Dziennik Gazeta Prawana logo

Elity blokują rozwój Rosji

5 listopada 2007, 12:07
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Zdaniem Lilii Szewcowej dzisiejsza Rosja obrała specyficznie rozumiany kurs tradycjonalistyczny - konserwuje elementy systemu sowieckiego i ożywia stare, jeszcze przedrewolucyjne rosyjskie nawyki. Prezydent Putin, mimo początkowego zapału dla modernizacji i "nadania Rosji nowego impulsu", powrócił do wzorów autokracji. "Realizowany przez niego model to jedynowładztwo elekcyjne, którego głównym celem jest przedłużanie w nieskończoność własnych rządów. Putin uważa, że Rosją należy rządzić twardą ręką i ściśle kontrolować to, co się w niej dzieje, bo inaczej wyłoni się z tego jakieś hałaśliwe, bezproduktywne targowisko. To nie jest spadek wyłącznie po Związku Radzieckim, gdyż przed rewolucją październikową władza była silnie scentralizowana - jedynowładztwo to rdzennie rosyjski model".

p

Na początku swoich rządów Putin szczerze myślał o nadaniu Rosji nowego impulsu. Pragnął nie tylko stworzyć silne państwo - chciał również, żeby społeczeństwo poczuło się mocne. Stąd jego przyzwolenie na reformy: rolną, administracyjną, kodeksu karnego, sądownictwa. Ale już pod koniec tamtej kadencji Putin nie wykonał żadnego ruchu modernizacyjnego. Ponadto reformy, które podjęto wcześniej - chociażby emerytalna czy administracyjna - zostały zablokowane. Począwszy od roku 2004 stało się jasne, że Putin wybrał inną taktykę: nie modernizacja, lecz zachowanie status quo. Realizowany przez niego model to jedynowładztwo elekcyjne, którego głównym celem jest przedłużanie w nieskończoność własnych rządów. Przesłanki tego, że sprawy przybiorą taki obrót, można było zauważyć już wcześniej. Centralizacja, silne państwo, prymat władzy nad społeczeństwem - dla Putina to były zawsze priorytety. Taka jest mentalność prezydenta. I dlatego dość łatwo zmienił paradygmat modernizacji na paradygmat stabilizacji - która okazała się stagnacją.

Być może po raz pierwszy w swoich dziejach elita rosyjska okazała się najbardziej archaicznym, konserwatywnym elementem społecznym. Jest to szczególnie widoczne w porównaniu z sytuacją, jaka miała miejsce na początku zeszłego stulecia. Elita rosyjska nie jest zainteresowana żadną zmianą, żadną innowacją. Chce wyłącznie zachowania własnego istnienia. Nie może lub nie chce zmiany projektu cywilizacyjnego - czyli przyjęcia takich reguł gry, jakie obowiązują w liberalnej demokracji. Rosyjska klasa polityczna pozornie naśladuje nowe, demokratyczne zachowania, lecz tak naprawdę wraca do tradycyjnych rosyjskich i częściowo sowieckich reguł gry, gdyż pozwalają one skutecznie strzec jej korporacyjnych interesów. W sytuacji, w której obowiązywałyby inne zasady polityczne - takie jak otwartość i konkurencja - ta elita nie mogłaby rządzić.

W Rosji około 30 proc. społeczeństwa chciałoby oddychać świeżym powietrzem. To ludzie, którzy stawiają wolność wyżej od interesów imperium. Mamy też 30 proc., które można określić jako "błoto" - ludzie ci gotowi są zaakceptować nowe reguły gry, ale targani wątpliwościami w końcu tego nie robią. I w konsekwencji skłaniają się ku tradycji. Jest wreszcie 25-30 proc. tradycjonalistów. Dla nich najważniejsze wartości to państwo, imperium, potęga światowa, mocarstwowość.

Podsumowując - kiedy klasa polityczna jest tradycjonalistyczna, to i większość ludności skłania się ku tradycjonalizmowi. Wystarczy jednak, że politycy zapalą zielone światło dla działań innowacyjnych, by do 30 proc. zwolenników modernizacji przyłączyło się 30 proc. "błota". Wszystko zależy od woli politycznej. Jeśli jej nie ma, to nie ma reform.

Tak. Związek Radziecki zakonserwował i kontynuował rosyjską tysiącletnią tradycję polityczną. Tradycja ta sprowadza się do jedynowładztwa odbierającego podmiotowość społeczeństwu, czyli do władzy skupionej całkowicie w rękach przywódcy. Kolejny wyróżnik to zależność pomiędzy władzą a własnością: w Rosji władza zawsze kontrolowała własność. I wreszcie ostatnia sprawa to mocarstwowość. Pojęcie mocarstwa oznacza państwo, które koniecznie musi oddziaływać na otaczający świat - oddziaływać za pomocą siły. Mentalność ukraińska jest bardzo podobna do rosyjskiej, lecz brakuje jej jednego: poczucia misji mocarstwowej. I to jest czynnik decydujący o tym, dlaczego Ukraina znacznie szybciej powędruje na Zachód aniżeli Rosja.

Idea ta jest domeną elity politycznej, ale już nie społeczeństwa. W sondażach 25 proc. ludności twierdzi, że Rosja może istnieć tylko jako mocarstwo. Jednak 75 proc. deklaruje, że chce po prostu normalnego życia.

Władza radziecka zakonserwowała imperium rosyjskie w nowej formie, a jednocześnie umożliwiła ekonomiczną modernizację. Może zabrzmi to paradoksalnie, ale dzięki systemowi sowieckiemu Rosja rozwiązała problemy społeczeństwa przemysłowego. Realny komunizm przygotował społeczeństwo do tego, by odrzuciło tradycjonalizm i podjęło wyzwania postindustrialne. I mimo że zostało zachowane jedynowładztwo, jest to już kraj modernizujący się pod względem ekonomicznym - kraj uprzemysłowiony.

Być może upraszczam problem, ale wydaje mi się, że za czasów Putina mamy po raz pierwszy do czynienia z prezydenturą odideologizowaną. Za czasów Gorbaczowa podejmowano próby modyfikacji doktryny socjalistycznej. Za czasów Jelcyna usiłowano realizować w Rosji ideologię liberalno-demokratyczną, chociaż głównie w warstwie sloganów (tak naprawdę ekipa Jelcyna nie pojmowała istoty liberalnej demokracji). Świadczyły o tym zwłaszcza działania na arenie międzynarodowej, np. w okresie gdy ministrem spraw zagranicznych był Andriej Kozyriew. Później Jelcyn zaczął odideologizowywać swoje działania w imię zachowania władzy i porządku. Za Putina ideologia jest całkowicie nieobecna - jako przykrywka służy pewien koktajl idei, pewna hybryda. To jest imitacja wszelkich możliwych prądów ideologicznych. Zwracając się ku modernizatorom, Putin rzuca hasła liberalno-demokratyczne, ku ksenofobom - szowinistyczne, ku zwolennikom odrodzenia rosyjskiego imperium - mocarstwowe. Cały ten koktajl wykorzystuje się dla zachowania status quo, dla zabezpieczenia interesów klasy rządzącej, dla zmylenia społeczeństwa.

Jeszcze jeden przykład: jak określić ideologię państwa, które z jednej strony przewodniczy obradom G-8, wysuwa hasła w duchu zachodnim - szczególnie hasło międzynarodowego partnerstwa - i podkreśla, że przestrzega standardów demokratycznych, a z drugiej strony eliminuje ze swojego terytorium wpływy zachodnie, czyni z Zachodu najważniejszego wroga? To widać we wszystkich programach telewizyjnych: mamy być przyjacielem i wrogiem Zachodu jednocześnie.

Takich osób jak Panarin jest dużo więcej. Dążą one do wykazania specyfiki Rosji, tego że nie należy ona ani do Wschodu, ani do Zachodu. To prawda - Rosja nie należy ani do Wschodu, ani do Zachodu. Tyle że ona nie jest również czymś innym... Po prostu brak jej własnej specyfiki. Historycznie trwa w zawieszeniu - zakończyła poprzedni projekt, nie chce już być sowiecka, ale i nie jest gotowa, żeby stać się liberalno-demokratyczna. A innego projektu cywilizacyjnego niż liberalno-demokratyczny w świecie nie ma. Dlatego mimo pozornego bogactwa koncepcje w stylu Panarina są jedynie ideologicznymi zasłonami dymnymi. Przesłaniają brak jakiejkolwiek strategii oraz dążenie do tego, by zastygnąć między przeszłością a przyszłością.

Nie zgadzam się. Chiny pozostają alternatywą dla Zachodu tylko w tym sensie, że są krajem komunistycznym. Podstawowe zasady komunizmu nie zostały tam odrzucone. Jedynym wyjątkiem jest to, że Chiny włączyły do swojego systemu własność prywatną. Może za kilkadziesiąt lat przywódcy chińscy dojdą do podobnych wniosków, do jakich doszedł w końcu Gorbaczow: komunizmu nie sposób realizować, uzupełniając go o obce mu elementy, jego trzeba się pozbyć. Ale na razie Rosja to zupełnie inny przypadek, ponieważ z komunizmem już się rozstała. Dlatego Rosji jest znacznie trudniej. Poszukiwanie przez nią tożsamości odbywa się w mękach. Jednak być może dzięki temu, że Rosja odrzuciła jako cel swojego trwania i rozwoju komunizm, szybciej dojdzie do liberalnej demokracji niż Chiny.

To oczywiste, że przeszłość takich polityków jak Putin wpływa na ich stosunek do władzy i do społeczeństwa. Oni nie wierzą, że społeczeństwo jest gotowe do demokracji. Putin uważa, że Rosją należy rządzić twardą ręką i ściśle kontrolować to, co się w niej dzieje, bo inaczej wyłoni się jakieś hałaśliwe, bezproduktywne targowisko. To nie jest spadek wyłącznie po Związku Radzieckim, gdyż przed rewolucją październikową władza była silnie scentralizowana - jedynowładztwo to rdzennie rosyjski model. Dlatego w tym kontekście nie używam terminu "sowietyzm", lecz "tradycjonalizm". Nie odnajduję też u Putina wpływów komunizmu jako ideologii. Mógł on w końcu współpracować z merem Sankt Petersburga Anatolijem Sobczakiem, akceptując jego antykomunistyczne decyzje. Może to wynikać właśnie z dystansu, jaki dzieli Putina od wszelkich ideologii. A' propos agenturalnej przeszłości prezydenta muszę też powiedzieć, że znam osoby, które mają podobne życiorysy i nie przeszkadza im to dzisiaj w wyznawaniu poglądów liberalnych. Tak więc nie przesadzałabym z tym cieniem przeszłości.

W stosunku Rosji do Hamasu nie dostrzegam żadnych przejawów komunistycznego internacjonalizmu. Widzę absolutnie zwyczajne, charakterystyczne dla rosyjskiej tradycji politycznej pojmowanie mocarstwowości. Putin próbuje reanimować starą doktrynę geopolityczną zakładającą udział Rosji w światowej grze. W tej grze Rosja usiłuje się odrodzić jako wielkie mocarstwo przede wszystkim w oparciu o zasoby energetyczne - co przysporzyło elicie rosyjskiej ogromnie dużo pewności siebie, arogancji, poczucia wyższości. Obawiam się, że skutki tego będą opłakane. Już teraz z powodu polityki bliskowschodniej Putina stosunki Rosji z USA, a nawet i z Europą są nadszarpnięte. Zresztą prezydent to widzi - zaczyna zachowywać się wyczekująco, a nawet odchodzić od wcześniejszych deklaracji. Przywódcy Hamasu przybyli z wizytą do Moskwy, ale Putin się z nimi nie spotkał, chociaż im to poprzednio obiecał.

To jest polityka podwójnych standardów. Kontakty Rosji z jawnie terrorystyczną organizacją, jaką jest Hamas, uchodzą za dopuszczalne w przeciwieństwie do prób nawiązywania przez Zachód kontaktów z politykami czeczeńskimi, którzy terrorystami nie są - mam tu na myśli nieżyjącego już Asłana Maschadowa czy mieszkającego w Anglii Ahmeda Zakajewa. Ale warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Putin wykorzystuje Autonomię Palestyńską i Iran do wewnętrznej rozgrywki. Chce zademonstrować swojemu społeczeństwu siłę Kremla i jego samodzielność wobec Zachodu, a więc zamanifestować swoisty antyokcydentalizm. Jednocześnie prezydent nie chce, żeby jego polityka bliskowschodnia stała się przyczyną zamrożenia stosunków z Zachodem. Przecież w sprawach zagranicznych jest on znacznie bardziej giętki niż w wewnętrznych. I w zasadzie pozostaje przywódcą prozachodnim. Jego antyokcydentalizm skierowany jest do rosyjskiego społeczeństwa. A w relacjach z samym Zachodem będzie on zawsze prowadził politykę dość elastyczną.

Elita przyjmuje zachodni model życia, a jednocześnie próbuje głosić antyokcydentalizm, nacjonalizm i ksenofobię. To jest sytuacja niezdrowa, pełna sprzeczności, konfliktogenna. I może się skończyć konfliktem między elitą, która funkcjonuje jak burżuazja kompradorska, a upośledzonymi masami ludności. Może dojść do upadku obecnej władzy. Generalnie sytuacja zarówno polityczna, jak i społeczna jest bardzo niestabilna. Status quo, które próbuje zachować reżim, to zamki na piasku. Elita, która posyła swoje dzieci do zachodnich szkół, a pieniądze lokuje na kontach zachodnich banków, próbuje utrzymać swoje pozycje w Moskwie, uprawiając propagandę nacjonalistyczną. Ale zawsze przychodzi taka chwila, kiedy nad nacjonalizmem nie można zapanować. Przecież to establishment stworzył partię "Rodina", która przekształciła się w organizację ksenofobiczną. I teraz nie chce pozwolić na udział tego ugrupowania w wyborach. Tymczasem "Rodina" zyskała wielu członków i zwolenników. I mamy problem, jak tego dżina z powrotem wtłoczyć do butelki. Wszystkie ostatnie sondaże opinii publicznej w Rosji pokazują, że społeczeństwo rosyjskie nie jest tak nacjonalistyczne i ksenofobiczne, jak wielu sobie wyobraża. Mimo że codziennie w programach telewizji rosyjskiej komentatorzy prezentują antyamerykański punkt widzenia, sondaże wykazują, że w latach 90. 68 proc. ludności odnosiło się życzliwie do USA. W tej chwili postawę taką wykazuje 57 proc., natomiast 73 proc. wyraża bardzo pozytywny stosunek do Unii Europejskiej. Czy taki kraj można nazwać ksenofobicznym? Obserwujemy co prawda bardzo dużo wystąpień o charakterze nacjonalistycznym czy ksenofobicznym wśród młodzieży. Ogółem 18-20 proc. ludności ulega tego typu nastrojom. Przecież głosy tych ludzi nigdy nie zdołają wynieść Władimira Żyrinowskiego na urząd prezydenta. Ludność Rosji głosowała na Jelcyna, potem na Putina - zawsze na polityków bądź co bądź prozachodnich. A cały problem polega na tym, że elita prozachodnia pragmatycznie wykorzystuje nacjonalizm. Chce, żeby społeczeństwo postrzegało ją jako strażnika interesów narodowych, a jednocześnie - paradoksalnie - uznawało za przewodnika w drodze na Zachód. W Rosji także obecny jest strach przed globalizacją wywołany istnieniem organizacji ponadnarodowych, takich jak ONZ, Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy itd. Elity mają skłonność do posługiwania się pojęciem suwerenności typowym dla XIX i XX wieku. Jednak - co ciekawe - próbując konsolidować kraj w oparciu o nie, same ograniczają suwerenność Rosji. Dążymy na przykład do tego, by nasz kraj stał się potęgą energetyczną. W tym celu nieustannie pożyczamy pieniądze na rozmaite inwestycje i stajemy się w coraz większym stopniu dłużnikiem Zachodu. Krótko mówiąc - na użytek wewnętrzny elita rosyjska akcentuje pojęcie suwerenności. Ale jednocześnie coraz bardziej popada w uzależnienie od zachodnich funduszy, zachodnich technologii, zachodniego doświadczenia, wreszcie zachodnich wpływów. Na poziomie retoryki formułuje radykalne hasła, a w praktyce zaprasza Gerharda Schrödera, by został prezesem filii Gazpromu - co oznacza uznanie globalizacyjnych zależności. Jest w tym dużo mimikry, przystosowania się, cynizmu. W polityce neokonserwatystów są pewne elementy wilsonizmu, czyli dążenia do rozprzestrzenienia demokracji w całym świecie. Ale akcent kładą oni na hard power, na dominację interesów USA. I w rezultacie zapominają często o zasadniczym celu, jakim jest demokracja. Pod pewnymi względami politycy rosyjscy są do nich podobni. Dostrzegając zależność świata od rosyjskich zasobów energetycznych, nabrali pewności siebie i też zaczęli grać jak maksymaliści. Wykorzystują przemoc do realizacji swoich interesów. Z tą różnicą, że politycy rosyjscy nie lansują demokracji. Np. wspierając Islama Karimowa w Uzbekistanie, nie stymulują procesów demokratycznych w tym kraju, lecz stabilizację. Ale metody mają podobne do swoich amerykańskich kolegów. Wszystko burzą i psują. A w efekcie przegrywają. W wyniku "neokonserwatywnej" wojny gazowej z Ukrainą uzyskali równie opłakane efekty, co Amerykanie w rezultacie inwazji na Irak.
Wzorce zachodnie nie przystają do rosyjskiej sceny politycznej z jednego powodu: na Zachodzie funkcjonuje liberalna demokracja. Tymczasem w Rosji panuje biurokratyczny autorytaryzm z elementami kapitalizmu państwowego, to znaczy zupełnie inny ustrój niż na Zachodzie. Tak więc podział lewica-prawica w przypadku Rosji nie ma większego sensu. Kluczowy dla pojmowania rosyjskiej sceny politycznej jest stosunek pomiędzy tradycjonalistami, a więc tymi, którzy są za koncentracją władzy w jednym ręku, i modernizatorami, czyli tymi, którzy chcą rozproszenia tej władzy i pragną zbudować wolny kraj, wolne społeczeństwo. Choć i to rozróżnienie okazuje się dość złożone - wśród tradycjonalistów można znaleźć i komunistów, i nacjonalistów, i antykomunistów. Również wśród modernizatorów mamy zwolenników bardzo odmiennych projektów innowacyjnych. Tradycjonaliści bardzo wyraźnie demonstrują swoją chęć zwiększenia znaczenia Kościoła prawosławnego. Widać to w przypadku samej góry, czyli ekipy rządzącej. Stwarza się wrażenie, że osobista przynależność Putina do Kościoła - prezydent jest rzeczywiście człowiekiem wierzącym - dała prawosławiu możliwość aspirowania do roli religii państwowej, nie bacząc na to, że według konstytucji mamy rozdział państwa i instytucji religijnych. Jednak mimo że klasa polityczna demonstruje swoją religijność i stara się z Kościoła uczynić głównego arbitra moralności w polityce, pozycja Kościoła prawosławnego wśród ludności rosyjskiej nieustannie słabnie. Pojawiają się liczne sekty, poza tym inne wyznania chrześcijańskie: katolicyzm, rozmaite odmiany protestantyzmu. Są one znacznie bardziej dynamiczne i mobilne w próbach oddziaływania na młodzież i na te warstwy społeczeństwa, które szukają pocieszenia w religii.
Nie dostrzegam takiej jednoznacznej zależności pomiędzy oddziaływaniem katolicyzmu a demokratyzacją nastrojów społecznych. Katolicyzm nie pomógł przemianom demokratycznym w Polsce czy w krajach Ameryki Łacińskiej. Za to w Ameryce Łacińskiej katolicyzm wielokrotnie stawał na przeszkodzie procesom demokratyzacyjnym. A jednak w tym, co pan wcześniej powiedział, jest sporo racji. Dlatego że im więcej będzie w Rosji propozycji religijnych niezależnych od państwa, tym większa okaże się gotowość społeczeństwa do przyjęcia pluralizmu. Chodzi tu nie tyle o demokrację, co raczej o możliwość współistnienia rozmaitych poglądów. To będzie popychać Rosjan ku otwartości, ku przeformułowaniu utrwalonych społecznie przekonań. Kościół prawosławny nie potrafił stać się innowacyjny. On wciąż pozostaje państwowy i wzmacnia tradycyjne cechy narodu rosyjskiego. Prawosławie jest więc religią regresu.

p

* - politolog, doktor nauk historycznych, wiceprzewodnicząca Programu Instytucji Politycznych w Moskiewskim Centrum Carnegie, współpracownik rosyjskich, brytyjskich i amerykańskich ośrodków badawczych. Autorka takich książek jak: "Postkommunisticzeskaja Rossija: łogika rozwitija i pierspiektiwy" (1995), "Politiczeskije zigzaki postkommunisticzeskoj Rossiji" (1997), "Yeltsin's Russia: Challenges and Constraints" (1997), "Putin's Russia" (2003, wyd. uzupełnione 2005).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj