Dziennik Gazeta Prawana logo

Jej Wysokość Sytuacja

5 listopada 2007, 12:07
Ten tekst przeczytasz w 17 minut

Rafał Matyja, autor hasła IV RP, zastanawia się nad naszą obecną sytuacją polityczną w kontekście niewykorzystanej szansy, jaką stanowiło powołanie komisji śledczej badającej aferę Rywina. Wydawało się, że działania komisji, która zniszczyła postkomunistyczny monolit i doprowadziła do uprawomocnienia marginalizowanego wcześniej języka diagnozy politycznej, jakim od dawna posługiwała się prawica, mogły stanowić początek autentycznego przełomu politycznego w Polsce. Do przełomu jednak nie doszło i bynajmniej się nań nie zanosi. Źródeł niepowodzenia upatruje Matyja w deficycie zaufania, który stanowić ma zasadniczą słabość polskiej polityki. Dominująca zasada "zinstytucjonalizowanej nieufności" dotyczy zarówno relacji między poszczególnymi partiami politycznymi, jak i struktur wewnątrzpartyjnych, które organizowane są autorytarnie i mają gwarantować interesy wąskich elit. "Fundamentem klęski jest niezdolność elity politycznej do umiejętnego lokowania i budowania zaufania zarówno na poziomie konstytucyjno-instytucjonalnym, jak i polityczno-partyjnym".

p

Polska znalazła się pod rządami Sytuacji. Nie po ostatnich sejmowych głosowaniach ani nawet kilka miesięcy wcześniej. Wszystko zaczęło się w styczniu 2003 roku, gdy Sejm postanowił powołać komisję śledczą do zbadania afery Rywina. Zmiana opinii i postaw, jaka była wynikiem jej prac, niemal od razu stała się ważniejsza od tego, co można było zapisać w raporcie końcowym. Słuszne wydaje się spostrzeżenie Aleksandra Kwaśniewskiego, że "sprawa ta przypomina sytuację człowieka, który jest poważnie chory, a w końcu umiera na katar".

Załamanie się istniejącego dotąd porządku politycznego nie oznaczało nadejścia nowego ładu, lecz stopniowe utrwalanie się stanu niepewności i nieprzewidywalności. Nie tylko w przeciągającej się nieznośnie tymczasowości czwartej kadencji, ale także w pierwszych wydarzeniach piątej. Jesienią 2005 roku nie ujarzmiono bowiem politycznego chaosu, ale jeszcze bardziej go pogłębiono. Nikomu nie udało się przejąć kontroli nad biegiem wydarzeń i zapanować nad Sytuacją, która niepostrzeżenie osiągnęła władzę niemal absolutną.

By wyjaśnić przyczyny słabości dzisiejszej politykii jej niezdolność do zbudowania stabilnych i przewidywalnych rządów, należy cofnąć się do źródeł obecnego kryzysu, do momentu, w którym sprawy wymknęły się spod kontroli poprzedniego establishmentu. Choć sama publikacja "Gazety Wyborczej" z 27 grudnia 2002 roku była nie lada sensacją, to jednak podstawowym czynnikiem zmiany był fakt powołania pierwszej komisji śledczej i decyzja o jawnym charakterze jej prac.

Co stało się wraz z powołaniem komisji badającej aferę Rywina? Po pierwsze, doszło do zasadniczego odwrócenia ról. Opiniotwórcze elity stawiające się dotąd w roli arbitrów trafiły pod krzyżowy ogień pytań i ocen polityków zasiadających w komisji. Po drugie, niewzruszona - przynajmniej w oczach znacznej części społeczeństwa - jedność obozu postkomunistycznego została wystawiona na ciężką próbę. Poszczególne grupy, a nawet jednostki usiłowały bronić się na własną rękę, potęgując wrażenie chaosu i załamania się świata wzajemnych gwarancji, swoistej zmowy milczenia.

Ważna jednak jest nie tylko sama rewolucja komunikacyjna wywołana przez prace komisji, ale także konsekwencje tej rewolucji na niższych szczeblach władzy. Każdy inteligentny urzędnik, prokurator czy policjant mógł sobie zadać pytanie, jak on sam dałby radę przed komisją. Co powiedziałby o dokumencie, który właśnie leży od tygodni na jego biurku lub "uwiera" w szufladzie. Złamanie zmowy milczenia i świadomość konsekwencji, jakie może nieść za sobą ukręcenie łba tej czy innej sprawie, były - moim zdaniem - niezwykle silnym impulsem do ujawnienia kolejnych afer. Najczęściej poprzez odwołanie się do instytucji dziennikarstwa śledczego, poprzez naprowadzenie dziennikarzy na sprawę tak, by zbudować sobie alibi na wypadek nacisków przełożonych, próbujących wymusić bierność lub milczenie.

Średni szczebel władzy, który dotąd dość skutecznie zniechęcany był do pryncypialności, otrzymał wyraźny sygnał przeciwny. Milczenie stało się równie groźne, dotychczasowa wygodna bierność mogła okazać się przyczyną klęski. Wstrząsem nie było przesłuchanie Czarzastego, Millera czy Kwiatkowskiego. To,co mogło szokować ów średni szczebel, to tarapaty, w jakie wpadł szef KRRiT Juliusz Braun czy - jeszcze bardziej dotkliwie - młody urzędnik Ministerstwa Kultury Tomasz Łopacki.

Główne ośrodki władzy nie miały już oparcia w urzędnikach średniego szczebla, nie mogły liczyć na częściową wyrozumiałość mainstreamowych mediów. Lewica traciła nie tylko w sondażach, traciła także poczucie bezpieczeństwa - a wraz z nim polityczną i komunikacyjną spójność. Samoobrona w wykonaniu ministra Kaczmarka stała się pretekstem do uruchomienia kolejnej komisji śledczej, a kontratak Millera przeciw Kwaśniewskiemu był jasnym sygnałem, iż od tej chwili nikt nie jest bezpieczny i bezkarny.

Można było jeszcze wymusić trwożną lojalność sejmowego planktonu, uzyskać chwilowe zawieszenie broni między kluczowymi politykami SLD, nie sposób było jednak odzyskać kontroli nad sytuacją. Wszystko wskazywało na to, że wobec widma katastrofy wyborczej kluczowe ośrodki postkomunistycznej lewicy postanowiły zachować jak najdłużej formalne pozycje w państwie. Przede wszystkim dlatego, że rządy w Polsce powoli przejmowała Sytuacja. Bieg politycznych dyskusji wytyczały kolejne prasowe przecieki - afery rzeczywiste i pozorowane.

Władza haków - możliwa tylko w warunkach względnego zaufania - zamieniała się w festiwal pomówień. Rosnące poparcie dla stronnictw opozycyjnych, radykalny ton ich wystąpień, kolejne ustalenia komisji śledczych zdawały się zapowiadać przełom, a zarazem osłabiały zdolności obronne rządzących elit polityczno-towarzyskich.

Zaufanie, na którym zbudowano III RP, pękało w szwach. Zasada blokowania działań organów ścigania godzących w elity polityczne i gospodarcze - zwłaszcza ich postkomunistyczną część - została zakwestionowana. Solidarność polityczno-gospodarczych networków przestała istnieć. Największe zmiany zachodziły w mediach. Tu triumfy święciła nowa rewolucja: semantyczna.

Jej istotą było uprawomocnienie się w debacie publicznej pojęć wskazujących na dominację układów nieformalnych w polskim życiu politycznym, których na początku lat 90. używało Porozumienie Centrum, a od których odżegnywała się nawet spora część AWS. Ta zmiana była tak jednoznaczna, że zarzucano mediom mówienie "językiem braci Kaczyńskich", a Włodzimierz Cimoszewicz dziwił się nawet na łamach "Gazety Wyborczej", że to, co jeszcze niedawno uchodziło za aberrację, dziś głoszone jest powszechnie jako w pełni prawomocne poglądy.

Wielu obserwatorów brało te dwie rewolucje za fakt społeczny determinujący nieodwracalną zmianę systemową. Pochopnie uznawało obie pretendujące do władzy partie centroprawicowe za prawomocnych egzekutorów wyroku, który opinia publiczna wydała na długo przed wyborami. Nie dostrzegano ani zasadniczych różnic w diagnozie sytuacji,ani poważnych przeszkód natury ustrojowo-instytucjonalnej. Co więcej - lekceważono fakt, że obie "stworzone do koalicji" strony nie czynią zbyt wiele, by te różnice i przeszkody pokonać.

Sytuacja - tym razem stworzona świadomie przez sprawujący władzę nad wyborczym kalendarzem duet Kwaśniewski-Cimoszewicz - zdawała się zazdrośnie strzec swej przewagi. Logika rywalizacji o prezydenturę zdominowała życie koalicyjne w miodowym miesiącu po wyborach. Byłoby jednak naiwnością przypisywać całe niepowodzenie czynnikom kalendarzowo-psychologicznym (choć niewątpliwie odegrały istotną rolę i do dziś są jednym z najważniejszych sojuszników Sytuacji).

Fiasko rozmów zapoczątkował i przypieczętował gigantyczny deficyt zaufania umawiających się stron, który ma trojakie źródła. Po pierwsze - historyczne, wynikające z doświadczeń dotychczasowej współpracy politycznej i świadomości uwikłań obu stron. Dawały one o sobie znać w formie zwerbalizowanej (odnoszenie się do katastrofy rządu Olszewskiego czy przypominanie zarzutów wobec KLD), jak i podświadomej - mam na myśli oskarżenia dotyczące psychologicznych przymiotów układających się polityków. Kaczyński nie mógł zapewne nie pamiętać roli, jaką Tusk i Rokita odegrali4 czerwca 1992 roku. Tusk uważał, że ówczesna polityka konfliktu z Wałęsą i Olszewskim była skutkiem destrukcyjnych skłonności jego partnera. Nawet osobom trzecim - lecz znającym kulisy ówczesnej polityki - trudno w tej sprawie zachować obojętność, a co dopiero samym uczestnikom zdarzeń.

Po drugie - źródła analityczne, wynikające z zasadniczo nieuzgodnionej (a może wręcz nieuzgadnialnej) diagnozy stanu, w jakim znajduje się Polska. Z faktu, że dwóch lekarzy zgadza się, iż stan pacjenta trzeba określić jako "poważny" (a na tym kończyła się zgoda między PiS a PO), nie wynika jeszcze zgoda co do diagnozy choroby, a tym bardziej co do proponowanej kuracji. Pozory takiej zgody mogły zawierać poszczególne wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego i Jana Rokity. Nie można jej było jednak znaleźć np. w broszurze referendalnej Tuska i analogicznych wypowiedziach liderów PiS.

Tusk widział całe zło w działaniach marnotrawnej klasy politycznej, Rokita - w chciwości i nieumiarkowaniu elit. Dla Kaczyńskiego złem był przede wszystkim układ postkomunistyczny i zbudowane przezeń patologiczne powiązania między światem administracji, polityki, biznesu, służb a światem przestępczym. Te dwie diagnozy nie miały żadnego - poza radykalizmem - wspólnego mianownika. Logika kampanii wyborczej uzupełniła je dodatkowo napięciem na osi "solidaryzm-liberalizm". Rozbieżność diagnoz została wzmocniona społecznym aspektem istniejących już wcześniej różnic. Rów był trudny do zasypania.

Trzecim źródłem nieufności - możemy je nazwać instytucjonalno-ustrojowym - była natura rządów koalicyjnych w Polsce oraz brak jakiegokolwiek wyobrażenia na temat możliwego systemu wzajemnych gwarancji między obiema partiami. Trzeba przypomnieć, że dwie poprzednie koalicje - AWS-UW, SLD-PSL - rozpadły się przed końcem kadencji, a całość władzy pozostała w ręku podmiotu, który zachował stanowisko premiera. W tym drugim przypadku PSL zostało wręcz wypchnięte z rządu. Z natury rzeczy zatem słabszy podmiot musiał obawiać się podobnego scenariusza także po 2005 roku. Pikanterii dodawał sprawie fakt, że ten, który czuł się słabszy, nie poszukiwał gwarancji latem 2005. A ten, który czuł się mocniejszy, zagrożenia te lekceważył, praktycznie aż do dnia wyborów. Nie powstała zatem przestrzeń, w której politycy mogliby - wyprzedzając zdarzenia - skonstruować podstawy rzeczywistej politycznej (a nie programowej) umowy koalicyjnej, czyli zbudować na tyle trwałe podstawy wzajemnego zaufania, by nieprzewidziane zdarzenia nie postawiły całości pod znakiem zapytania.

Wszak obie strony dość jasno formułowały zasadnicze wątpliwości co do perspektywy koalicyjnych rządów. Liderzy Platformy nie ukrywali, że pewnym zabezpieczeniem przed pomysłami PiS może być "ich" premier lub "ich" prezydent, a najlepiej jedno i drugie. Koalicji bez takich zabezpieczeń nie brali, jak się wydaje, pod uwagę. Wiedzieli doskonale, iż mechanizm konstytucyjny zachęca do rządów jednopartyjnych pod koniec kadencji, a przy obecnym układzie parlamentarnym, w którym PO nie ma możliwości zawarcia alternatywnych porozumień politycznych - sytuacja partii Tuska stała się wręcz nieznośna.

Warto zatem podkreślić, iż ogłoszona dziś bogata korespondencja między PiS a PO zawiera tylko jeden dokument (list Jarosława Kaczyńskiego do Donalda Tuska z 27 września), który wprost odnosi się do zasad funkcjonowania koalicji, jednak i on w żadnym stopniu nie usuwa wspomnianych wyżej podstaw niepewności Platformy. Wydaje się wszakże, że przedstawiona tam koncepcja zrównoważenia pozycji premiera pozycją marszałka Sejmu stanowiła pozytywny przykład gwarancji instytucjonalnychdla partnera. Przykład i wyjątek w stosie innych propozycji programowych.

Platforma przyjęła jednak koncepcję szukania gwarancji poprzez szczegółowe ustalenia zespołów programowych i publiczny charakter rozmów koalicyjnych. Partner, któremu proponuje się - choćby na wszelki wypadek - publiczne rozmowy na temat reguł współpracy, musi zdawać sobie sprawę z bardzo niskiego poziomu wzajemnego zaufania. Niezwykle zajmujące komentatorów pytanie, kto naprawdę chciał lub nie chciał koalicji, powinno zostać uzupełnione innym, nie mniej ważnym: kto i na jakich warunkach był w stanie zaufać partnerowi?

Pewne światło rzuca na to zagadnienie słynne21 postulatów Platformy - wśród których charakter gwarancji instytucjonalnej ma jedynie zasada "nieprzegłosowywania się" w Sejmie przy pomocy innych ugrupowań. Pozostałe - odnoszą się tylko do "proporcji sił i wpływów". O innych pomysłach - ani w korespondencji, ani w licznych wywiadach - nie ma mowy. Przedmiotem politycznych negocjacji stały się zresztą z czasem rzeczy całkowicie drugorzędne, a miejsce rozumu zajęły emocje: lęki, urazy, oskarżenia.

Nie chcę przy tym - jak większość komentatorów - twierdzić, że zawarcie koalicji było oczywistym, pożądanym i stabilizującym posunięciem, że tylko krok dzielił nas od ustanowienia korzystnego dla Polski status quo. Przeciwnie. Sądzę, że ustanowiona na siłę koalicja PO-PiS byłaby mało stabilna, uruchomiłaby medialny spektakl wypowiedzi w rodzaju "to nie ja, to kolega". A wreszcie, że bez gwarancji, które należało tworzyć wcześniej, w latach 2003-05, rozpadłaby się nie mniej gorsząco niż podczas jesiennych rozmów.

Fundamentem klęski jest bowiem niezdolność elity politycznej do umiejętnego lokowania i budowania zaufania zarówno na poziomie konstytucyjno-instytucjonalnym, jak i polityczno-partyjnym.

Używane przez Jacka Kurczewskiego pojęcie "zinstytucjonalizowanej nieufności" było charakterystyczne dla całej konstrukcji ustrojowej i politycznej III RP. Opisana w "Demokracji nieformalnej" Artura Wołka reguła wzajemnego blokowania się organów państwa, uniemożliwiająca skuteczne rządzenie, miała charakter reguły ustrojowej w szerokim tego słowa rozumieniu. Towarzyszył jej sposób konstruowania partii prywatnych, opartych na zasadniczej nieufności liderów i wąskich grup przywódczych wobec ich struktur lokalnych. Żadne - może z wyjątkiem PSL - ugrupowanie nie zdecydowało się na uznanie podmiotowej roli tych struktur, chętnie nadając im status politycznych klientów. Interesy ośrodków kierowniczych były przy tym na tyle strzeżone (formalnie i nieformalnie), że nawet utrata znaczącego poparcia społecznego przez AWS czy SLD nie powodowała naturalnej w przypadku tradycyjnych partii demokratycznych reakcji zmiany kierownictwa czy zmiany rządzącej ekipy.

Polska polityka znalazła się zatem w rękach wąskich grup partyjnych, które wolały opierać swą pozycję na współpracy - niekiedy korupcyjnej - z podmiotami pozapolitycznymi, niż budować zasoby instytucjonalne w świecie polityki. Co ciekawe, w sensie analitycznym prawda ta jest uznawana przez kierownictwo PiS, a może nawet przez niektórych polityków Platformy. Jednak logika bieżącej polityki wymusza zachowania zgodne z dominującą kulturą polityczną, a nawet - z racji podejścia realistycznego - ową kulturę wzmacniające.

W tym sensie nie jestem przekonany o politycznym geniuszu Jarosława Kaczyńskiego. W jego działaniach widzę raczej nie do końca udane próby powstrzymania inercyjnego rozkładu, zapanowania nad Sytuacją poprzez różne narzędzia kontroli i perswazji, pokonania nieprzewidywalnej Sytuacji jej własną bronią - nieprzewidywalnością decyzji i posunięć. Z punktu widzenia pojedynczego gracza jest to zachowanie zrozumiałe. Jednak dla całości - zabójcze.

Zarówno kierownictwo PiS, jak i ośrodek prezydencki powinny być bowiem - w dłuższej perspektywie - zainteresowane przełamaniem niepewności i nieprzewidywalności. Gra na chwilowych koalicjach i doraźnych porozumieniach przywodzi na myśl powiedzenie "dzisiejszy chleb - jutrzejszy głód". Problemem nie jest bowiem tylko arytmetyczna koalicja, a rząd Marcinkiewicza nie stanie wobec zagrożenia przypominającego to, jakie zmiotło gabinet Jana Olszewskiego. Po pierwsze dlatego, że zmieniły się realia konstytucyjne, a o koalicję zdolną do konstruktywnego wotum nieufności przeciw Marcinkiewiczowi będzie niezwykle trudno.

Po drugie - dlatego, że rząd cieszy się poparciem prezydenta, a gabinet z 1992 roku miał śmiertelnego wroga w osobie głowy państwa.

Rządzący obóz potrzebuje dziś zatem nie tyle zdolności manewrowania na miarę potrzeb sprzed 13 lat, ile wizji politycznej definiującej obszary zaufania i nieufności. Wizji, która powinna być sformułowana w nocy po zwycięskich wyborach prezydenckich. Która mogła zostać wypowiedziana podczas exposé lub wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego. Która wreszcie powinna paść z ust prezydenta po objęciu przezeń urzędu.

Pytanie "komu i czemu ufacie?" ciąży nad sprawującymi dziś władzę bardziej niż jakiekolwiek inne. Jeżeli odpowiedzią na nie będzie jedynie szereg nominacji personalnych, nie tylko utrzyma to logikę "zinstytucjonalizowanej nieufności" właściwą dla całej III RP, ale odbierze autorom tej polityki możliwość zmierzenia się z Sytuacją i pokonania właściwego polskiej polityce fatalizmu bezsilności.

Trudno bowiem mówić dziś o tworzeniu nowych fundamentów ustrojowych, bo ich istnienie zawsze odnosi się do zdefiniowanych obiektów zaufania (mogą być nimi instytucje, ale także grupy społeczne lub abstrakcyjne reguły). Dotychczasowe reguły ustrojowe powstawały - o czym pisze wspomniany Artur Wołek - jako wyraz negatywnej woli uniknięcia zagrożeń, jako wyraz fundamentalnej nieufności polskich elit. W innych ujęciach mówiono nawet o dominującej w Polsce kulturze zasady negatywnej.

Jej efektem jest dziś słabość państwa, a zarazem bezsilność lokalnej elity wobec reguł, które odbierają jej możliwość wpływu czy - by użyć określenia Jadwigi Staniszkis - "bycia branym pod uwagę" przy znaczących projektach. Tak niski poziom panowania nad rzeczywistością uniemożliwia w istocie przeprowadzanie własnej woli, a zatem rządzenie. Nie tylko "wbrew" wszystkim, ale nawet przy zgodzie i aprobacie "większości". Polską rządzi zatem Sytuacja: wypadkowa doraźnych kalkulacji i interesów, pochodna stanu społecznych emocji i ujawnianych przez media zakulisowych gier. Nie da się jej przeczekać ani pokonać zręcznymi sztuczkami. Jej sojusznikiem jest stan powszechnej nieufności i niepewności. Przełamać może go tylko władza, która na nowo zdefiniuje reguły publicznego zaufania i obliczalności.

p

, ur. 1967, historyk, publicysta. Prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Był członkiem redakcji "Nurtu", "Polityki Polskiej" i "Debaty", współzakładał Krajowy Komitet Konserwatywny. Wraz z Kazimierzem Michałem Ujazdowskim wydał książkę "Ustrojowa pozycja związków zawodowych w Polsce - szansa czy zagrożenie?" (1994). W "Europie" nr 36 z 7 września ub.r. zamieściliśmy jego teksto "Solidarności" "Wzniosła i gorzka rocznica".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj