Dziennik Gazeta Prawana logo

Fiasko polityki bezklasowej

5 listopada 2007, 12:07
Ten tekst przeczytasz w 27 minut

Shalom Lappin, obserwując lewą stronę sceny politycznej w Europie i Ameryce, dostrzega na niej dziwaczne sojusze i paradoksalne zachowania. Antyglobalistyczni radykałowie zawierają przymierze z islamskimi fundamentalistami, których cel stanowi budowa "totalitarnych teokracji" nawiązujących do średniowiecznych wzorów. I nie jest to bynajmniej małżeństwo z rozsądku, chwilowa koalicja, w której islamiści są narzędziem realizacji lewicowego programu społecznego. Przeciwnie - "wielu lewicowych uczestników tego sojuszu stało się w gruncie rzeczy rzecznikami islamistycznego programu. Porzucili związkowców, obrońców praw człowieka, demokratów i feministki w krajach islamskich i swoich własnych, by nie zrażać do siebie dżihadystów". Lewicowe, liberalne gazety starają się usprawiedliwiać islamskich terrorystów, przywołując niegdysiejsze antykolonialne hasła.

p

Ostatnie przeobrażenia na europejskiej i amerykańskiej scenie politycznej zaowocowały dwoma paradoksami. Po pierwsze, resztki radykalnej lewicy zawarły sojusz z ekstremistycznymi islamskimi ruchami politycznymi, które pragną ustanowić państwa wyznaniowe w Azji i Afryce jako punkt wyjścia do stworzenia ogólnoświatowego kalifatu. W Europie sympatię dla tych ruchów wyraża również wcale znacząca część liberalnej lewicy. Po drugie, w Stanach Zjednoczonych robotnicy konsekwentnie i świadomie głosują wbrew swoim interesom klasowym, popierając konserwatywnych polityków republikańskich, których plutokratyczną politykę gospodarczą odrzucają. Chociaż zjawiska te wydają się całkowicie odrębne, gdy przyjrzymy się ich historycznemu kontekstowi, dostrzeżemy istniejący między nimi związek.

Lewicowa scena polityczna, zwłaszcza w zachodniej Europie, przedstawia dziś dziwny i sprzeczny z oczekiwaniami obraz. Na czele brytyjskiej Koalicji Stop Wojnie stoi sojusz trockistowskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (SWP) i Stowarzyszenia Brytyjskich Muzułmanów (MAB), organizacji islamistycznej ściśle współpracującej z Bractwem Muzułmańskim. George Galloway, usunięty z Partii Pracy za nakłanianie żołnierzy brytyjskich w Iraku do niesubordynacji, założył Respect Party. Jest to koalicja wyborcza SWP i MAB, z ramienia której Galloway w maju 2005 roku uzyskał mandat poselski, startując w okręgu Bethnal Green na terenie londyńskiej dzielnicy imigranckiej East End. Galloway regularnie występuje w islamistycznych i arabskich stacjach telewizyjnych, wysławiając pod niebiosa sunnickich powstańców w Iraku i wzywając świat arabski do walki z amerykańskimi, brytyjskimi i izraelskimi okupantami.

Burmistrz Londynu Ken Livingstone stosuje podobną strategię, flirtując z MAB i z otwartymi ramionami witając Jusufa al-Karadawiego, wpływowego duchownego popierającego Bractwo Muzułmańskie, który został wydalony z Egiptu za ekstremistyczną działalność polityczną (teraz mieszka w Katarze).

Al-Karadawi popiera palestyńskie ataki samobójcze, uzasadniając to stwierdzeniem, że nie widzi różnicy między izraelskimi żołnierzami i cywilami. Nawołuje do wprowadzenia szariatu na całym Bliskim Wschodzie, a docelowo do stworzenia powszechnego państwa islamskiego. Promuje homofobię i podporządkowanie kobiet mężczyznom. Po lipcowych zamachach w Londynie w umiarkowanie postępowych dziennikach takich jak "Guardian" czy "Independent", jak również w całym szeregu programów informacyjnych i publicystycznych BBC bezustannie usprawiedliwiano i ugłaskiwano zamachowców. Komentatorzy uznali "muzułmański gniew" wywołany przez zachodnią agresję w Iraku i Afganistanie, udział Zachodu w konflikcie izraelsko-palestyńskim oraz marginalizację muzułmańskiej młodzieży w brytyjskich miastach za "przyczynę leżącą u podstaw" zamachów. Z całą powagą twierdzili, że jedynym skutecznym sposobem powstrzymania terroryzmu jest rozwiązanie tych problemów. Rozmaite warianty tej koalicji zawartej przez dominującą część lewicy z ekstremistycznymi ugrupowaniami islamskimi funkcjonują pod szyldem ruchu antywojennego i antyglobalistycznego na terenie całej Europy Zachodniej.

Kuszące jest potraktowanie sojuszu ludzi podających się za świeckich socjalistów z religijnymi ekstremistami dążącymi do realizacji totalitarnej wizji teokratycznej jako tymczasowego małżeństwa z rozsądku, opartego na wspólnej opozycji wobec zachodniego imperializmu. Wyjaśnienie to jest w pewnym stopniu słuszne, ale pomija fakt, że zamiast wykorzystywać islamskich ekstremistów do realizacji postępowej polityki, wielu lewicowych uczestników tego sojuszu stało się w gruncie rzeczy rzecznikami islamistycznego programu. Porzucili związkowców, obrońców praw człowieka, demokratów i feministki w krajach islamskich i swoich własnych, by nie zrażać do siebie dżihadystów. Dla tego odłamu lewicy jej swoiście pojmowany antyimperializm nie tyle spycha postępowy program polityczny na dalszy plan, ile całkowicie go zastępuje. Antykolonializm i antyimperializm na tyle wyczerpały już swoją treść, że może dojść do ich fuzji i przejęcia przez islamistycznych dżihadystów, którzy podają się za reprezentantów ubogich mieszkańców Trzeciego Świata jęczących pod jarzmem Zachodu.

Korzenie tego zjawiska tkwią głęboko w historii marksistowskiej lewicy. Sam Marks nie interesował się szczególnie kolonializmem. W trzech tomach "Kapitału" poświęca mu jedynie krótki, dziesięciostronicowy rozdział na końcu tomu pierwszego. W rozdziale tym polemizuje z E.G. Wakefieldem w kwestii przekształcania się (na terenie kolonii) warstwy robotników najemnych w warstwę niezależnych wytwórców, co utrudnia eksport kapitalizmu z kraju macierzystego do kolonii. W żadnym miejscu nie wspomina o wywłaszczaniu ludności tubylczej przez kolonialną władzę.

W swoich artykułach dla "New York Daily Tribune" o rządach Brytyjczyków w Indiach Marks charakteryzuje kolonializm jako co prawda brutalny i ukierunkowany na realizację własnych interesów, ale zarazem postępowy w swoich skutkach ekonomicznych i społecznych. W artykule z 25 czerwca 1853 roku, poświęconym rozkładowi tradycyjnego modelu życia na indyjskiej wsi, pisze: "Te drobne stereotypowe formy organizmu społecznego przeważnie się rozpadły i znikają z powierzchni Indii nie tyle wskutek brutalnej ingerencji brytyjskiego poborcy podatkowego i brytyjskiego żołnierza, ile dzięki działalności angielskich maszyn parowych i angielskiego wolnego handlu. (...) Jakkolwiek uczucie ludzkie wzdryga się na widok zniszczenia i rozkładu dziesiątków tysięcy pracowitych, patriarchalnych i pokojowych organizacji społecznych, rzuconych w morze nieszczęść, na widok ich członków pozbawionych jednocześnie swej starej formy cywilizacyjnej i dziedzicznych środków utrzymania - nie wolno nam jednak zapominać, że te idylliczne wspólnoty wiejskie mimo swej pozornej niewinności były zawsze silną podstawą wschodniego despotyzmu, że zamykały one umysł ludzki w możliwie najwęższych granicach, czyniąc zeń powolne narzędzie przesądu, czyniąc zeń uległego niewolnika tradycyjnych zasad, pozbawiając go wszelkiej wielkości i historycznej aktywności. Nie wolno nam zapominać o egoizmie barbarzyńców, którzy przylgnąwszy do nędznego skrawka ziemi spokojnie patrzyli na upadek całych imperiów, na niesłychane okrucieństwa, masakry ludności w wielkich miastach - spokojnie patrzyli na to wszystko, nie udzielając temu większej uwagi niż zjawisku przyrody, sami stając się bezbronnym łupem każdego napastnika, który zaszczycił ich w ogóle swoją uwagą. Nie wolno nam zapominać, że ta niegodna człowieka wegetacja, ta pasywna forma bytowania wywoływała z drugiej strony jako reakcję dzikie, ślepe, nieposkromione siły zniszczenia i uczyniła w Hindustanie nawet z mordu - rytuał religijny. Nie wolno nam zapominać, że te małe wspólnoty rozdarte były podziałem na kasty i niewolnictwem, że oddawały one człowieka w jarzmo zewnętrznych okoliczności zamiast go wynieść do roli władcy tych okoliczności, że przekształciły one rozwijający się samorzutnie ustrój społeczny w niewzruszone prawo natury i w ten sposób doszły do zwierzęco-prymitywnego kultu przyrody, którego upodlenie znalazło swój wyraz w tym, że człowiek, władca przyrody, padał pobożnie na kolana przed małpą Hanuman i krową Sabala.

Co prawda, wywołując przewrót socjalny w Hindustanie Anglia powodowała się jedynie najbardziej niskim egoizmem, sposób zaś, w jaki realizowała swoje interesy, był nad wyraz bezmyślny. Lecz nie o to w tej chwili chodzi. Zagadnienie sprowadza się do tego, czy ludzkość może spełnić swą misję bez radykalnej rewolucji w stosunkach społecznych w Azji. Jeśli nie, to nie zważając na swe największe nawet zbrodnie, Anglia była nieświadomym narzędziem historii w dokonaniu tej rewolucji" [cyt. za: K. Marks, "Brytyjskie panowanie w Indiach", wyd. KiW 1949 - przyp. red.].

Dla Marksa kolonializm był zatem nieprzyjemnym, ale ślepym instrumentem rozwoju historycznego, który zniszczył opresyjne formy funkcjonujące w społeczeństwach uważanych przez niego za prymitywne. Kolonializm stworzył podstawy ekonomiczne do uzyskania przez te kraje niepodległości dzięki rewolucji socjalistycznej. W tym sensie był czynnikiem kapitalistycznej industrializacji świata niezachodniego. W świetle tego poglądu uprawnione jest przypuszczenie, że Marks nie byłby zachwycony, gdyby wiedział, że ludzie podający się za jego politycznych spadkobierców przyłączą się do kampanii mającej na celu stworzenie reakcyjnego, antyzachodniego porządku społecznego, którego upadek uznał za najważniejsze osiągnięcie kolonializmu. Jak do tego doszliśmy?

Marks miał - jak wiadomo - wizję rewolucji robotniczej w rozwiniętych krajach uprzemysłowionych zachodniej Europy, ale błędnie ocenił zdolności adaptacyjne tych społeczeństw w obszarze zmian społecznych. Rewolucja komunistyczna wybuchła w Rosji, a potem w Chinach, czyli krajach słabiej rozwiniętych gospodarczo. Tamtejsze ustroje w znacznym stopniu opierały się na warstwie chłopskiej, ponieważ nie istniała w tych krajach liczna i dobrze zorganizowana przemysłowa klasa robotnicza. W pierwszej połowie XX wieku komunistyczna lewica w Europie Zachodniej i Ameryce chciała wykorzystać zorganizowany ruch pracowniczy jako narzędzie rewolucji, ale poniosła porażkę.

W czasach zimnej wojny ideologia rewolucyjna w dużym stopniu przeniosła się do ruchów antykolonialnych w Trzecim Świecie. W tych właśnie postkolonialnych krajach Związek Radziecki i Chiny dążyły do stworzenia dla siebie bazy poparcia w konfliktach z Zachodem. Radykalna zachodnia lewica stopniowo doszła do wniosku, że rewolucja w ich krajach jest niemożliwa, skutkiem czego ruchy antykolonialne w Trzecim Świecie zastąpiły proletariat przemysłowy w roli głównego motoru zmian dziejowych. Zachodnia lewica przydzieliła Trzeciemu Światu tę samą zasadniczo "postępową" funkcję, którą Marks przypisywał klasie robotniczej, przy czym w roli kapitalistycznej burżuazji występował teraz cały świat zachodni. Znaczna część radykalnej lewicy odeszła od polityki konfliktu klasowego w obrębie jednego społeczeństwa i napisała globalny moralitet, w którym dialektyka sił postępu i reakcji przeradza się w rywalizację między kulturami i regionami geopolitycznymi. Kultura i tożsamość zastąpiły klasę robotniczą jako oś programu politycznego.

Marksistowscy teoretycy przenieśli się z wydziałów politologii i ekonomii na studia kulturoznawcze, gdzie wykuwają narzędzia postmodernistycznej, postkolonialnej krytyki. Założenia tej szkoły myślenia stanowią antytezę XIX-wiecznych europejskich pojęć nowoczesności i postępu społecznego, w które tak gorąco wierzył Marks.

Programowi temu można było nadać postępową otoczkę - głosząc puste hasła o wierności socjalistycznym zasadom - w okresie, gdy ruchy antykolonialne miały świecki i narodowy charakter. Po upadku Związku Radzieckiego, przekształceniu się Chin w dynamiczną gospodarkę rynkową i rozkładzie świeckich ruchów narodowych w Afryce i Azji, wojujący polityczny islamizm zyskał rangę najsilniejszej ideologii antyzachodniej. Mając do wyboru rewizję swoich poglądów w świetle obecnych realiów oraz zachowanie antyimperializmu jako jądra swego programu, znaczna część radykalnej lewicy postanowiła poprzeć dżihadyzm jako nowe wcielenie trzecioświatowego rewolucjonizmu, tylko pro forma wyrażając zastrzeżenia wobec religijno-politycznego projektu islamistów.

Polityka obyczajowa jako alternatywa dla polityki klasowej w programie radykalnej lewicy narodziła się w latach 60. Prezydentura Lyndona Johnsona była złotym okresem w dziejach liberalnego państwa opiekuńczego i ruchu obrony praw obywatelskich w Ameryce. Niestety Johnson zniszczył te osiągnięcia, prowadząc szaleńczą wojnę w Wietnamie.

Kiedy Nowa Lewica zaczęła w coraz większym stopniu określać się przez opozycję do wojny wietnamskiej, weszła w konflikt z amerykańskimi robotnikami, z których większość popierała demokratyczną administrację (ponieważ podobała im się jej polityka społeczna) i identyfikowała się z tradycyjnym patriotyzmem. Chociaż Nowa Lewica posługiwała się retoryką rewolucji robotniczej, nie podejmowała poważnych prób współpracy z ruchem związkowym, który w tamtym czasie miał znaczne wpływy polityczne. Nie próbowała przekonywać robotników, by przestali popierać wojnę wietnamską, nie odrzucając jednocześnie wypracowanego przez Partię Demokratyczną konsensusu dotyczącego praw człowieka i kwestii społecznych. Zamiast tego Nowa Lewica utożsamiała się z ruchami rewolucyjnymi w Trzecim Świecie i zaangażowała się w kontrkulturę, stając tym samym w opozycji do przeważającej większości społeczeństwa amerykańskiego. Decyzje te poważnie zdyskredytowały lewicę w oczach wielu robotniczych wyborców, którzy mieli w tym burzliwym okresie poczucie, że ich porządek społeczny stał się przedmiotem ataku. Problem pogłębili lewicowi poputczycy, którzy tolerowali wojownicze pozy Nowej Lewicy, a często - chcąc zadać szyku - nawet je naśladowali.

Wszczynając wojnę obyczajową na gruncie sprzeciwu wobec wojny wietnamskiej, Nowa Lewica otwarła drogę dla kontrofensywy prawicy, która dominowała na amerykańskiej scenie politycznej przez większość minionych 35 lat. Bardzo skuteczną bronią w konserwatywnym arsenale jest mit wszechobecnej liberalnej elity, która zawiaduje mediami i pociąga za wszystkie sznurki. Konserwatyści nadal propagują ten mit z druzgoczącym skutkiem, chociaż zdołali już niemal zapewnić sobie hegemonię we wszystkich ważniejszych instytucjach amerykańskiego życia publicznego. Posługując się tym mitem, prawica przejęła politykę obyczajową jako główne narzędzie ataku i klucz do trwałego sukcesu. Prawica lansuje się jako ludowa opozycja wobec wyimaginowanych liberalnych struktur władzy, które dążą do zniszczenia zdrowej tkanki społecznej amerykańskiego życia i podporządkowania kraju niebezpiecznym obcym interesom. Aby wypełnić ten szkielet dramaturgiczny pozorami treści, prawica skrupulatnie podsycała przykre wspomnienia o chaosie i podziałach z okresu wojny wietnamskiej. W ostatnich latach sprawnie wykorzystała w tym samym celu uzasadnione obawy przed terrorystycznym zagrożeniem ze strony islamskiego ekstremizmu.

Amerykańska klasa robotnicza i średnia głosowały niedawno na prezydenta, który ich kosztem konsekwentnie pozwala bogacić się ludziom z najwyższego piętra piramidy dochodów; demontuje resztki systemu osłon socjalnych, zachęca do niszczenia środowiska naturalnego i jest rzecznikiem grup interesów, które przenoszą miejsca pracy do krajów z niskimi płacami. Prezydent ten, drastycznie zwiększając deficyt budżetowy i bilans płatniczy, prze ku kryzysowi, który zagrozi stabilności gospodarki amerykańskiej, a tym samym światowej. Wciągnął też kraj w nieprzemyślaną wojnę, której najprawdopodobniej nie da się wygrać. To wojna rozpoczęta na podstawie rażąco przekłamanych danych, niekompetentnie zaplanowana i poważnie niedofinansowana. Wielu spośród wspomnianych wyborców poparło Busha z pełną tego świadomością i bez entuzjazmu dla jego polityki.

Jest to świadectwem sukcesu amerykańskich konserwatystów, którzy za pomocą narzędzi polityki obyczajowej tak przekształcili amerykański dyskurs polityczny, że przesłania on rzeczywistość interesów klasowych. Te wyborcze decyzje wynikają również z trwałej niezdolności liberalnej lewicy do przywrócenia kwestiom klasowym rangi najważniejszego czynnika wyboru reprezentacji politycznej. Niestety, zamianę konfliktu klasowego na obyczajowy zapoczątkowała Nowa Lewica, co przyczyniło się do klęski całej lewicy.

Straszna tragedia, jaką huragan Katrina spowodował ubiegłego lata w Nowym Orleanie i na innych obszarach nad Zatoką Meksykańską, ukazała poważne podziały klasowe i społeczne patologie, od których nie dało się odwrócić uwagi za pomocą konserwatywnej krucjaty obyczajowej. Pokazała, że najważniejsze linie podziału w Ameryce wyznacza nędza i marginalizacja społeczna na tle rasowym. Musimy jeszcze zaczekać z odpowiedzią na pytanie, czy otwarcie oczu na te kwestie przez znaczną część amerykańskiej opinii publicznej było jedynie chwilową reakcją na tragedię klęski żywiołowej, czy też początkiem istotnych zmian w dominującym dotąd sposobie postrzegania życia politycznego.

Podczas gdy radykalna lewica porzuciła politykę klasową, aby realizować marksistowską wizję rewolucji, lewica socjaldemokratyczna porzuciła rewolucję, aby nadal wspierać ruch robotniczy. Przyjęła program reform oparty na silnych związkach zawodowych, regulacjach rynkowych oraz tworzeniu rozbudowanego państwa opiekuńczego na drodze parlamentarnej. W okresie powojennym, od 1945 do 1975 roku, strategia ta przyniosła imponujące rezultaty w zachodniej Europie, Kanadzie, Australii i Nowej Zelandii. Częściowym sukcesem zakończyła się również w Ameryce, gdzie zaowocowała w tych latach wzmocnieniem instytucji rooseveltowskiego Nowego Ładu. Znacznie zwiększyły się wtedy ekonomiczne i polityczne wpływy zorganizowanego ruchu robotniczego oraz dochody klasy pracującej, czemu towarzyszyło istotne skurczenie się obszarów ubóstwa w całym świecie zachodnim. Nierówności dochodów uległy redukcji, zwiększył się natomiast dostęp do służby zdrowia, edukacji i innych dóbr publicznych. Chociaż radykalna lewica piętnowała socjaldemokratów jako kapitalistyczno-imperialistycznych kolaborantów, to właśnie reformatorzy, a nie rewolucjoniści w zasadniczym stopniu przyczynili się do wyzwolenia klasy robotniczej z nędzy i bezsilności.

Niestety zachodnia socjaldemokracja od trzydziestu lat pogrąża się w coraz głębszym kryzysie. Powstanie zintegrowanych światowych rynków finansowych oraz błyskawiczny rozwój cyfrowej telekomunikacji i technologii produkcji, w połączeniu z obejmującymi coraz większy obszar świata umowami o wolnym handlu, osłabiło tradycyjne podmioty socjaldemokratycznej władzy. W zglobalizowanej gospodarce, w której kapitał może swobodnie przekraczać granice państw celem zmaksymalizowania zysków i zminimalizowania płac, związki zawodowe i rządy utraciły dużą część możliwości ograniczania jego władzy. Pracownicy nie mają tak dużej zdolności do przemieszczania się, nie obejmują ich też zabezpieczenia przyznawane kapitałowi w ramach umów o wolnym handlu. W tej sytuacji rządy socjaldemokratyczne mogą tylko łagodzić skutki rozbuchanej liberalizacji rynkowej, usiłując nadać neoliberalnej gospodarce ludzką twarz. Rządy te zmuszone są likwidować instytucje państwa opiekuńczego, ponieważ - aby móc konkurować z przyjaznymi dla biznesu gospodarkami o niskich płacach - trzeba obniżać podatki dla przedsiębiorstw, z których te instytucje są finansowane. Interesy klasowe i rozwój społeczny nieuchronnie ustępują miejsca zwiększaniu konkurencyjności gospodarki na międzynarodowym wolnym rynku.

Skutkuje to presją na obniżenie płac, redukcją pewności zatrudnienia i mniejszymi inwestycjami społecznymi. Korozji ulega też system przepisów chroniących konsumenta i środowisko. Usiłując przystosować się do tej sytuacji, partie socjaldemokratyczne i lewicowo-liberalne zmuszone są zrezygnować z tradycyjnej polityki klasowej i rywalizować z partiami konserwatywnymi na warunkach dyktowanych przez te ostatnie.

Ruch antyglobalistyczny reaguje na powstanie zintegrowanych rynków i rosnące obszary wolnego handlu próbami odwrócenia tych procesów. Generalnie popiera protekcjonistyczne posunięcia mające na celu obronę lokalnych rynków przed ekspansją międzynarodowych korporacji. Sprzeciwia się umowom o wolnym handlu w imię lokalnych interesów i bezpieczeństwa środowiska naturalnego. Podjęcie przez antyglobalistów tematu poważnych zagrożeń społecznych i ekologicznych, jakie stwarza globalna gospodarka, jest oczywiście zrozumiałe. Niemniej protesty te przypominają działania agrarystów i romantyków, którzy walczyli z rewolucją przemysłową.

Fakt, że istotnym elementem tego ruchu stali się islamiści dążący do budowy swojej wersji średniowiecznego kalifatu, jednoznacznie wskazuje, że antyglobalizm w niemałym stopniu opiera się na głęboko reakcyjnych, antynowoczesnych przekonaniach. Fakt ten sugeruje również, że szybka kariera ekstremistycznych ugrupowań islamistycznych przynajmniej w pewnym stopniu wynika z tego, że postkolonialne nacjonalistyczne rządy w świecie islamskim nie zdołały rozwiązać problemów rozwoju oraz wykorzystać szans i uporać się z zagrożeniami niesionymi przez tendencje globalizacyjne.

Jedna z fundamentalnych zasad myśli socjaldemokratycznej, odróżniająca ją od radykalnego socjalizmu, mówi, że rynek jest niezbędny do wytworzenia bogactwa na dużą skalę, ale źle sobie radzi z jego sprawiedliwym i racjonalnym rozdzielaniem. Zamiast likwidować rynek, socjaldemokraci dążą do jego uspołecznienia poprzez zaprzęgnięcie właściwej mu twórczej energii w służbę dobru wspólnemu, a nie partykularnym interesom niewielkiej elity korporacyjnej i finansowej. Powiększanie obszaru wolnego handlu jest niezbędnym mechanizmem rozwoju Trzeciego Świata. Tylko wolny handel może wykorzenić panującą tam nędzę. Ale jeśli kształtujący się globalny rynek nie zostanie okiełznany i nakierowany na maksymalizację korzyści społecznych, nowe bogactwo wciąż będzie skupione w rękach wąskiej elity. W świecie rozwijającym się będziemy mieli wtedy do czynienia z podklasą złożoną z pracujących w XIX-wiecznych warunkach robotników fabrycznych i rolników produkujących żywność na własne potrzeby, a w świecie zachodnim z klasą robotniczą i średnią, która zmaga się z coraz niższymi zarobkami, rosnącą niepewnością zatrudnienia i kurczącymi się świadczeniami publicznymi.

Aby ożywić projekt socjaldemokratyczny jako realną alternatywę dla neoliberalnej ekspansji, musimy go przeformułować w kategoriach międzynarodowych tak, by odpowiadał na wyzwania stwarzane przez globalną gospodarkę rynkową. Wymaga to wyjścia poza tradycyjne instrumenty rządzenia, którymi dysponują poszczególne państwa narodowe, ponieważ te ostatnie mają coraz bardziej ograniczoną zdolność reagowania na ruchy kapitału. Narzucają się tu dwie komplementarne strategie.

Przede wszystkim należy wspierać rozwój skutecznych związków zawodowych w nowych dziedzinach przemysłu w krajach rozwijających się. Rozpowszechnienie się organizacji związkowych może prowadzić do istotnej poprawy poziomu życia i dystrybucji bogactwa w tych krajach. Jednocześnie przyczyni się ono do zmniejszenia różnic płacowych między światem rozwijającym się a Zachodem oraz do stopniowej konwergencji warunków pracy. Konwergencja ta ułatwi tworzenie autentycznie międzynarodowych związków zawodowych, które będą mogły reprezentować pracowników całego sektora globalnego rynku, co da im możliwość negocjowania układów zbiorowych z ponadnarodowymi pracodawcami. Oprócz zwiększenia wpływów robotników po obu stronach granicy rozwojowej między Trzecim Światem a Zachodem, upowszechnienie związków zawodowych będzie czynnikiem ogólnego rozwoju gospodarczego, spowoduje bowiem wzrost popytu konsumenckiego w Trzecim Świecie, a tym samym poszerzenie się rynków dla zachodnich i lokalnych producentów.

Druga strategia polega na wykorzystaniu umów o wolnym handlu nie tylko do otwierania rynków na międzynarodową konkurencję, ale również do stworzenia systemu inwestycji społecznych i ochrony środowiska, który określałby warunki konieczne do spełnienia przez firmy zagraniczne przy wchodzeniu na dany rynek. Zamiast dążyć do rozmontowania sektorów publicznych i ustawodawstwa regulacyjnego w krajach objętych umową poprzez niczym nieskrępowaną prywatyzację, międzynarodowe organizacje wolnego handlu powinny odgrywać pozytywną rolę społeczną. Oprócz ochrony dostępu do rynku i zasad uczciwej konkurencji powinny narzucać przyzwoite praktyki zatrudnienia, zachowania odpowiedzialne ekologicznie i współudział korporacji w budowie społecznej infrastruktury krajów członkowskich. Innym ważnym zadaniem takich rozszerzonych umów o wolnym handlu powinna być likwidacja rajów podatkowych dla biznesu. Należy je też wykorzystywać do krzewienia demokracji w krajach rozwijających się: warunkiem przynależności do organizacji wolnego handlu powinno być przestrzeganie przez rządy podstawowych praw człowieka i procedur demokratycznych. Jak to skutecznie robić, pokazała Unia Europejska, przyjmując postkomunistyczne kraje Europy Wschodniej i nakłaniając Turcję do podjęcia głębokich reform politycznych jako warunku członkostwa.

Aby druga z wymienionych strategii przyniosła sukces, umowy o wolnym handlu muszą być negocjowane nie przez korporacyjnych prawników pracujących dla konserwatywnych administracji, lecz przez postępowe rządy mające tego rodzaju program. Aby takie rządy powstały, partie socjaldemokratyczne i lewicowo-liberalne muszą zbudować swój plan działania w oparciu o nowe rozumienie roli klasy społecznej, związków zawodowych oraz inwestycji społecznych w zglobalizowanej gospodarce.

p

- językoznawca, profesor w londyńskim King's College, zajmuje się m.in. semantyką i formalnymi modelami gramatyki. W amerykańskim lewicowym periodyku "Dissent" publikuje artykuły i polityczne komentarze.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj