Dzisiejszy Zachód (łącznie z nami) to miejsce niezwykłe. Współistnieją w nim na równych prawach dwie diagnozy społeczne, w zasadzie się wykluczające. Pierwsza, postępowa, mówi, że proces demokratyzacji, wyrównywania szans, likwidacji zamkniętych i oligarchicznych elit - jeszcze się nie zakończył. Demokratyczna rewolucja zapoczątkowana przez chrześcijaństwo i francuską rewolucję ugrzęzła, została zepchnięta na ślepy tor. Lud wciąż jest oszukiwany, nawet kiedy mówi się mu o jego podmiotowości. Druga diagnoza jest konserwatywna - od jej wyznawców dowiadujemy się, że rewolucja zwyciężyła już dawno, a prawdziwe elity (urodzenia czy wiedzy) zostały poddane władzy motłochu. Ci, którzy przetrwali, muszą się motłochowi przypodobać. Tak czy inaczej "sól ziemi utraciła swój smak".
Najciekawsi intelektualiści - jak choćby przesłuchiwany dziś przez "Europę" Frank Furedi - dokonują syntezy obu tych lamentów. Furedi wywodzi się z radykalnej lewicy i znajdziemy u niego wszystkie lewicowe motywy. Jest pochwała awansu społecznego i wiara pokładana w arywistach: "Ludzie mogą mieć dostęp do oligarchicznej edukacji, ale mimo to dążyć do jej zakwestionowania. Z takich przypadków wynikło wiele dobrych rzeczy".
Jednocześnie jednak ten akademicki socjolog i głośny publicysta rozumie, że zachodnia wizja postępu i społecznej równości bardziej ucierpiała w wyniku doświadczenia globalizacji niż od konserwatywnych czy postmodernistycznych krytyk. Społeczna różnica pomiędzy dziennikarzem "Liberation" a islamistą z przedmieść Karaczi jest o wiele bardziej radykalna niż studiowana przez Rorty'ego różnica pomiędzy progresywnym profesorem z wydziału nauk społecznych a konserwatywnym profesorem z wydziału literatury.
A prawdziwych różnic społecznych nie da się znieść jednym rewolucyjnym gestem. Można je co najwyżej łagodzić i/albo ukrywać. Rzecz w tym, że w globalizacji tych różnic ukryć się nie da.