Najważniejszą zaletą świeżo wydanej w Polsce książki Johna Coetzeego "Elizabeth Costello" - twierdzi Michał Paweł Markowski - jest śmiałość, z jaką penetruje ona świat idei i próbuje przenosić jego elementy na grunt powieściowej fikcji. Autor tworzy postaci alegoryczne, które ucieleśniają idee obecne w najważniejszych sporach intelektualnych współczesności. Widać tu pewną koncepcję dotyczącą całości literatury - powinna ona być wedle Coetzeego "dysputą ze światem za pomocą fikcji, która ma odniesienie do naszego świata, choć nie znajduje w nim ostatecznego rozstrzygnięcia". Jednocześnie powieść przewrotnie pyta o granice alegorii: gdzie kończy się władza idei, a zaczyna królestwo życia? Czy idee zawsze wzbogacają egzystencję, czy przeciwnie: są dla niej jedynie krępującym gorsetem?
p
Kolejna książka laureata literackiej Nagrody Nobla zaskoczy pewnie wszystkich jego miłośników. Zaskoczy, a pewnie i rozczaruje, tych zwłaszcza, którzy po porywającym pastiszu Daniela Defoe (czyli nowej wersji "Robinsona Crusoe"), potężnej i przejmującej "Hańbie" czy choćby olśniewająco zabawnym "Mistrzu z Petersburga" spodziewali się czegoś równie wciągającego. Jej bohaterką jest australijska pisarka Elizabeth Costello, którą w kolejnych rozdziałach spotykamy w odmiennych okolicznościach stanowiących pretekst do intelektualnych dysput. A to odbiera tytuł honorowy w jakimś podrzędnym college'u amerykańskim i wygłasza mowę dziękczynną, a to podróżuje luksusowym statkiem, na który zaciągnęła się za duże pieniądze jako prelegentka, a to bierze udział w konferencji w Amsterdamie na temat zła i przedstawia referat, a to znów przysłuchuje się, jak jej siostra, zakonnica, wadzi się ze szkolarzami o pryncypia nauk humanistycznych. Wszystko to jest podane w formie rzeczywistych dyskusji, okraszanych tu i tam myślami bohaterki, komentującymi zdarzenia. Ktoś, kto bardziej ceni wartką fabułę od wzlotów myśli wysokiej, poczuje się nieswojo. Ktoś, kto spodziewa się organicznej całości, szybko odrzuci książkę w kąt.
Ktoś wreszcie, kogo nie obchodzi problem, dlaczego renesansowy humanista Lorenzo Valla mógł wpłynąć na bieg dziejów nowożytnej kultury, lecz nie wpłynął, bo ta postanowiła być wierna świętemu Hieronimowi, wróci czym prędzej rozczarowany do poprzednich książek Mistrza.
A więc? Klęska noblisty? Otóż nie, wręcz odwrotnie, choć powody, dla których "Elizabeth Costello" cenię niesłychanie wysoko i dla których uważam ją za jedną z ważniejszych książek ostatnio napisanych, nie wydadzą się amatorom wyrazistej fabuły atrakcyjne. A jednak, przekonany, że Coetzee mówi w tej książce coś niesłychanie istotnego, a zarazem rzadkiego, postaram się moje racje wyłożyć tak, by mój entuzjazm udzielił się także im.
Po pierwsze, książka ta pokazuje, jak się robi powieść z idei. Mówi o tym autor w pierwszym rozdziale "Realizm", gdzie czytamy, że idee nie istnieją niezależnie od ich urzeczywistnień, że trzeba znaleźć ludzi, którzy pozwolą im przemówić. I Coetzee robi to tak, że uprzednio napisane eseje, które stały u początku tej książki, przedstawia w formie powieściowej, uważając, że "dyskusja o pojęciach" powinna znaleźć swoje ugruntowanie. Dlatego zostają one włożone w usta kogoś innego, fikcyjnej bohaterki, jakby chodziło o to, że idea - by nabrać smaku - musi przejść przez inne usta. To pierwsza sprawa, niezwykle ważna, bo oto okazuje się, że pojęcia i poglądy, co do których ludzie przekonani są, że mają odniesienie do rzeczywistości, wcale nie ulegają osłabieniu, kiedy znajdą się w powieści. Nie jest bowiem tak, że gdy ktoś w powieści głosi coś ważnego, jest to wyłącznie czysta fikcja i wobec tego literatura nie może zmieniać świata. Coetzee sugeruje myśl odwrotną: idee dzięki powieści nabierają mocy, ale tylko wtedy, gdy nie są wygłaszane przez autora, lecz przez postać fikcyjną i nie dlatego, że autor przekonany jest o ich oczywistości, ale - że ma wobec nich dużo wątpliwości i z tego powodu w każdym niemal rozdziale zderza je z innymi racjami i nie proponuje jednoznacznego rozwiązania. Tym więc jest literatura wedle Coetzeego: dysputą ze światem za pomocą fikcji, która ma odniesienie do naszego świata, choć nie znajduje w nim ostatecznego rozstrzygnięcia.
Ale, tak naprawdę, o czym jest ta książka? Czy rzeczywiście chodzi w niej o idee tylko? Czy realizm jest - jak powiada na początku powieści Coetzee - jedynie umiejętnym sposobem wcielania myśli w trafnie przedstawione postaci? Czy jest to tylko zdolność aranżowania sytuacji, w których idee mogą dojść do głosu i - choć głoszone przez postaci wymyślone - potrafią wpleść się mocno w tkankę naszego życia?
Tu rozpoczyna się prawdziwy spór o naturę powieści i naturę życia, który można zasadnie określić jako spór o granice alegorii. Alegoria to - jak wiadomo - figura podwójnego znaczenia. Widzimy coś, co pochodzi z naszego świata, ale naprawdę odsyła do czegoś całkiem innego. Znaki znane nam z doświadczenia i tradycji (z doświadczenia tradycji) układają się w inny porządek, który nieodmiennie jest porządkiem idei.
Powieść zawsze zbliżała się niebezpiecznie do alegorii, czego dowodzi także kierunek odwrotny. Ten dziwny gatunek, którym szczyci się europejska nowożytność, zrodził się z alegorii (wystarczy przypomnieć średniowieczną "Powieść o róży"), ale mogło się to dokonać jedynie za cenę jej osłabienia, odarcia powieści ze sztywnego kostiumu idei.
Powieść mogła się zrodzić jedynie wtedy, gdy idee przestały dominować nad egzystencją i gdy konkretne dzieje pojedynczego człowieka stały się ciekawsze od myślowej figury, do której miałyby w czytelny sposób odsyłać. Dlatego początki nowożytnej powieści wiążą się z takimi postaciami jak Pantagruel czy Don Kichot: te imiona własne, zakorzenione w jakiejś - nieważne: prawdziwej czy zmyślonej - historii, dopiero wtórnie, po latach, znów stały się alegorią. To zresztą pokazuje, że kultura zachodnia od alegorii nie może się oderwać. Nie wystarczają jej losy jednostek, nie wystarcza jej pojedyncza historia.
Jeśli nie ma w niej drugiego dna, jeśli nie wyłapujemy zza pleców tej czy innej postaci jakiejś prawdy ogólniejszej, która mogłaby być przestrogą, nauczką lub tylko przypomnieniem, powieść zepchnięta zostaje na boczny tor literatury, z przyczepioną do niej etykietą lekkomyślności. Zostaje - jak Elizabeth Costello w przedostatnim rozdziale - wezwana przed sąd, który wypytuje o jej poglądy, wiarę, przekonania.
Cóż bowiem stałoby się, gdyby powieść nie miała poglądów? Gdyby nie kryła się za nią mocna racja światopoglądowa? Gdyby powieść nie stała się alegorią? Zostałaby - jak Elizabeth Costello - przez trybunał idei odsądzona od czci i wiary.
To właśnie - tak przynajmniej sądzę - dzieje się w powieści Coetzeego. Przez kilka rozdziałów toczy się zażarta walka idei. Strony spierają się o swoje racje, wyraziste poglądy śmigają w powietrzu, świat współczesny - przynajmniej ten zrobiony z myśli - chybocze się w posadach. Czy zabijanie zwierząt można porównać z Holocaustem? Czy wiara religijna może iść w parze z naukami humanistycznymi? Czy polityczna poprawność jest po stronie hipokryzji? Nie są to pytania ani błahe, ani bezzasadne. Coetzee wie doskonale, o czym dziś się dyskutuje na campusach i co wzbudza żarłoczną ciekawość bardziej wyrafinowanych mediów. Starannie więc aranżuje fabularne sytuacje, w których konkretni ludzie, z którymi styka się główna bohaterka powieści, wygłaszają swoje poglądy i ich stanowczo bronią.
Ona sama jest w te dyskusje uwikłana, wygłasza tyrady intelektualne i stara się pokonać przeciwników na ich własnym polu. Coetzee napisał więc powieść intelektualną (ważną powieść intelektualną) - to bezsporne, ale czy jej intelektualizm jest nieograniczony? Czy wszystko w tej powieści ogranicza się do prezentacji "poglądów", ilustracji filozoficznych tez, testowania pojęć? Gdyby tak było, nie warto by pewnie się tą powieścią zajmować poza filozoficznymi seminariami, co skądinąd (choć pewnie nie dla wszystkich) jest jej wielką zaletą. Jednak "Elizabeth Costello" to nie tylko wielka alegoria lub zbiór pomniejszych alegorii, w których to, co się zdarza, jest tylko kostiumem dla myśli. To także zaprzeczenie alegorii, albo lepiej: destrukcja alegorii jej własnymi środkami.
O tym, jak sądzę, mówią najdobitniej dwa ostatnie rozdziały. Pierwszy z nich przewrotnie wzorowany jest na przypowieści Kafki "Przed prawem" - Costello zostaje postawiona przed zagadkowym trybunałem, gdzie ma się spowiadać z wiary i przekonań. Gdy ma powiedzieć, kim jest, mówi najpierw - czerpiąc tę frazę z Miłosza - że jest "sekretarką niewidzialnego", że wsłuchuje się i zapisuje głosy dochodzące z drugiej strony.
Ale potem, gdy sytuacja staje się bardziej dwuznaczna ze względu na zachowanie sądu, nie jest już wcale pewna ani tego, co myśli, ani jakie są jej przekonania, ani wreszcie kim jest. Na pytanie, czy mówi we własnym imieniu, odpowiada: "Tak. Nie, zdecydowanie nie. Tak i nie. I to, i to". To kluczowe zdanie wypowiadane przez bohaterkę tuż po innym, nie mniej istotnym: "Ja jestem kimś innym". Kimś innym, niż się sobie wydaję i kimś innym, niż wydaję się komu innemu. Nie wiem, jakie są moje poglądy, ale wiem, kiedy je deformują. Nie jest to przy tym poczucie "człowieka bez właściwości", który nie wie, kim jest, ale coś całkiem innego: intensywne poczucie niewłaściwości, mylnego zaszeregowania, które idzie w parze z istotnym przekonaniem, że jesteśmy zawsze kimś innym.
To poczucie niewłaściwości, powiązane z odczuciem niepewności co do jakiejkolwiek cechy wyraźnej, zdecydowanej, zostaje jeszcze mocniej ukazane w rozdziale ostatnim. Jest to znów pastisz - tym razem słynnego "Listu Lorda Chandosa do Franciszka Bacona" Hofmannstahla, apokryfu z początku ubiegłego wieku. Tu autorką jest żona Lorda, niepokojąca się o stan umysłu męża. Z jej bowiem perspektywy, perspektywy żony i kobiety, alegoryczna tęsknota człowieka, dla którego wszystko, "nawet nic nieznaczące stworzenie", zyskuje sens podwójny, odsyłający do innego świata, jest perspektywą bolesną. "To ciągłe zastępowanie jednego drugim - pisze autorka listu - jest jak zaraza", której nie można znieść, o ile słów nie zatrzyma się na tym świecie, jeśli alegorii nie zniszczy życie samo, które po prostu jest, a nie wskazuje na coś od siebie innego. "Wszystko jest alegorią, powiada mój Philip". Mówi to zrozpaczona żona, od której ciała mąż woli idee, od której gestów mąż woli pojęcia tych samych gestów. "Niech mnie Pan ocali, Drogi Panie, niech Pan ocali mojego męża!". To wołanie zrozpaczonej żony wymierzone jest przeciw dominacji alegorii nad życiem, pojęć nad ciałem, idei nad egzystencją. I takie też jest - jak sądzę - przesłanie tej mądrej książki. Owszem, idee mają swoje życie, ale życie czasami lepiej obchodzi się bez idei. Owszem, powieść mówi dużo o świecie, w którym żyjemy, ale życie nasze dość dobrze może się obyć bez powieści. Myśli takie, wypowiadane w formie powieści są ryzykowne, ale równie ryzykowne jest ich wypowiadanie poza literaturą.
To, że Coetzee nie boi się takich myśli formułować, stawia go w gronie najważniejszych pisarzy naszych nudnych, zideologizowanych czasów.
p
, ur. 1962, teoretyk literatury, tłumacz, eseista, profesor w Instytucie Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opublikował m.in. "Efekt inskrypcji. Jacques Derrida i literatura" (1997), "Nietzsche. Filozofia interpretacji" (1997), "Anatomia ciekawości" (1999, Nagroda Kościelskich), "Pragnienie obecności. Filozofie interpretacji od Platona do Kartezjusza" (1999), "Czarny nurt. Gombrowicz, świat, literatura" (2004). Tłumaczył m.in. pisma Foucaulta, Lévinasa, Deleuze'a i Barthes'a. W "Europie" nr 45 z 9 listopada ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Pochwała subiektywizmu".