Andrzej Szahaj*

O użytkach z liberalizmu w Polsce

Przedziwne rzeczy dzieją się w naszym kraju z terminami "liberalizm" i "liberał". Zaczynają one funkcjonować jako pospolite obelgi. Zamiast nazwać kogoś łajdakiem, obdarza się go epitetem "liberał". Zamiast mówić: "zepsucie i demoralizacja", mówi się "liberalizm". Sytuacja jest o tyle dziwaczna, że ci, którzy używają tych określeń jako etykietek, nie próbują nawet powiedzieć, jak rozumieją liberalizm i o co mają do niego pretensje. Działają na zasadzie: my tylko rzucamy hasło czy określenie, a inni już przecież doskonale wiedzą, o co chodzi. Być może wiedzą "swoi", ale na pewno nie wiedzą wszyscy (owi "swoi" zaś z reguły nie chcą wiedzieć nic więcej ponad to, co im się wydaje...). Można mieć uzasadnione obawy, że używanie tych określeń jest w wielu przypadkach jedynie wyrazem kompletnej ignorancji w sprawach historycznych, nie wspominając już o filozofii polityki czy teorii doktryn polityczno-prawnych.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy tu do czynienia z elementem popkultury politycznej, niefrasobliwym bredzeniem, którego jedynym zadaniem jest wykreowanie wroga po to, by uzyskać większą spójność swojej własnej grupy.

Część znających się na rzeczy ludzi macha na to ręką, utwierdzając się w przekonaniu, że politycy (bo o nich wszak głównie chodzi) z reguły nie wiedzą, co mówią, w szczególności gdy używają określeń mających głęboki sens filozoficzny czy historyczny. Że dokonują ideologizacji wszystkiego, za co się biorą, w imię prymitywnie pojmowanej walki politycznej (używanie w niej etykietek "liberalizm" czy "liberał" przypomina często machanie na oślep cepem...).

Część obserwatorów jest jednak zaniepokojona tym procesem, prowadzącym do dodatkowego prymitywizowania naszego dyskursu publicznego, który i tak nie jest (delikatnie rzecz ujmując) zbyt wyrafinowany intelektualnie.

Należę do tych drugich. Uważam, że najwyższa pora zażądać od wszystkich, którzy posługują się publicznie określeniami "liberał" czy "liberalizm" wyjaśnienia, o co im chodzi, co im się konkretnie w liberalizmie nie podoba i jak go rozumieją. Założę się, że wobec tak sformułowanego żądania większość z nich byłaby zupełnie bezradna intelektualnie i zaczęła bąkać coś o zepsuciu moralnym i permisywizmie, ateizmie i Balcerowiczu. Potwierdziłoby to jedynie moje przypuszczenie, że większość z tych, którzy wypowiadają się na ten temat publicznie i prywatnie, nie ma pojęcia, czym jest liberalizm jako doktryna filozoficzno-polityczna. A jest to wszak doktryna subtelna i wewnętrznie skomplikowana, niejednoznaczna i zróżnicowana. Problemem jest, czy w ogóle można mówić o liberalizmie bez dookreślenia, co ma się na myśli: liberalizm w sensie ekonomicznym, politycznym czy też kulturowym?

Reklama

Czy mówi się o liberalizmie klasycznym, czy o jakiejś jego wersji współczesnej? Czy o praktyce politycznej, czy o filozofii? A może, myśląc i mówiąc o liberalizmie, ma się faktycznie na względzie zupełnie inną doktrynę, np. libertarianizm?

By nie być gołosłownym, wymienię tylko nazwiska najważniejszych filozofów liberalizmu, którzy tworzyli różne jego filozoficzne odmiany: John Locke, John Stuart Mill, Benjamin Constant, Monteskiusz, Alexis de Tocqueville, Immanuel Kant, Isaiah Berlin, Karl Popper, Wilhelm von Humboldt, T.H. Green, Leonard Hobhouse, Friedrich A. von Hayek, John Rawls, John Gray, Richard Rorty... Nie twierdzę, że trzeba znać poglądy wszystkich wymienionych myślicieli, by odpowiedzialnie wypowiadać się na temat liberalizmu, twierdzę jedynie, że w ocenach liberalizmu trzeba być ostrożnym. Także na płaszczyźnie ocen konkretnych rozwiązań politycznych czy ekonomicznych należy zachowywać daleko idącą przezorność. Polityka liberalna, tak jak liberalna ekonomia niejedno ma imię.

Może się wzorować na rozwiązaniach proponowanych przez J.S. Milla, L. Hobhouse'a czy Johna Rawlsa i zbliżać w niektórych aspektach do stanowiska socjaldemokratycznego czy lewicowego, może jednak obrać sobie za wzór Herberta Spencera, Ayn Rand czy Miltona Friedmana i popaść w ekstremizm wolnorynkowy ("bolszewizm rynkowy", jak to określa John Gray), identyfikowany zresztą raczej jako libertarianizm niż liberalizm właściwy. Może wielbić inicjatywę jednostkową i społeczeństwo opierające się na zasadzie wolnej konkurencji we wszystkich dziedzinach, może jednak nawoływać do solidarności i traktowania własności jako własności społecznej, tzn. takiej, z której korzyści powinni czerpać wszyscy. Może opowiadać się za państwem opiekuńczym i podatkami progresywnymi - jak czyni to John Rawls - może jednak - tak jak Robert Nozick (uważany skądinąd raczej za libertarianina niż liberała) - domagać się państwa minimum i głosić hasło "podatki to kradzież".

Jednak nawet gdy będziemy próbowali pominąć nader istotne różnice między poszczególnymi wersjami liberalizmu i nieco ryzykownie postaramy się zidentyfikować główne idee przyświecające liberalizmowi traktowanemu jako spójna doktryna filozoficzna i polityczna, nasze oceny muszą być ostrożne. W liberalizmie są plusy i minusy, można i należy go krytykować (tak jak należy krytykować każdą inną filozofię polityczną), nie należy jednak przesadzać. Histeria antyliberalna jest wyrazem ideologicznego zaślepienia, a nie krytycznego namysłu i wystawia marne świadectwo osobom i stronnictwom w nią zaangażowanym. Rozumna krytyka winna być raczej - by tak rzec - detaliczna, a nie hurtowa, i miast skupiać się na kreowaniu obrazu jakiejś doktryny jako wyrazu całego Zła, powinna starać się subtelnie rozważać wszystkie "za" i "przeciw".

Nade wszystko zaś musi wychodzić od gruntownej znajomości przedmiotu swego namysłu. W przypadku krytyki liberalizmu warto również pamiętać, że doktryna ta stawała się zawsze "chłopcem do bicia", gdy w grę wchodziły poglądy skrajnie antydemokratyczne i kolektywistyczne. Wystarczy przypomnieć faszyzm i komunizm. I w jednym, i w drugim przypadku to liberalizm okrzyknięto głównym wrogiem.

Już to powinno dawać do myślenia. Nie chcę wcale sugerować, że każda ostra krytyka liberalizmu musi pachnieć faszyzmem czy komunizmem. Takie twierdzenie byłoby absurdem, a w każdym razie daleko posuniętym nadużyciem. Chcę jedynie powiedzieć, że krytykując liberalizm, warto pamiętać o historycznych lekcjach i trochę się miarkować. W ich świetle bowiem potępianie liberalizmu w czambuł jest nierozsądne i znamionuje brak odpowiedzialności.

Czasami można odnieść wrażenie, że owo potępianie wiąże się z ogólnie niechętnym stosunkiem do liberalizmu, jaki prezentował i prezentuje Kościół katolicki. Część polityków, a także kapłanów, nie wdając się w subtelności tematu i "filozofując młotem" - by użyć formuły Nietzschego - czuje się w swej krytyce usprawiedliwiona i zarazem zwolniona od samodzielnego myślenia (jeśli nie od myślenia w ogóle), wychodzi bowiem z przekonania, że krytyka ze strony tak szacownej instytucji musi być zasadna. Ponownie mamy do czynienia z ignorancją połączoną z ideologicznym zaślepieniem. Stosunek Kościoła katolickiego do liberalizmu był i jest zróżnicowany. Z pewnością da się tu zaobserwować pewną ewolucję - od całkowitego potępienia obecnego np. w nauczaniu papieża Piusa IX do częściowej aprobaty w nauczaniu papieży Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła II. Nie miejsce tu, by sprawę analizować dokładnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że także ci, którzy w swej bezwzględnej i całościowej krytyce liberalizmu powołują się na społeczną naukę Kościoła czy po prostu na katolicyzm jako taki - błądzą. Wystarczy zresztą sięgnąć do przełożonych na polski prac wybitnego amerykańskiego myśliciela katolickiego Michaela Novaka czy angielskiego apologety liberalizmu bliskiego katolicyzmowi - Lorda Actona, by przekonać się, że sprawy relacji między katolicyzmem a liberalizmem są bardziej skomplikowane, niż się to naszym prostodusznym krytykom liberalizmu wydaje. Trudno zresztą, by było inaczej, skoro tradycja liberalna preferuje wartości bliskie każdej opcji ideowej, której nie jest obce dobro człowieka.

Mam na myśli przekonanie o wartości każdej osoby ludzkiej, o prawie do szczęścia wszystkich ludzi, o konieczności zapewnienia im wolności podstawowych takich jak wolność sumienia, wyznania, słowa, prawo do stowarzyszania się i wyrażania woli w postaci demokratycznych wyborów, a także zachowania własności prywatnej. Abstrahując od tych wartości, które wydają się dziś wspólne każdej godnej aprobaty orientacji ideowej, warto wskazać także na wartości inne, które czasami budzą sprzeciw, i zastanowić się, czy są wyrazem przypisywanego liberalizmowi zepsucia lub zła. Mam na myśli np. egalitaryzm (przekonanie, że ludzie są z natury równi), indywidualizm (głoszący, że jednostka ludzka jest bytem nadrzędnym wobec wszelkich bytów o charakterze kolektywnym, np. narodu czy państwa), wiarę w rozum, przekonanie, że człowiek może się samodoskonalić, pochwałę autonomii, pluralizmu światopoglądowego oraz politycznego czy wreszcie domaganie się oddzielenia sfery publicznej od prywatnej, co ma zapobiec wtrącaniu się państwa bądź innej organizacji politycznej lub wyznaniowej w sprawy zastrzeżone dla prywatnej sfery życia (choćby w sprawę doboru partnerów życiowych). W przypadku każdej z wchodzących w grę wartości czy każdego typowego dla liberalizmu przekonania możliwa jest - rzecz jasna - krytyka i dyskusja. Trzeba jednak naprawdę bardzo złej woli, by starać się przypisywać liberalizmowi całe zło tego świata.

Tym bardziej że nie brak i takich wersji liberalizmu, w których mówi się o sprawiedliwości, solidarności czy pomocy najsłabszym. Z pewnością spora część złej aury, jaką otoczony jest liberalizm w naszym kraju, bierze się z błędnego utożsamienia całego liberalizmu z polityką gospodarczą, jaka była prowadzona w Polsce przez kilkanaście ostatnich lat. Nie jestem ekonomistą i trudno mi ocenić, na ile polityka ta rzeczywiście realizowała założenia liberalizmu ekonomicznego, wiem jednak, że - po pierwsze - nie należy utożsamiać liberalizmu jedynie z liberalizmem ekonomicznym, po drugie zaś warto zawsze pamiętać, że doktryna liberalizmu także i w tym aspekcie nie jest jednolita. Obok filozofów i ekonomistów zachęcających do oparcia gospodarki całkowicie na wolnej grze rynkowej (Milton Friedman czy Friedrich A. von Hayek, a jeszcze bardziej - myleni z liberałami - libertarianie jak np. Ayn Rand czy Robert Nozick), są i tacy, którzy domagają się systemu społecznego, gdzie istnieją zasady sprawiedliwości społecznej o charakterze dystrybutywnym. Należy do nich przede wszystkim zbyt mało w Polsce znany John Rawls. W swej słynnej teorii sprawiedliwości obstawał on przy tym, by dopuszczać nierówności społeczne tylko wtedy, gdy służą najmniej uprzywilejowanym, tzn. tym, którzy znajdują się w najtrudniejszej sytuacji ekonomicznej.

W praktyce oznacza to opowiadanie się za państwem opiekuńczym, które - korzystając z zasobów uzyskiwanych na drodze podatków - stara się pomagać tym, którzy nie z własnej winy stali się upośledzeni ekonomicznie. Teorię Rawlsa przywołałem tylko po to, by pokazać, że stawianie znaku równości między liberalizmem a pochwałą dzikiego kapitalizmu jest nieuprawnione i niesprawiedliwe. Większość liberałów opowiadała się za "kapitalizmem z ludzką twarzą"; nie brakowało i takich, którzy domagali się istotnych reform społecznych mających poprawić sytuację robotników i kobiet. Dobrym przykładem jest John Stuart Mill.

Nie taki więc liberalizm straszny, jak go malują. Tkwią w nim cenne elementy etyczne i polityczne, które zasługują, by traktować je poważnie, szczególnie w kraju, w którym wciąż brakuje pełnego uznania dla takich wartości jak osobowa autonomia, pluralizm światopoglądowy, nieograniczona debata, tolerancja dla myślących inaczej, szacunek dla odmienności, demokratyczne kształtowanie woli zbiorowej czy wreszcie prawo do poszukiwania szczęścia zgodnie z własnymi pragnieniami. W tym sensie mamy za mało liberalizmu, a nie za wiele. Za mało odwagi różnienia się i swobodnego wypowiadania swojego zdania. Za mało twórczej debaty, w której nasze poglądy mogłyby przejść test publicznego rozważania "za" i "przeciw". Namawiam do debaty na temat liberalizmu. Niech zastąpi ona żenujący spektakl prostackich połajanek, w których ignorancja ściga się z arogancją, a przegrywa krytyczne myślenie, nasza jedyna nadzieja na ukonstytuowanie się publicznego rozumu, z którego moglibyśmy być dumni.

Andrzej Szahaj

p

*Andrzej Szahaj, ur. 1958, profesor filozofii, dyrektor Instytutu Filozofii UMK w Toruniu, autor książek: "Krytyka, emancypacja, dialog. Jürgen Habermas w poszukiwaniu nowego paradygmatu teorii krytycznej" (Warszawa 1990), "Ironia i miłość. Neopragmatyzm Richarda Rorty'ego w kontekście sporu o postmodernizm" (Wrocław 1996, 2002), "Jednostka czy wspólnota? Spór liberałów z komunitarystami a >>sprawa polska<<" (Warszawa 2000), "Zniewalająca moc kultury" (Toruń 2004), "E Pluribus Unum? Dylematy wielokulturowości i politycznej poprawności" (Kraków 2004). W "Europie" nr 13 z 30 marca ub.r. opublikowaliśmy tekst Szahaja "Antyliberalizm na skróty".