to był naszym najlepszym premierem w czasie wojen napoleońskich. Spójrzmy też na Jelcyna, który przyczynił się do udaremnienia puczu w sierpniu 1991 roku... Tak więc fakt, że ktoś nadużywa alkoholu, nie jest równoznaczny z tym, iż nie może być on narodowym bohaterem. (Choć ostatnio lidera brytyjskiej partii liberałów, Charlesa Kennedy'ego, zdymisjonowano, bo za dużo pił...). Jestem przekonany, że Polacy nie powinni czuć zażenowania czy zawstydzenia z faktu, że ich bohater narodowy pił... Nie powinno się cofać przed żadną dyskusją, żadną prawdą. Akurat skończyłem opracowywanie korespondencji Benjamina Disraeli. Liczę się z tym, że to, co zaraz powiem, może nie wywołać entuzjazmu wśród Polaków: wasze powstanie z 1863 roku, o którym pisze Disraeli, nie miało żadnych szans powodzenia. Decyzja, by je zorganizować, była odważna, dzielna, romantyczna, ale - bez szansy na sukces. I to nie dlatego, że ktoś popełnił takie czy inne błędy. Ale ponieważ mieliście Rosjan z jednej, a Niemców z drugiej strony. W czasach Kościuszki nie było pewnie inaczej.
W XIX wieku historia zyskała na znaczeniu głównie z jednego, bardzo konkretnego powodu. Jej celem nie było poszukiwanie prawdy czy zgłębianie tajemnic wszechświata, ale coś zupełnie innego: chęć zbudowania silnych narodowych państw.
Czy to nie zaciera w pewien sposób granicy między historią - podobno obiektywną - a pamięcią - oskarżaną o stronniczość? Bywa i tak, że historyk stawia sobie zadanie niemające z szukaniem prawdy wiele wspólnego. Granica między zaangażowaniem a "poprawianiem" jest niełatwa do zdefiniowania. Można cofnąć się tu do Tukidydesa, który opowiada historię wojen peloponeskich zadziwiająco obiektywnie, a na przykład wśród rzymskich pisarzy taki obiektywizm był rzadkością. U nas Clarendon opisywał angielską wojnę domową z punktu widzenia rojalistów, 100 lat później Macaulay przedstawiał te same wydarzenia zgodnie z poglądami Okrągłych Głów. Prawdą jest, że historię wynaleziono jako narzędzie propagandy. Szczególnie odnosi się to do okresu, który można nazwać niemieckim renesansem. Nie jest jednak aktualne po 1945 roku. Jeśli chodzi o historię pisaną na Zachodzie, naprawdę często staramy się być jak najbardziej obiektywni. Każdy historyk, który zdecyduje się pisać na jakiś temat, ma zwykle na starcie wyrobioną opinię. Jednak gdy będzie przeglądał kolejne materiały archiwalne, pamiętniki, listy, musi okazać się wystarczająco otwarty, by zmodyfikować swoje założenia. To będzie dosyć seksistowska uwaga, ale i tak ją poczynię: zauważyłem, że takie właśnie podejście jest bardziej powszechne wśród kobiet - być może oznacza to, że kobiety mają po prostu tendencję do zmiany zdania pod wpływem lektury. Nieraz słyszałem od kobiet historyków uwagi typu: chciałam napisać książkę o kimś, kogo bardzo podziwiam, ale po przeczytaniu paru tekstów doszłam do wniosku, że on - lub ona - był okropnym człowiekiem i w rezultacie napisałam książkę o kimś strasznym. Wszystko to nie znaczy, że mamy nie mieć poglądów, historia jest pożyteczna właśnie jako teren ścierania się i rewidowania poglądów. W dodatku literackim "Timesa", w listach czytelników, dyskutuje się o wydarzeniach historycznych, spiera, atakuje historyków - wszystko to jest częścią wielkiej debaty historycznej, która w rezultacie staje się też debatą narodową. Dobry przykład stanowi temat stosunków między Wielką Brytanią a UE - ktoś, kto popiera bliższy związek z Unią, będzie podpierał się argumentem, że Churchill był proeuropejski; ktoś inny, na przykład ja, przypomni przemówienie Churchilla i udowodni, że byłby on totalnie zaszokowany tym, jak dalece zacieśniliśmy dziś związki z UE. Bo jeśli przeczytać jego przemówienie uważnie, ujrzy się nie tylko 2-3 zdania wyrwane z kontekstu przez proeuropejczyków. Przeszłość i teraźniejszość zazębiają się non stop w naszej polityce. I jestem pewny, że u was jest podobnie.
Recenzje zbioru esejów "What Might Have Been" były krytyczne w gazetach o lewicowej orientacji, natomiast pozytywne w prasie konserwatywnej. Historia nie wydaje się wolna od prostych podziałów. Są zauważalne nawet w dyskusjach metodologicznych...
Ubolewam nad tym. My, historycy, powinniśmy starać się być tak obiektywni, jak tylko jest to możliwe.
Miguel de Unamuno, popularny hiszpański filozof, powiedział kiedyś, że nawet podręcznik do matematyki jest w istocie powieścią...
To już ekstremalne podejście, po prostu nonsens. W strukturalistycznym stylu. Książka do matematyki to książka do matematyki; książka o historii pisana na podstawie obiektywnych założeń to książka o historii. Żadna z nich nie jest powieścią, choć książka historyczna może wykorzystać najlepsze cechy powieści i je zastosować. Ten hiszpański dżentelmen ma chyba wiele wspólnego z jakimś surrealistą, może z Salvadorem Dali...
Uważa się, że Unamuno miał poglądy dość konserwatywne.
To tylko pokazuje, jak bardzo przesunęły się granice definicji konserwatyzmu.
Wielu historyków odrzuca sam pomysł zadawania pytania: "Co by było, gdyby". Dlaczego?
Nauczyciele szkolni czy akademiccy poświęcają dużo czasu, próbując nauczyć tego, co się faktycznie wydarzyło. To, co się nie wydarzyło, traktują jako salonowe i zbyt czasochłonne rozrywki intelektualne, uważają za zawracanie głowy. Chętniej koncentrują się na tym, co wymierne. Na dodatek rzadko próbuje się np. pokazać konflikt między ideami a warunkami społecznymi, przeważa ustawienie przyczyn w jednym szeregu i dodawanie ich do siebie. W konsekwencji student dochodzi do wniosku, że historia to nauka o wydarzeniach nieuniknionych, mających oczywiste przyczyny ekonomiczne, społeczne, światopoglądowe. Ogromnie wpływowe jest intelektualne dziedzictwo wigów, na czele z wieloma XIX-wiecznymi brytyjskimi historykami, jak np. Macaulay i jego kontynuatorzy, powtarzających do znudzenia, że postęp ludzkości stanowi naturalną część kondycji ludzkiej, a gdybanie odwraca naszą uwagę od esencji dziejów. A przecież optymizm tamtej epoki został boleśnie zweryfikowany w XX wieku. Powszechne braterstwo nie jest żadnym oczywistym celem, do którego zmierza ludzkość. Zawsze i wszędzie możliwe jest wycofanie się do zachowań barbarzyńskich. Pewna odmiana radykalnego liberalizmu, podszyta marksizmem i anarchizmem, co pewien czas wraca jako punkt odniesienia wśród intelektualistów europejskich. Oni kompletnie ignorują fakt, że wszystkie przejawy realnej obecności Wolności, Braterstwa i Równości są bardzo krótkimi epizodami w dziejach wszelkich przewrotów politycznych odwołujących się do tych haseł. Przez 100 lat, do 1914 roku, w epoce wiktoriańskiej i postwiktoriańskiej, ludzie mówili, że świat zmierza ku lepszemu, jest coraz bardziej cywilizowany; że literatura, sztuka i muzyka przyczyniają się do podniesienia poziomu cywilizacji i dobrych obyczajów, że barbaria jest w odwrocie, a system plemienny i teokracja, które przeszkadzały w rozwoju ludzkości, są w zaniku. I potem, między 1914 a 1945, mieliśmy dwie europejskie wojny światowe oraz Oświęcim. Albo na przykład Niemcy. Przecież ten najbardziej zaawansowany pod względem edukacji naród, w pewien sposób najbardziej cywilizowany w świecie końca XIX stulecia, dał dwa porażające przykłady cywilizacyjnej i moralnej zapaści: w latach 1914-18 i 1933-45... Historia nie biegnie ustalonym torem wiodącym do z góry ustalonego miejsca, w każdej chwili może zejść na manowce, jak zdarzyło się to w Europie Wschodniej między 1917 a 1989 rokiem. To było trwanie przez 75 lat w ślepym zaułku. Z kolei historycy marksistowscy z definicji uważają gdybanie za bezzasadne: według nich historia porusza się po z góry ustalonej drodze (albo przynajmniej poruszała się do 1989 roku). Oczywiście, marksizm nie istnieje dziś poza Koreą Północną. Oraz brytyjskimi i amerykańskimi uniwersytetami, ostatnimi bastionami marksizmu i leninizmu, gdzie ostrzeliwuje się wroga z dachu jeszcze długo po klęsce, niczym Securitate Ceausescu. Nie ma z góry założonej drogi. I bardzo dobrze - w przeciwnym razie bylibyśmy automatami. A my jesteśmy myślącymi ludźmi, zdolnymi poprzez działania, przemyślenia czy podejmowanie decyzji do kształtowania swojej przyszłości. To właśnie jest ekscytujące w byciu człowiekiem. Gdybyśmy nie mieli takich możliwości, równie dobrze moglibyśmy być mrówkami.
Czy nie sądzi pan, że pytanie "co by było gdyby", zadawane ostatnio tak często, prowadzi do wniosku, że wszystko jest kwestią punktu widzenia? Do postmodernizmu w historii?
Nie mogę się zgodzić, że prowadzi do postmodernizmu. Postmodernizm jest laicki choćby w tym sensie, że nie uznaje podziału na dobro i zło. A przecież gdybanie nie wyklucza istnienia dobra i zła. Stwierdza się tylko, że zło może łatwo zatriumfować. I tak się często działo! Np. u schyłku Imperium Rzymskiego. Albo w przypadku zwycięstwa Hitlera w 1933 roku... A co by było, gdyby Hitler wygrał II wojnę światową? Żylibyśmy dziś jak we wczesnym średniowieczu. Paul Kennedy wyliczył, że alianci musieli wygrać z państwami Osi. Ale nie wziął pod uwagę, że samo powstanie i przetrwanie koalicji przeciw Hitlerowi nie było nieuchronne, wymagało silnej woli. I tego, że Hitler sam przyczynił się do jej powstania swoją szaloną polityką. Uważam, że nie ma powodu, dla którego barbarzyńcy nie mogliby pokonać cywilizacji. Jestem pesymistą w ocenie przyszłości cywilizowanego świata. (Rzecz jasna, pesymizm to istotna część brytyjskiego toryzmu - wspólna cecha Roberta Salisbury i Winstona Churchilla! - zresztą, jak brytyjski konserwatysta ma nie być pesymistą?). Przywołam tylko jedno zagrożenie - dzisiejsze Chiny to bardzo barbarzyńskie państwo. To nie są cywilizowane Chiny, jak w 1420 roku; to wyjątkowo ponure, praktycznie faszystowskie państwo, mimo kapitalistycznych elementów. Co może z tym zrobić Wielka Brytania? Właściwie nic. Być może dopiero w dalekiej przyszłości - tej za 100 lat - Wielka Brytania i jej sojusznicy, np. Polska, będą stanowić potęgę zdolną przeciwstawić się Chinom. To wszystko nie oznacza, że jestem zwolennikiem bierności wobec zła. Brak działania w konflikcie między barbarią a cywilizacją zawsze jest niemoralny i zły.
Będzie coraz gorzej czy tak kiepsko jak zwykle?
Będzie gorzej. Przecież ostatnie 60 lat, praktycznie bez wojen między wielkimi potęgami, oprócz wojny Indii i Chin w 1962 roku, to okres wyjątkowy w historii. Przez te wszystkie lata przebywaliśmy na słonecznych, rozległych wyżynach - jak zwykł to nazywać Churchill. Mieliśmy ogromne szczęście, które zawdzięczamy NATO, bombie nuklearnej i Anglosasom. Był to czas niesamowicie nieprzyjemny dla Polaków, aż do 1989 roku, ale też bez porównania lepszy od strasznych przejść z lat 1939-45. Wiele się mówi o wadach demokracji, parlamentaryzmu itd. Ale istotne problemy państw demokratycznych nie wynikają z usterek systemu. Ich przyczyną są kraje i społeczeństwa niedemokratyczne. Mamy najlepszy z możliwych systemów, dowodzą tego również ogromne postępy, jakie Polska uczyniła od 1989 roku. Przystąpiliście do NATO i UE, wzięliście udział w interwencji w Iraku i umocniliście swoją międzynarodową pozycję. Stajecie się coraz bardziej istotną światową siłą, po raz pierwszy od 1939 roku.
Lloyd George powiedział kiedyś, że dać Polsce niezależność to trochę, jak dać małpie dobry zegarek. To cytat z pańskiej książki...
Niedaleko od miejsca, w którym rozmawiamy, mieszkał na wygnaniu w Londynie hrabia Edward Raczyński. Przeprowadziłem z nim kiedyś wywiad. Hrabia miał wtedy 100 lat - mimo że już nie widział, zachował jasny umysł, był uroczym dżentelmenem, ubranym w elegancki trzyczęściowy garnitur. On też zacytował to zdanie. Jak może sobie pan wyobrazić, nie żywił do Lloyda George'a szczególnego sentymentu. Zresztą George po prostu nie miał racji, i tyle. Jego wypowiedzi to hańba, większość Brytyjczyków przyznaje, że ataki George'a na Polskę, sposób, w jaki bez przerwy podważał wartość waszego kraju, jego niegrzeczne uwagi o Polakach są niezwykle żenujące. Zresztą - robił to dokładnie w czasie, gdy powinniśmy popierać Polskę i umacniać ją jako państwo buforowe przed agresją niemiecką. To, co powinno się zdarzyć w 1919, to podział Niemiec, a nie Austro-Węgier i Imperium Osmańskiego. Austro-Węgry i Imperium Osmańskie nie były odpowiedzialne za tragedię sierpnia 1914 roku. Gdyby Niemcy nie popierały Austrii, nic takiego by się nie wydarzyło. To Niemcy podjęły ostateczną próbę zdominowania Europy. Jednak dopiero w 1945 roku dokonaliśmy ich podziału.
Niemcy były bodaj najważniejszym czynnikiem kształtującym losy Europy w XX wieku. Czy w przyszłości też będą odgrywać podobną rolę?
Nie. W 1945 roku agresywne tendencje Niemców zostały całkowicie ostudzone strategicznymi bombardowaniami ich miast przez RAF i amerykańskie Air Force. To, co wydarzyło się w Dreźnie, Hamburgu, Kolonii i Berlinie, było konieczne nie tylko, by wygrać wojnę, ale również - by całkowicie zmienić Niemców. Istniał agresywny składnik niemieckiej świadomości, który utrzymywał się do 1943 roku. Okropieństwa, jakie wydarzyły się w Niemczech między 1943 a 1945 rokiem, spowodowały przełom, Niemcy ulegli całkowitej przemianie w pokojowo nastawiony, kochający wolność naród. Było to więc konieczne. Jeszcze jedno: między 1864, gdy Prusy zaatakowały Danię, a 1940, gdy Hitler zaatakował państwa na Zachodzie, było pięć wojen z inicjatywy niemieckiej. Tylko w ciągu 70 lat... Żaden normalny kraj nie rozpętuje tylu wojen ze wszystkimi swoimi sąsiadami (w odniesieniu do Francji miało to nawet miejsce dwukrotnie). To był oczywisty objaw kompleksu niższości. Ale Niemcy już tacy nie są, przeciwnie - są nawet zbyt pokojowo nastawieni, nie pomogli w wypadku Iraku. Gdyby oni i Francuzi przyłączyli się do koalicji antysaddamowskiej w ONZ, może udałoby się skazać Husajna na wygnanie lub zdarzyłoby się coś innego, co pozwoliłoby uniknąć wojny. W każdym razie absolutnie nie wydaje mi się, by Niemcy mogli stanowić jakiekolwiek niebezpieczeństwo dla pokoju, przynajmniej za mojego życia lub życia moich dzieci.
p
*Andrew Roberts (ur. 1963) - brytyjski historyk konserwatywny. Studiował w Cambridge. Stały komentator brytyjskiego radia i telewizji, autor serii dokumentalnej telewizji BBC poświęconej politycznemu przywództwu. Publikuje w "The Daily Telegraph" i "The Spectator". Członek Royal Society of Literature i Royal Society of Arts. Opublikował m.in. "Salisbury: Victorian Titan" (1999), "The House of Windsor" (2000), "Napoleon and Wellington" (2002), "Waterloo" (2005). W Polsce, w roku 2003, ukazała się jego książka "Hitler i Churchill. Sekrety przywództwa" (Wydawnictwo Dolnośląskie).