Dziennik Gazeta Prawana logo

Filozofia, pokój i mit jedności

5 listopada 2007, 12:07
Ten tekst przeczytasz w 21 minut

Zdaniem Gianniego Vattimo świat zachodni wciąż tkwi w okowach mitu, któremu na imię "Jedno". Pojęcie jedności, jednolitej zasady wszystkich rzeczy należy do najważniejszych składników tradycji Zachodu, tworzy fundament jego metafizyki, religii, filozofii dziejów... I choć było już wielokrotnie "przezwyciężane" - przez Nietzschego, Marksa czy Heideggera - nadal kształtuje nasze wyobrażenia o tym, jak powinien wyglądać świat. Zachód broni własnej koncepcji rozwoju, którą uważa za jedynie racjonalną i słuszną. "Wojna z terroryzmem", a nawet sam termin "terroryzm" w coraz większym stopniu służą stygmatyzacji przeciwników tej koncepcji. Mit jedności ma uzasadniać imperialną agresję i unifikację świata, która nie bierze pod uwagę różnic kulturowych.

p

Pozwolę sobie rozpocząć od pewnej obserwacji, która jest równocześnie apologią, obroną filozofii podejmującej kwestie nazbyt ogólne jak na jej możliwości analizy i rozwiązywania problemów - zwłaszcza w kraju, gdzie filozofię uprawia się głównie jako sztukę dyskusji oraz eliminacji zagadnień specyficznych i zbyt abstrakcyjnych. W naszych czasach - określanych zwykle jako epoka po 11 września - wyjątkowy charakter filozofii został tak naprawdę utracony, podobnie jak i inne "normalne" rozróżnienia należące do "porządku" życia, który jest już tylko melodią przeszłości.

Nie będzie zatem dziwne, jeśli zacznę od powtórnego rozważenia pojęcia, które od początku należało do najważniejszych w filozofii - pojęcia (i wartości) Jednego. Nie wiem, czy zasadnicza rola, jaką Jedno odgrywa w naszej tradycji, wynika z monoteizmu, czy to raczej monoteizm jest konsekwencją wyboru Jednego. Gdyby prawdą było to drugie - proszę jednak pamiętać, że to tylko hipoteza i nie należy formułować tak ogólnych pytań - można by sobie wyobrazić, iż koniec końców jedność jest wyłącznie sposobem na bardziej skuteczne manipulowanie rzeczywistością zewnętrzną, w takim mniej więcej sensie, w jakim Max Weber uznawał judeochrześcijański monoteizm za konieczny warunek powstania jednolitej, ogólnej nauki o przyrodzie: prawa fizycznego świata nie mogłyby obowiązywać, gdyby natura była domeną różnych bóstw często otwarcie rywalizujących ze sobą. Abstrahując od tego, czy pogląd Webera jest słuszny, czy nie, mam wrażenie, iż cała XX-wieczna filozofia - albo przynajmniej spora jej część - stopniowo dochodziła do wniosku, że prymat jedności w pojęciowej tradycji Zachodu jest - ogólnie rzecz biorąc - kwestią władzy, to znaczy czegoś, co wykracza daleko poza czystą logikę (jednostkowej) racjonalnej myśli.

Chciałbym pokrótce przypomnieć tu casus jednego z największych filozofów poprzedniego stulecia, Martina Heideggera. W swoim głównym dziele, "Bycie i czas" z 1927 roku, definiował on ludzką egzystencję jako "bycie w świecie" (in der Welt sein), jednak w późniejszych pracach, np. w eseju "O źródle dzieła sztuki" (1936), nie pisał już o "świecie" po prostu, lecz zaczął używać tego pojęcia w liczbie mnogiej. Powodów tej zmiany można upatrywać w rosnącej świadomości Heideggera, że ludzka egzystencja nie może być rozważana w oderwaniu od konkretnej historycznej sytuacji, w której każdy żyje. Łatwo sobie wyobrazić, że ta świadomość musiała być swego rodzaju rewolucją w filozofii Heideggera i w filozofii jako takiej - o ile przyswoiła ona dzieło tego ostatniego. Uniwersalność, prawomocność rozumu i wszelkie formy esencjonalizmu pozbawione zostały tradycyjnego fundamentu w postaci "jedności" ludzkiej natury i "świata". To, co Heidegger w tym samym okresie nazwał "końcem metafizyki" - wydarzenie uznawane, choć z odmiennych powodów, także przez wielu innych filozofów - było konsekwencją faktycznego rozpadu "nowożytnej" jedności świata.

Ta jedność zaczęła się rozpadać już kilka stuleci wcześniej, począwszy od rewolucji protestanckiej oraz wielkich wojen religijnych i dynastycznych w Europie - ale ostatecznie zakończyła żywot dopiero wraz z rozpadem kolonializmu i eurocentryzmu, który to rozpad oznacza również początek ponowoczesności. Proszę zwrócić uwagę, że koniec tak rozumianej metafizyki antycypowali w poprzednim stuleciu Marks i Nietzsche. Nietzsche, bardziej nawet niż Marks (który wciąż wierzył w ludzki rozum i jego zdolność odkrycia Prawdy pod warunkiem uwolnienia go od alienacji i społecznego podziału pracy), ostrzegał przed błędami języka stworzonego na fundamencie stosunków dominacji - dopóki używamy tej samej gramatyki, mawiał, nigdy nie pozbędziemy się Boga...

Ani Heidegger, ani Nietzsche czy Marks nie "odkryli", że metafizyka i jej wiara w jedność bytu, świata i rozumu jest fałszem. Obserwowali raczej uważnie różne - by tak rzec - "znaki czasu" i już samo to było sposobem przezwyciężenia metafizyki w kierunku tego, co Marks nazwałby krytyką ideologii, a Heidegger ontologią egzystencjalną. Zauważmy, że w tym samym mniej więcej okresie Karl Popper zaprezentował ostrą krytykę filozofii politycznej Platona, której zarzucił, iż jest początkiem myślenia totalitarnego, bo odnosi politykę jako taką oraz konkretne działania polityczne do filozoficznej prawdy. Także w tej krytyce platońskiej doktryny państwa można dostrzec - wyrażone nie wprost - odrzucenie fundamentalnego pojęcia jedności.

Zdaję sobie sprawę, że całkowita krytyczna rewizja tego pojęcia w tradycji filozoficznej nie może tu zostać przedstawiona nawet w zarysie. Pozwolę sobie zatem wrócić do sytuacji, w której filozofia stała się i wciąż się staje coraz bardziej świadoma rozpadu metafizyki i jedności. Marks, Nietzsche i Heidegger stanęli w obliczu konfliktów, których zażegnanie za pośrednictwem "uniwersalnej" racjonalności wspieranej przez mocną filozoficzną i/lub religijną wiarę w jedność było już niemożliwe.

Nie tylko Marksowi, ale także znacznie bardziej "mieszczańskiemu" Nietzschemu świat XIX stulecia wydawał się areną zupełnie otwartych, prymitywnych konfliktów - Nietzsche pisał o charakteryzującej nową kapitalistyczną gospodarkę "indiańskiej dzikości", której przejawy dostrzegał zwłaszcza w Ameryce. Sytuacja tych myślicieli jest pod wieloma względami analogiczna do naszej i to nie tylko - rzecz jasna - w odniesieniu do wiodącej roli Ameryki.

Proponuję znów pominąć tu bardziej szczegółową analizę i po prostu przyjąć tezę: dziś nie tylko nie ufamy żadnej idei jedności - rozumu, świata, a nawet "ludzkości" (podczas gdy prawa człowieka przytaczane są jako powód narzucania "demokracji" różnym ludom...) - ale coraz częściej odkrywamy, że jedność jest groźnym mitem, który zamiast zapewniać pokój i poprawę warunków życia, przyczynia się walnie do ich niszczenia. To wydaje mi się rzeczywistym filozoficznym punktem wyjścia w rodzaju tych, które "sprowokowały" stopniowy rozpad metafizyki w ciągu ostatnich dwóch stuleci: mam na myśli odkrycie walki klas przez Marksa, "odkrycie" dominacyjnej struktury języka przez Nietzschego, Heideggerowską globalną krytykę uprzedmiotowienia-reifikacji ludzkiej egzystencji przez metafizykę, oraz związane z tym "fakty" - na czele z buntem tak zwanego Trzeciego Świata przeciwko centralnej władzy Zachodu... Oto niektóre przyczyny przejścia od nowoczesności do kondycji ponowoczesnej - nie tylko "teoretyczne" odkrycia, ale także zmiany społeczne i polityczne.

Dziś podstawowym tego rodzaju faktem (myślę o faktach, którym - oczywiście - towarzyszy kulturowa świadomość) jest coraz bardziej wyraźne negatywne wartościowanie jedności. Rozważmy choćby problem energii: czy naprawdę możemy sobie wyobrażać, że ekonomiczny "postęp" będzie nadal trwał w sytuacji, gdy zachodni czy też amerykański styl życia i konsumpcji stanie się powszechny? Ostatnio nawet Pentagon, który dotąd - przynajmniej oficjalnie - podzielał optymizm amerykańskich prezydentów, zaczął publicznie wyrażać obawy co do możliwości rychłego (mniej więcej za 20 lat) wybuchu wojny o energię, czystą wodę i powietrze wolne od zanieczyszczeń! Nie jest to bynajmniej myślenie nierealistyczne - na obecnym etapie "rozwoju" nie mamy wielu alternatywnych hipotez. Dlatego, jakkolwiek wielka i szczera byłaby miłość Zachodu do pokoju i solidarności (pamiętamy ogromne manifestacje antywojenne z 2004 roku), wydaje się, że zostaliśmy wtłoczeni w "obiektywny" mechanizm, który zrobi z nas wszystkich (to znaczy z naszych krajów i nas samych) zdyscyplinowanych żołnierzy w niekończącej się wojnie z terroryzmem zapoczątkowanej atakiem w Iraku.

Faktem jest, że jeśli kiedykolwiek staniemy w obliczu konieczności ograniczenia naszego modelu konsumpcji, prawdopodobnie wszyscy zadecydujemy, iż należy bronić naszego "życia" - samochodów, systemów ogrzewania i klimatyzacji, wind itd. - a żaden elektorat nie poprze działań politycznych w kierunku radykalnej zmiany tego wszystkiego. Mogę być zbytnim pesymistą, ale jedyną mniej destrukcyjną alternatywą wydaje się wysiłek odrodzenia - jeśli jeszcze nie jest za późno - różnic kulturowych. Nie istnieje jeden uniwersalny model dobrego życia. Z drugiej strony prawdą jest, że jeśli chińscy chłopi albo amazońscy Indianie zechcą kupić lodówkę czy samochód, nie możemy po prostu napominać ich, by trzymali się granic swej pierwotnej kultury. Na tym poziomie problem wydaje się niemożliwy do rozwiązania.

Mimo wszystko można sobie jednak wyobrazić, że odtąd - uznawszy katastrofalne konsekwencje "jedynej drogi postępu ludzkości" - zmieniamy zdanie i naszą politykę (sama zmiana zdania nie wystarczy). Co do działań politycznych - zależą od tylu obiektywnych (a tak naprawdę subiektywnych - korporacje itd.) czynników, że trudno sobie wyobrazić zmianę w najbliższej przyszłości. Mimo wszystko sprawą istotną dla nas jest aktywne wspieranie zmian w mentalności. Pamiętajmy o stwierdzeniu Adorna, za pomocą którego chciał odwrócić Heglowską doktrynę totalności. Nie: całość jest prawdą, lecz: totalność jest fałszem. Zamiast "totalności" możemy tu wstawić "Jedno".

Nie tylko jako obywatele-konsumenci "zamożnego" świata, ale także jako prości robotnicy w tym świecie jesteśmy mniej lub bardziej wciągnięci w mechanizm jedności. Jeśli chińscy chłopi albo amazońscy Indianie przestaną pragnąć samochodów czy lodówek, stracimy pracę. Dlaczego zatem powinniśmy popierać odnowę innych kultur i stylów życia? Na szczęście - czy nieszczęście - tracimy pracę także (albo przede wszystkim) za sprawą unifikacji świata pod sztandarem rynku. Pod wpływem wszechmocnego imperatywu redukcji kosztów sporą część zachodniej produkcji przenosi się do krajów na Wschodzie czy generalnie tam, gdzie koszt ludzkiej pracy jest mniejszy.

Można by dalej wymieniać negatywne konsekwencje obecnego procesu globalizacji. Notabene socjologowie i ekonomiści obliczyli, że w ciągu ostatnich 10-15 lat - tzn. od momentu, gdy proces globalizacji zyskał zasięg ogólnoświatowy - ubodzy stali się ubożsi, a bogaci bogatsi i to nie tylko na poziomie międzynarodowym, ale też w obrębie bogatego świata uprzemysłowionego. Optymiści twierdzą, że to "tylko" kwestia względnego dystansu - że, innymi słowy, także sytuacja biednych uległa poprawie, ale czują się biedniejsi ze względu na coraz większą różnicę względem bogatych, którzy są coraz bogatsi. I co z tego? Czy istnieje obiektywny, naturalny standard ubóstwa?

Jednak przewrotne skutki jedności - jako ideału i jako sposobu działania politycznego - wychodzą na jaw nie tylko w przypadku ekonomii i środowiska naturalnego (w perspektywie zarysowanej np. w cytowanym raporcie Pentagonu). W najbardziej wyraźny i dramatyczny sposób uwidaczniają się one, gdy w grę wchodzi konkretna kwestia wojny i pokoju. Dziś bardziej niż kiedykolwiek wojnę uzasadnia się "humanitarnymi" motywami. Przy całej antypatii dla Carla Schmitta musimy wyznać, że jego doktryna oparta na dychotomii przyjaciel-wróg jest znacznie łatwiejsza do akceptacji i bardziej ludzka od współczesnej idei obrony praw człowieka (tam, gdzie tylko mogłyby one zostać pogwałcone) nawet za cenę wyprzedzającego uderzenia zbrojnego. Rozważana krytycznie idea wojny w imię praw człowieka jest perwersyjną wariacją na temat pojęcia jedności. Istnieje tylko jeden rozum ludzki, a ponieważ uważamy, że jest on naszym rozumem (Gott mit uns!), mamy prawo interweniować wszędzie tam, gdzie - naszym zdaniem - jego prawa zostały pogwałcone. Proszę zwrócić uwagę, jak wielu pojęć w retoryce politycznej i medialnej zaczęto ostatnio używać w liczbie pojedynczej: przede wszystkim "terroryzm" - wszelkie rodzaje oporu podpadają właśnie pod to pojęcie.

Jego odmianą, która pojawiła się niedawno, jest "nihilizm", używany często przez André Glucksmanna w jego opętańczym pamflecie "Ouest contre Ouest" ("Zachód przeciw Zachodowi"). Koniec końców, nawet filozofowie - tacy jak Rorty czy ja - którym bliska jest idea, że metafizyczny fundacjonizm należałoby porzucić na rzecz bardziej liberalnej, nieautorytarnej koncepcji bytu i prawdy, mogą stać się celem "wyprzedzającego uderzenia" - cenzury albo czegoś jeszcze gorszego. Faszyzm, oczywiście, nigdy nie był nihilistyczny. Dotychczas niebezpieczeństwo faszyzmu należało do najbardziej odległych. Proszę jednak zauważyć, co dzieje się z wolnością obywatelską nie tylko w USA, ale w całym zachodnim świecie, gdzie wojna z terroryzmem staje się uzasadnieniem dla wzmożonej kontroli na wszystkich obszarach życia publicznego i prywatnego.

Poza tym faktem jest, że wysiłki zapewnienia pokoju i bezpieczeństwa poprzez użycie siły spełzły na niczym. Można by sądzić, iż dzieje się tak tylko dlatego, że supermocarstwo nie chce użyć całej swojej broni. Ale dzieje się tak również dlatego, że po prostu nie może jej użyć. Nie chodzi tylko o to, że atomowe uderzenie byłoby początkiem ogólnego zniszczenia - problem w tym, że jeszcze dalej posunięty ekstremizm w użyciu siły utrudniłby kontrolę nad światem konsumentów, wyborców i widzów, który jest jedyną sferą, jaką supermocarstwa pragną kontrolować. A zatem mit jedności - jednego świata podporządkowanego powszechnie uznawanej władzy - pozostaje mitem w tym sensie, że nie można go całkowicie urzeczywistnić. Jak wiele mitów pełni on funkcję ideologicznego uzasadnienia wojny i różnego typu ograniczeń wolności w naszych społeczeństwach.

Można na to odpowiedzieć, że terroryzm jest mimo wszystko twardą rzeczywistością i nie da się go zwalczyć poprzez zmianę naszej idei jedności jako wartości najwyższej. Oczywiście. Ale ponieważ - jak widzimy dziś - z pewnością nie został pokonany środkami wojennymi, powinniśmy zgodzić się co do tego, że polityka musi pójść inną drogą. "Seinlassen" było innym ulubionym terminem w filozofii Heideggera, którą przywoływałem wcześniej. Rzecz jasna, nie chcę tu bronić nieszczęśliwej i niemożliwej do zaakceptowania decyzji o wyborze nazizmu, którą Heidegger podjął w latach 30. Jednak idea, że naszym zadaniem jest nie tyle produkowanie, wytwarzanie czy aktywna kreacja czegoś, ile raczej "pozwalanie być" rzeczom, ludzkim istotom i kulturom (światom), wydaje mi się właściwa w naszym obecnym położeniu. Nie jestem pewien, w jakim stopniu można to zastosować do sytuacji w Iraku - tak, by na przykład wezwać do ogólnego wycofania wojsk okupacyjnych z tego regionu. W każdym razie trudno sobie wyobrazić większy bezład i brak bezpieczeństwa niż ten, z którym mamy teraz do czynienia.

Około 20 (albo więcej) lat temu młody francusko-amerykański filozof Reiner Schurman opublikował ważną i sugestywną książkę o Heideggerze "Le principe d'anarchie" ("Zasada anarchii"). Pojęcie anarchii było tam używane niemal wyłącznie w jego etymologicznym sensie - pozbycia się archaicznych zasad, autorytetów itd. Wśród nowych faktów, których nie dane było dostrzec Reinerowi, jest prawdopodobnie i ten, że etymologiczne i "potoczne" znaczenie tego terminu coraz bardziej utożsamiają się ze sobą. Emancypacja, uwolnienie od nieautentyczności, osiągnięcie możliwości "dobrego życia" w coraz większym stopniu zależy od zanegowania władzy Jednego. O ile marksistowscy intelektualiści poprzedniego stulecia stawali po stronie wojen wyzwoleńczych w Trzecim Świecie, bo wierzyli, że proletariusze mają słuszny pogląd na historię (żadnych interesów do obrony, żadnych ideologicznych zasłon...), o tyle dzisiejsi (demokratyczni) intelektualiści nie mają już owej naiwnej wiary w proletariacką "Gattungswesen"; po prostu sympatyzują z każdym - lub prawie każdym - rodzajem buntu przeciw jedynemu porządkowi, są bowiem przekonani, iż jedność to zawsze maska władzy, a wolność - jeśli jest możliwa - zależy od wielości. Wielość stanowi też - widać to coraz wyraźniej - jedyną możliwość przetrwania rodzaju ludzkiego w całej jego różnorodności. Nawet jeśli zgodzimy się ze św. Augustynem, że "pax est tranquilitas ordinis", nie powinniśmy nigdy zapominać, iż ład zakłada wielość zachowującą wewnętrzne zróżnicowanie, czasem także wewnętrzne konflikty - i jest jedynie próbą ustanowienia zbioru zasad po to, by uniknąć przemocy. Niezupełnie tak wygląda imperialna sytuacja, w którą zostaliśmy niedawno uwikłani i z której coraz trudniej się wyplątać.

p

(ur. 1936) - najbardziej znany obecnie na świecie filozof włoski i jeden z najważniejszych przedstawicieli filozoficznego postmodernizmu. Studiował m.in. w Heidelbergu u Karla Löwitha i Hansa-Georga Gadamera. Profesor uniwersytetu w Turynie oraz gościnnie kilku uniwersytetów amerykańskich. Zajmuje się przede wszystkim estetyką i hermeneutyką. Pisał m.in. o Nietzschem ("Ipotesi su Nietzsche", 1967) i Heideggerze ("Introduzione ad Heidegger", 1971). Najbardziej znaną jego książką jest opublikowany w 1985 roku "La fine della modernita" ("Koniec nowoczesności"). Vattimo zajmował się też problemem religii - po polsku ukazał się zredagowany przez niego i J. Derridę zbiór tekstów na ten temat ("Religia - seminarium na Capri prowadzone przez Jacques'a Derridę i Gianniego Vattimo", KR, 1999). Ostatnio wydał wraz R. Rortym książkę "The Future of Religion" (2005).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj