Muza płaczu. Najwybitniejsza, obok niemal równej jej wiekiem Mariny Cwietajewej, poetka rosyjska, a zarazem jeden z najważniejszych głosów w poezji XX wieku. Wespół z pierwszym mężem Mikołajem Gumilowem oraz Osipem Mandelsztamem należała do grupy poetyckiej Cech Poetów, która dała początek akmeizmowi, kierunkowi opozycyjnemu wobec symbolizmu, paradoksalnie będącemu jednak jego swoistą kontynuacją, co zresztą zawiera się w samej jego nazwie. Greckie słowo "akme" znaczy bowiem szczyt, rozkwit. Była poetką miłości i losu. Ważne miejsce w twórczości Achmatowej zajmuje również historia, która wdarła się w jej życie wraz z wybuchem I wojny światowej i właściwie prześladuje ją do dziś, narzucając coraz to nowym czytelnikom biograficzno-martyrologiczną interpretację jej poezji. Wczesne wiersze są nierzadko lirycznymi nowelkami, osadzonymi w realnych dekoracjach lub pejzażu, a tytułami bywają nawet konkretne daty. Z czasem Achmatowa czerpała zarówno z poezji religijnej, jak i rosyjskiej twórczości ludowej, czego koronnym dowodem jest choćby słynny poemat "Requiem". Ale nieobcy jej był też dowcip. W jednym z późnych epigramatów żartowała: "Ja kobiety nauczyłam mówić... Lecz, Boże, jak je zmusić do milczenia!?".
5 marca minęła 40. rocznica śmierci Achmatowej.
p
I
Mój aniele, ja cię nie zwodziłem,
Jak to wyszło, że z ciebie zrobiłem
Zakładniczkę za siebie w niewoli
Wszelkich cierpień na ziemskim padole?
Pod mostami parują piołuny,
Nad stosami unoszą się łuny,
Wiatr piekielny po ulicach hula
I za Newą zabłąkana kula
Mierzy prosto w biedne serce twoje.
I samotna w domu oszroniałym,
Biała leżysz w blasku śnieżnobiałym,
Wysławiając gorzkie imię moje.
7 grudnia 1921, Petersburg
II
Tamtego roku, gdy miłość rozbłysła,
Jak krzyż ołtarza w udręczonym sercu,
Nie przytuliłaś się jak gołąbeczka
Do mojej piersi, raniłaś jak kania.
Tyś pierwszą zdradą i winem przekleństwa
Ukochanego wtedy napoiła.
Lecz przyszedł czas w zielone oczy patrzeć,
U warg okrutnych nadaremnie błagać
O dar najsłodszy i przysięgi takie,
Jakich dotychczas nigdy nie słyszałaś
I jakich nikt nie wypowiedział jeszcze.
Tak ten, co chytrze zatruł wodę w źródle
Zdążającemu za nim przez pustynię,
Sam zmylił drogę i, strasznie spragniony,
Nie poznał zdroju w ciemnościach egipskich.
Do chłodnej wody przypadłszy, śmierć pije,
A czyż śmierć może ugasić pragnienie?
7-8 grudnia 1921
* * *
Na świat przyszłam nie za późno, nie za wcześnie,
To jedyna moja chwila błoga,
Tylko sercu przeżyć bezboleśnie
Nie było dane od Boga.
Przez to w widnym pokoju mrok taki,
Przez to moi kochankowie z żałości,
Jak wieczorne nastroszone ptaki,
O niebyłej śpiewają miłości.
1913
* * *
Zachorować by nagle, w malignie palącej
Pospotykać się znowu z wszystkimi,
I w nadmorskim ogrodzie, gdzie wicher i słońce,
Alejami się snuć szerokimi.
Nawet zmarli powinni dziś ze mną obcować,
I wygnańcy goszczeni przeze mnie,
Ty syneczka naszego za rączkę przyprowadź,
Bardzo tęsknię do niego codziennie.
Zimne wino z miłymi pić będę, szczęśliwa,
Winogrona jeść będę soczyste
I spoglądać, jak siwy wodospad w dół spływa
Opadając na dno kamieniste.
Wiosna 1922