Slavoj Zizek, recenzując oscarowego wielkiego przegranego "Tajemnicę Brokeback Mountain", zauważa, że jest to film "prawdziwie eskapistyczny", abstrahujący od współczesnego kontekstu i skupiający się na dawno już rozwiązanych problemach. Przy okazji - kierując się psychoanalitycznymi intuicjami - zwraca uwagę, w jak istotnym stopniu propagowany dziś oficjalnie przez administrację Busha etos chrześcijańskiego wojownika opiera się na wypartych treściach homoerotycznych.
p
Jak można było przewidzieć, nieprzyznanie "Tajemnicy Brokeback Mountain" Oscara za najlepszy film szybko potępiono w niektórych kręgach jako wyraz utajonej homofobii Hollywood. Krytycy wymyślili, że zwycięstwo "Miasta gniewu" było obłudną zasłoną dymną: Hollywood dopuściło się zdrady wobec "Tajemnicy..." i - by uspokoić sumienie - nagrodziło antyrasistowski film pełen liberalnych i politycznie poprawnych odniesień.
Tymczasem "Tajemnica Brokeback Mountain" jest filmem prawdziwie eskapistycznym, tragiczną historią miłosną trafnie osadzoną w zacofanej Amérique profonde sprzed dziesięcioleci. Dzisiejszy liberalny widz z wielkiego miasta może zatem pomyśleć sobie z zadufaną satysfakcją, że zwycięstwo zostało już osiągnięte: oglądany przez niego film de facto nie dotyczy naszych problemów - w odróżnieniu od "Miasta gniewu", podejmującego problemy bez wątpienia aktualne. Najbardziej wyrafinowany eskapizm polega na unikaniu problemów teraźniejszych poprzez przywoływanie rozwiązanych problemów z przeszłości - prawdziwym aktem eskapizmu byłoby zatem przyznanie Oscara "Tajemnicy Brokeback Mountain".
Ale czy bitwa rzeczywiście została wygrana? Czyż film nie został zaatakowany przez liczne prawicowe organizacje chrześcijańskie jako szargający wizerunek kowboja - ikony amerykańskiej kultury - i obciążający go zmazą homoseksualizmu? Nie odnotowano wprawdzie protestów na dużą skalę czy wezwań do bojkotu "Tajemnicy...", ale krytyczne reakcje prasy konserwatywno-chrześcijańskiej były liczne i przewidywalne. Robert Knight, dyrektor Culture and Family Institute of Concerned Women of America, stwierdził, że film wypacza jedną z najbardziej ujmujących cech westernów: "przedstawianie braterstwa wolnego od elementów seksualnych". David Kupelian z dziennika "World Net Daily" zarzucił z kolei filmowi dokonywanie "gwałtu na Marlboro Man", a tym samym ni mniej, ni więcej tylko próbę zburzenia systemu "judeochrześcijańskich wartości moralnych, stanowiących fundament i esencję zachodniej kultury".
Aż się prosi, by odpowiedzieć na to, że etos westernu jest głęboko antychrześcijański: jest etosem zemsty i przemocy - nie "nadstaw drugi policzek", lecz "weź sprawiedliwość w swoje ręce i bij na odlew". Najzwięźlej ujął tę postawę Con Vallian, bohater "Szybkich i martwych" Louisa L'Amoura: "Na zachód od Chicago cisi g... odziedziczą". Nic dziwnego, że wojownicza retoryka administracji Busha z okresu po 11 września ("Wykurzyć ich, martwych albo żywych!") wskrzesiła kodeks bohatera westernu - fakt, że administracja jednocześnie uważa się za chrześcijańską, wiele mówi o amerykańskim chrześcijaństwie.
Zwrócono natomiast uwagę (a nawet wykpiono w serii migawek wyświetlanych podczas ceremonii oscarowej) na oczywiste homoerotyczne podteksty, w jakie obfituje wszechświat Zachodu, podkreślający znaczenie więzi między mężczyznami i deprecjonujący kobiety. Pułapką, której należy unikać, jest dostrzeganie w tych podtekstach "wywrotowości", ukrytego "oporu" wobec oficjalnej ideologii, która jest patriarchalna, heteroseksualna itd. Wręcz przeciwnie, ten wymiar homoseksualizmu należy do zasadniczych składników zachodniego wszechświata - a ze szczególną siłą uwidacznia się w środowisku wojskowym. Administracja Clintona próbowała rozwiązać kwestię gejów w armii amerykańskiej za pomocą kompromisu pod hasłem "Nie pytaj, nie mów!" - żołnierzy nie wolno wprost pytać, czy są gejami, żeby nie musieli kłamać i wypierać się tego, aczkolwiek formalnie geje nie mają prawa wstępować do wojska. Homoseksualiści są w armii tolerowani pod warunkiem, że zachowają swoją orientację seksualną w tajemnicy i nie będą aktywnie dążyli do nawiązania kontaktów seksualnych.
Ta oportunistyczna metoda została słusznie potępiona jako po cichu umacniająca wrogi stosunek do homoseksualizmu (w gruncie rzeczy wyniosła ona hipokryzję do rangi zasady społecznej, podobnie jak wynosi ją stosunek do prostytucji w krajach tradycyjnie katolickich), ale większość krytyków przeoczyła zawarty w niej paradoks.
Należy tu bowiem postawić naiwne, ale kluczowe pytanie: dlaczego świat wojskowy tak silnie opiera się jawnemu przyjmowaniu gejów w swoje szeregi? Możliwa jest tylko jedna logiczna odpowiedź: nie dlatego, że homoseksualizm stwarza zagrożenie dla rzekomo "fallicznej i patriarchalnej" gospodarki libidinalnej w środowisku wojskowym, lecz na odwrót - gospodarka libidinalna w środowisku wojskowym opiera się na tłumionym i negowanym homoseksualizmie jako zasadniczym spoiwie "braterstwa broni".
Służbę wojskową odbyłem w 1975 r. i pamiętam, że niesławnej pamięci Jugosłowiańska Armia Ludowa była skrajnie homofobiczna - kiedy odkryto u kogoś skłonności homoseksualne, natychmiast stawał się pariasem i zanim formalnie usunięto go z wojska, nie był traktowany jak człowiek. A jednocześnie w codziennym życiu armii panowała atmosfera przesycona homoseksualnymi podtekstami. To chwiejne współistnienie ostrej homofobii z tłumionym, "spychanym do podziemia" homoseksualizmem pokazuje, że dyskurs środowiska wojskowego może być funkcjonalny tylko w warunkach cenzurowania swych libidinalnych podstaw. Czy poza granicami życia wojskowego nie napotykamy analogicznego mechanizmu autocenzury w obrębie współczesnego konserwatywnego populizmu, z jego seksistowskim i rasistowskim odchyleniem? Wystarczy przypomnieć kampanie wyborcze konserwatywnego senatora z Północnej Karoliny, Jesse Helmsa, których rasistowskie i seksistowskie przesłanie nie było formułowane wprost (senator gwałtownie się go zapierał), lecz przemycane "między wierszami" za pomocą kalamburów i zaszyfrowanych aluzji.
Kiedy zatem Andrew Longman w swoim felietonie do "Renew America" skrytykował "Tajemnicę Brokeback Mountain", mówiąc, że "nie można walczyć z islamizmem, mając do dyspozycji homoseksualnych kowbojów", podwójnie się pomylił. Po pierwsze, żołnierze amerykańscy walczący z islamizmem w Iraku i gdzie indziej są swego rodzaju "homoseksualnymi kowbojami", których zbiorowa tożsamość opiera się na homoseksualnej więzi. (Notabene, homoerotyzm odgrywa zasadniczą rolę w społeczeństwach muzułmańskich!). Po drugie, zdecydowanie "można walczyć z islamizmem, mając do dyspozycji homoseksualnych kowbojów" - aby zwyciężyć w bitwie z wojującym islamem, trzeba właśnie wyzwolić tłumiony erotyzm, którym podszyte jest "braterstwo broni".
Jak zatem dzisiejsza kinematografia powinna podchodzić do tematu homoseksualizmu? Jako pozytywny kontrprzykład dla "Tajemnicy Brokeback Mountain" należy wymienić film "Capote". To film o człowieku, który jest wprawdzie gejem, ale homoseksualizm nie określa jego postaci w zasadniczy sposób i nie jest głównym tematem filmu. Czy nie świadczy to o prawdziwym zwycięstwie gejów? - główny bohater filmu nie kryje się ze swoim wybujałym homoseksualizmem, ale ten element jego osobowości nie przesłania innych.
p
, ur. 1949, filozof. W latach 80. należał do środowiska zajmującego się rewizją i uwspółcześnieniem marksizmu. W roku 1990 był jednym z kandydatów na stanowisko prezydenta Republiki Słowenii. Wprowadza do współczesnej filozofii dorobek psychoanalizy. W Polsce opublikowano m.in. jego "Wzniosły obiekt ideologii". W "Europie" nr 9 z 1 marca b.r. zamieściliśmy tekst Zizka "Lenin zastrzelony na Dworcu Finlandzkim - o alternatywnych wersjach historii buntowników".