Dziennik Gazeta Prawana logo

Żyć z bombą

5 listopada 2007, 12:07
Ten tekst przeczytasz w 17 minut

Broń nuklearna jest problemem na tyle poważnym - zauważa Herfried Münkler - że wszyscy bez względu na swoje przekonania rozumieją konieczność podjęcia w tej kwestii działań szybkich i stanowczych, z użyciem siły militarnej włącznie. "Niewątpliwie godny uwagi wydaje się fakt, iż ci sami intelektualiści i naukowcy, którzy zazwyczaj dają wyraz przekonaniu, że wszelkie konflikty rozwiązać można przy użyciu środków prawnych, natychmiast tracą zaufanie do tych środków, jeżeli w grę wchodzi broń atomowa. Można by na tej podstawie opracować swego rodzaju >>nuklearny test uczciwości i spójności<<: argumenty z dziedziny polityki bezpieczeństwa uznawane byłyby za przekonywające jedynie wówczas, kiedy dałyby się zastosować do sytuacji, w której przedmiotem dyskusji jest użycie broni nuklearnej. Wiele propozycji prawdopodobnie wcale by się wówczas nie pojawiło".

p

Broń jądrowa jest bronią masowego rażenia, a charakterystyczną cechę takiej broni stanowi to, że jej ewentualne użycie powoduje śmierć zarówno uczestników walk, jak i osób postronnych, zarówno żołnierzy, jak i ludności cywilnej. Prawo międzynarodowe usiłuje wprawdzie zapobiegać takim sytuacjom, zakazując używania broni jądrowej, zakaz ten nie daje jednak pewności, że broń owa rzeczywiście nie zostanie użyta. Niejasne jest ponadto, kto miałby egzekwować respektowanie tego zakazu. ONZ nie posiada po temu możliwości. Należałoby więc wezwać do pomocy któreś z mocarstw dysponujących bronią nuklearną. To z kolei prowadziłoby jedynie do dalszej eskalacji. Zakaz używania broni masowego rażenia ma więc znaczenie raczej symboliczne niż praktyczno-polityczne. Niewątpliwie godny uwagi wydaje się natomiast fakt, iż ci sami intelektualiści i naukowcy, którzy zazwyczaj odwołują się do wiążącej mocy uregulowań prawnych w stosunkach międzynarodowych i dają wyraz przekonaniu, że wszelkie konflikty rozwiązać można przy użyciu środków prawnych, natychmiast tracą zaufanie do tych środków, jeżeli w grę wchodzi broń atomowa. Można by na tej podstawie opracować swego rodzaju "nuklearny test uczciwości i spójności": argumenty z dziedziny polityki bezpieczeństwa uznawane byłyby za przekonywające i spójne jedynie wówczas, kiedy dałyby się zastosować do sytuacji, w której przedmiotem dyskusji jest użycie broni nuklearnej. Wiele propozycji prawdopodobnie wcale by się wówczas nie pojawiło. Intuicyjnie rozumiemy bowiem, że w przypadku, gdy w grę wchodzi broń jądrowa, musimy myśleć i działać bardzo precyzyjnie. Pod tym względem już dawno nauczyliśmy się żyć z bombą. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby ta broń w ogóle nie istniała. Siła przyciągania układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, do którego przystąpiły prawie wszystkie państwa, brała się nie tylko z tego, że obiecywał on zahamowanie dalszej proliferacji, ale też i z tego, że stwarzał widoki na daleko idące rozbrojenie mocarstw nuklearnych. To ostatnie - jak wiadomo - nie nastąpiło: z wyjątkiem Wielkiej Brytanii wszystkie oficjalne mocarstwa jądrowe, czyli USA, Rosja, Chiny i Francja, aktualnie zajmują się modernizacją swoich arsenałów. I nawet jeżeli owe arsenały po zakończeniu zimnej wojny uległy redukcji, o zniknięciu broni nuklearnej nie może być mowy. Co więcej, od czasu ratyfikacji wspomnianego układu o nierozprzestrzenianiu trzy kolejne państwa weszły w jej posiadanie: Indie, Izrael i Pakistan, zaś kolejne - takie jak Korea Północna czy Iran - są tego bliskie. Dobrze więc - chciałoby się powiedzieć po cichu - że zachodnie mocarstwa nuklearne, w pierwszym rzędzie USA, nie rozbroiły się całkowicie. Odstraszanie było od początku alternatywą dla rozbrajania. W przypadku rozbrojenia nuklearnego problemem jest ostatni krok: na długim etapie procesu rozbrojeniowego możliwe jest stwierdzenie równoczesności podejmowanych kroków, bądź przynajmniej tendencji do równoczesności, zaś ewentualne rozbieżności czasowe możliwe są do zaakceptowania, o ile każda ze stron posiada jeszcze potencjał nuklearny. Największe znaczenie ma natomiast kwestia, jak jednocześnie dokonać ostatniego kroku. Jeżeli krok ten wykonają wszyscy oprócz jednego, ten, który w decydującym momencie wycofał się, zyska niemożliwą już do wyrównania przewagę. Tak więc pokusa, by zaniechać ostatniego kroku, jest niezwykle silna - szczególnie że należy przez cały czas mieć na względzie, iż pokusie tej ulec może każdy z pozostałych. Nawet najbardziej przemyślne mechanizmy weryfikacji nie są w stanie tego problemu rozwiązać. Wydaje się więc mało prawdopodobne, by świat całkowicie pozbył się broni nuklearnej. Mądrzejsi politycy i ich doradcy do spraw bezpieczeństwa zawsze o tym wiedzieli. Dlatego stawiali raczej na ograniczenie zbrojeń, a nie na rozbrojenie.

Względna stabilność w okresie konfliktu zimnowojennego opierała się w rzeczywistości nie tyle na konkretnym rozbrajaniu, ile na swego rodzaju triadzie złożonej z odstraszania, ograniczania zbrojeń i nierozprzestrzeniania rozumianego jako nieudostępnianie broni jądrowej państwom, które nie były włączone w struktury układu Wschód-Zachód. Z tej perspektywy grzechem pierworodnym stało się osiągnięcie statusu państwa nuklearnego przez Indie. Można było oczywiście argumentować, że Indie, przy uwzględnieniu ich geostrategicznej konfrontacji z Chinami, a także wielkości i liczby ludności, miały podstawy, by domagać się przyjęcia do klubu mocarstw jądrowych.

Chiny były włączone w struktury odstraszania w ramach konfliktu Wschód-Zachód, co nie miało miejsca w przypadku Indii, czyli najpotężniejszego mocarstwa pozostającego poza układem zimnowojennym. W tej sytuacji było jasne, że Pakistan zrobi wszystko, by ze swej strony stać się potęgą nuklearną, szczególnie że w porównaniu z Indiami, z którymi po 1945 roku prowadził liczne wojny, miał istotny deficyt strategiczny. Owo dwukrotne złamanie układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej zostało zaakceptowane w nadziei na ograniczenie jego skutków poprzez zasadę wzajemnego odstraszania.

Logika odstraszania nie polega jedynie na tym, że potencjalni agresorzy muszą liczyć się z odwetem, który przekreśli wszelkie ewentualne korzyści wynikające z ataku. Ma ona również gwarantować, że dysponowanie bronią atomową nie zwiększy możliwości politycznego oddziaływania. Chodzi o to, by państwa nieposiadające tej broni miały jak najmniej powodów, by starać się o jej pozyskanie. Ten aspekt odstraszania był najwyraźniej przez długi czas bardzo przekonujący, skutecznie ograniczając liczbę państw usiłujących wejść w posiadanie broni jądrowej. I tak zarówno Brazylia, Argentyna, RPA, jak i Libia (choć ta ostatnia pod silnym naciskiem z zewnątrz) były w latach 90. gotowe zrezygnować z podejmowania wysiłków w tym kierunku. Brazylia i RPA niewątpliwie nie uczyniłyby tego, gdyby posiadanie broni atomowej istotnie zwiększało ich polityczne pole manewru.

Przez pewien czas mogło się wydawać że wspólne oddziaływanie zasady odstraszania i układu o nierozprzestrzenianiu zapewni długotrwałą stabilność w dziedzinie nuklearnej, szczególnie że udało się przekonać powstałe w wyniku rozpadu Związku Radzieckiego przejściowe mocarstwa jądrowe - Ukrainę i Kazachstan, że korzystna dla nich byłaby jak najszybsza rezygnacja z tego statusu.

Co zatem spowodowało, że dla niektórych państw wejście w posiadanie broni atomowej stało się w międzyczasie znów atrakcyjne? Na czym opierają się kalkulacje Iranu, że mimo negatywnych dla siebie konsekwencji, kontynuuje swój program atomowy?

Najwyraźniej struktury konfliktu Wschód-Zachód miały o wiele silniejsze funkcje stabilizujące, niż przez długi czas gotowi byliśmy przyjąć do wiadomości. Niektórzy aktorzy sceny politycznej potrzebowali ponad dziesięciu lat, by uświadomić sobie, jak bardzo zmieniły się światowe konstelacje polityczne w wyniku upadku Związku Radzieckiego i awansu USA do roli jedynego światowego mocarstwa. W latach 90.

Stany Zjednoczone przestały ograniczać zasięg swych mocarstwowych funkcji (gotowość do interwencji wojskowej itd.) do obszaru Ameryki Środkowej i Karaibów, rozszerzając aktywność militarną na Bliski i Daleki Wschód.

Potencjał nuklearny Stanów Zjednoczonych miał jednak w tym wypadku drugorzędne znaczenie. Dzięki rewolucji w technologii wojskowej USA zapewniły sobie niespotykaną dotychczas przewagę w dziedzinie broni konwencjonalnej. Wojna w Zatoce Perskiej w latach 1990-91 pokazała, że Stany Zjednoczone są w stanie przy niewielkich - a więc politycznie akceptowalnych - stratach własnych w ciągu niewielu dni rzucić na kolana piątą co do wielkości potęgę wojskową, jaką wówczas był Irak. Oznaczało to jednak, że państwa dysponujące konwencjonalnym uzbrojeniem nie są już w stanie stawić armii Stanów Zjednoczonych znaczącego oporu.

Jednocześnie zniknęła możliwość blokowania USA przez dawnego przeciwnika, czyli Związek Radziecki. Teraz przed amerykańską interwencją zabezpieczało już wyłącznie posiadanie broni atomowej. Tak więc wszyscy, którzy mieli podstawy, by liczyć się z możliwością takiej interwencji, zaczęli być bardzo zainteresowani wejściem w posiadanie broni jądrowej. Zakończenie konfliktu Wschód-Zachód w znaczący sposób zwiększyło korzyści płynące z uzbrojenia nuklearnego.

USA stanęły jednocześnie przed nowymi wyzwaniami, które doprowadziły do zmiany ich polityki - zamiast przestrzegania zasady nieproliferacji pojawiło się aktywne przeciwdziałanie rozprzestrzenianiu broni jądrowej. Wydarzenia z 11 września 2001 roku proces ten jedynie przyspieszyły, ale go nie zapoczątkowały. Konstelacje nuklearno-polityczne coraz wyraźniej wyznaczane były przez obawę, że w posiadanie broni atomowej wejść mogą polityczne podmioty, w przypadku których mechanizmy odstraszania nie będą działać. Kiedy koncepcja odstraszania zaczęła tracić skuteczność, zagadnienie nieproliferacji musiało zostać na nowo zdefiniowane. Jakie jednak cechy musiałby wykazywać polityczny podmiot, którego groźba nuklearnego odwetu nie powstrzymałaby przed rozpoczęciem ataku? Jedną z możliwości jest notoryczna pogarda dla ludzkiego życia, która własne straty pozwala uznać za nieistotne, przy założeniu, że przeciwnik nie byłby w stanie znieść porównywalnych strat.

Wydaje się, że Mao rozważał taką koncepcję, kiedy nazwał USA "papierowym tygrysem". Ponieważ jednak Chiny nie posiadały w owym czasie wystarczających zdolności ofensywnych, analitycy amerykańscy mogli przyjąć założenie, że przekonanie Mao o tym, iż Chiny - dzięki liczbie swojej ludności - lepiej zniosą ewentualną wojnę atomową, nie będzie miało istotnych konsekwencji politycznych.

Sytuacja wygląda inaczej, gdy mamy do czynienia z podmiotami politycznymi wyposażonymi w broń atomową i nieposiadającymi terytorium, którego mieszkańcy mogliby stać się zakładnikami logiki nuklearnego odstraszania. Rozwój sieci powiązań politycznych sprawił, że sytuacja taka stała się możliwa do wyobrażenia, zaś w logice bezpieczeństwa nuklearnego to, co wyobrażalne, jest bardzo bliskie temu, co realne. Już dzisiaj roztrząsane są scenariusze z al-Kaidą posiadającą broń atomową. To, co rozpoczęło się wraz z końcem konfliktu Wschód-Zachód, zostało zradykalizowane za sprawą deterytorializacji podmiotów politycznych. Dopiero z dzisiejszej perspektywy widać, jak bardzo stabilność nuklearna zależy od politycznego porządku, w którym wszyscy liczący się uczestnicy - ze względu na swój terytorialny charakter - mogą ponieść znaczne straty.

I to właśnie podatność na zranienie jest tym, co od zawsze stanowiło gwarancję politycznego rozsądku. Fakt, że przestała ona być czymś oczywistym, w zasadniczy sposób zmienił konstelacje polityki nuklearnej.

Terytorialność zapewniała czas na działanie również - czy też szczególnie - w momencie, gdy jeden z podmiotów politycznych wchodził w posiadanie broni atomowej. Deterytorializacja natomiast powoduje dramatyczne przyspieszenie biegu wydarzeń. Kiedy nieterytorialny podmiot polityczny znajduje się w posiadaniu broni jądrowej, jest już za późno na polityczne przeciwdziałanie. Trzeba wówczas natychmiast sięgnąć po środki militarne. Owa utrata czasu wynikająca z deterytorializacji zwiększy prawdopodobnie w najbliższych latach dramatyzm działań zapobiegawczych.

Ale przecież Iran jest państwem terytorialnym. Bez wątpienia jest to kraj podatny na zranienie, a więc i na zastraszenie. Lecz czy stanowi to wystarczającą gwarancję, że nie udostępni swojego potencjału nieterytorialnym aktorom politycznym - nawet bez wiedzy i zgody rządu, jedynie za pośrednictwem pojedynczych osób uznających te same ideologiczne cele, co owi aktorzy? Ryzyko takie istniało zawsze, ale w przeszłości było raczej tematem filmów akcji niż konkretnych scenariuszy polityki bezpieczeństwa. W ostatnich latach jednak koncepcje ryzyka w tej dziedzinie uległy dramatycznej zmianie. Dowodem na to, że nie chodzi tutaj jedynie o typowe obsesje ekspertów, jest choćby pakistański fizyk atomowy Khan, który zapoczątkował beztroskie rozprzestrzenianie wiedzy dotyczącej budowy broni jądrowej. Działa tu zasada: im więcej państw posiada tę broń, tym większe jest ryzyko proliferacji, zaś im szybciej i bardziej potajemnie broń ta została opracowana, tym gorzej jest ona zabezpieczona przed niewłaściwym wykorzystaniem. Potwierdza to właśnie przypadek pakistański.

W przypadku Iranu dochodzi jeszcze kilka specyficznych aspektów ryzyka: w pierwszym rzędzie to, że Bliski i Środkowy Wschód jest regionem o wysokim natężeniu konfliktów i wojen. Ponadto w grę wchodzą tutaj również specyficzne interesy bezpieczeństwa Izraela, związane z faktem, że państwo to kreowane jest przez irańskich przywódców - odwracających w ten sposób uwagę od wewnętrznych problemów - na wroga publicznego numer jeden. Przede wszystkim jednak należy wziąć pod uwagę równowagę w tym regionie: jeżeli Iran osiągnie status mocarstwa nuklearnego, również Egipt za wszelką cenę będzie starał się wejść w posiadanie broni jądrowej. Odpowiednią technologię chętnie udostępnią Chiny, zainteresowane umacnianiem swych wpływów w regionie dostarczającym ropy naftowej, której pilnie potrzebuje chińska gospodarka. Jest więc bardzo prawdopodobne, że Stany Zjednoczone zrobią wszystko, by Iran nie zdobył własnej broni atomowej.

p

, ur. 1951, profesor nauk społecznych na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie, członek Berlińsko-Brandenburskiej Akademii Nauk, specjalizuje się w teorii wojny. Opublikował m.in. "Machiavelli", "Gewalt und Ordnung", "Wojny naszych czasów" (Kraków 2004, Wydawnictwo WAM). W "Europie" nr 32 z 10 sierpnia ub.r. ukazał się jego tekst "Imperium USA".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj