Dla Roberta Kagana - inaczej niż dla Herfrieda Münklera - problem irańskiej broni jądrowej to w pierwszym rzędzie zagadnienie polityczne. Zniszczenie instalacji nuklearnych w Iranie nie przyniosłoby satysfakcjonujących rezultatów. Zamiast tego należy stymulować zmiany polityczne w tym kraju i doprowadzić do obalenia istniejącego reżimu. Demokratyczny Iran - nawet posiadający bombę atomową - nie będzie już zagrożeniem.
p
Jeśli powietrzny atak rakietowy mógłby zniszczyć irański program broni atomowej, przeprowadzenie takiego ataku wydawałoby się najlepszym spośród wielu złych rozwiązań. Jednak spodziewane koszty przewyższają korzyści.
Czy informacje wywiadowcze o Iranie są dużo lepsze niż te dotyczące Iraku? Administracja Clintona uruchomiła przeciw Irakowi w 1998 roku operację "Pustynny Lis", mającą zneutralizować tamtejsze programy zbrojeniowe i do dziś nie wiemy, co zostało w jej wyniku osiągnięte. Jak ujął to później prezydent Clinton: "Być może osiągnęliśmy wszystko; być może osiągnęliśmy z tego połowę; być może nie osiągnęliśmy nic. Ale nie wiedzieliśmy".
Czy ewentualny "Pustynny Lis II" w Iranie, nawet na większą skalę, przyniósłby znacząco odmienne rezultaty? Pentagon może uderzyć w widoczne zabudowania ze względną pewnością. Jednakże duża część irańskiego programu rozwijana jest pod ziemią, o pewnej jego części nic nie wiemy. Nawet jeśli uderzenie powstrzyma plany Iranu, nie będziemy wiedzieli, w jak dużym stopniu.
Te działania miałyby swoją cenę. Prezydent Mahmud Ahmadineżad i mułłowie ogłosiliby zwycięstwo, tak jak zrobił to Saddam Husajn w 1998, i prawdopodobnie zyskaliby nieco współczucia i podziwu w świecie muzułmańskim oraz poza nim. Zamiast postulować nałożenie sankcji na Iran w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, Amerykanie musieliby się bronić przed rezolucjami piętnującymi ich za "agresję".
Poza tym pojawiłaby się perspektywa irańskiego odwetu: ataków terrorystycznych, zbrojnej aktywności w Iraku, prób odcięcia szlaków morskich przez Zatokę Perską i przerwania dostaw ropy. Jeśli nie bylibyśmy przygotowani na zaostrzenie konfliktu - w ostateczności aż do obalenia reżimu - moglibyśmy znaleźć się w jeszcze gorszej sytuacji niż na początku.
Jednak fakt, że zbrojne uderzenie nie jest dobrą opcją, nie oznacza, że możemy po prostu zwrócić się ku dyplomacji. Dyplomacja sama w sobie nie ma dużo większych szans powodzenia. Obecne władze Iranu wydają się zdeterminowane, by uzyskać broń atomową. Nie odstraszyła ich perspektywa międzynarodowej izolacji i sankcji ekonomicznych, które najprawdopodobniej postrzegają jako możliwy do przyjęcia koszt. Jeśli tak, to nawet poważniejsze zachęty nie przekonają ich do porzucenia programu, który uznają za ważny dla swoich interesów. Strach przed militarną akcją Stanów Zjednoczonych był zapewne jedynym powodem, dla którego Iran przynajmniej udawał, że negocjuje z Europejczykami (oraz ważnym powodem, dla którego Europejczycy negocjowali z Iranem), nie był to jednak powód wystarczający, by przerwać realizację programu.
Musimy zmienić naszą strategię. Uzasadniona fiksacja na problemie powstrzymania Iranu przed pozyskaniem bomby odciągnęła naszą uwagę od innego, dużo istotniejszego problemu: politycznej zmiany w tym kraju. Musimy zacząć wspierać liberalne i demokratyczne przemiany, wiemy bowiem, że pragnie ich irańska ludność.
Nikt nie chce, by Iran skonstruował bombę, ale to, kto jest tam u władzy, ma istotne znaczenie. Nie martwi nas posiadanie broni atomowej przez Francję czy Wielką Brytanię. Tolerujemy arsenały Indii czy Izraela, ponieważ ufamy, że ich demokratyczne rządy nie zrobią z nich użytku. Gdyby Iranem kierował demokratyczny rząd (choćby niedoskonały), bylibyśmy o wiele mniej zaniepokojeni jego zbrojeniami. Mógłby przerwać swój program dobrowolnie, tak jak zrobiły to Ukraina i RPA. Nawet gdyby tak się nie stało, liberalny i demokratyczny Iran miałby o wiele mniejszą obsesję na punkcie swojego bezpieczeństwa i, co za tym idzie, o wiele mniej polegałby na broni atomowej.
Administracja Busha, pomimo lansowania doktryny demokratyzacji, nie próbowała zastosować jej w jedynym miejscu, gdzie ideały i interesy strategiczne przecinają się w sposób najbardziej widoczny. Niewiele zrobiono dla promowania politycznej zmiany lub wykorzystania wyraźnej politycznej słabości reżimu mułłów. Kroki, które można by podjąć, są oczywiste: bezpośrednie komunikowanie się z przesiąkniętą duchem Zachodu ludnością Iranu za pośrednictwem radia, internetu i innych mediów; organizowanie międzynarodowego wsparcia dla związków zawodowych, organizacji praw człowieka i innych grup obywatelskich oraz religijnych, które sprzeciwiają się reżimowi; zapewnianie potajemnego wsparcia tym, którzy chcieliby z niego skorzystać; wreszcie nakładanie sankcji - nie tyle po to, aby powstrzymać program atomowy (zapewne nie uda się tego zrobić), ale by "przycisnąć" biznesową elitę wspierającą reżim.
Niektórzy boją się sprowokowania kolejnego powstania na modłę węgierską lub jeszcze jednej masakry na placu Tiananmen. To prawda, mułłowie mogą zdławić wspierane przez nas ruchy opozycyjne, tak jak wcześniej zdławili te, których nie wspieraliśmy. Jednakże Irańczycy nie mieliby się przez to gorzej niż teraz, zaś jeśli niektórzy z nich chcą zaryzykować swe życie dla wolności, kim jesteśmy, by im tego zabraniać?
Nie oznacza to rezygnacji z działań dyplomatycznych. Strategia mająca na celu zmianę irańskiego reżimu jest w pełni zgodna z nieustannymi wysiłkami mającymi spowolnić programy zbrojeniowe Iranu. Może nawet przysłużyć się dyplomacji, gdyż tamtejsi przywódcy obawiają się wewnętrznych rozruchów bardziej niż zewnętrznej presji. W latach 70. i 80. Zachód dążył do kontroli zbrojeń przy jednoczesnym wspomaganiu oporu i liberalizacji wewnątrz bloku sowieckiego. Jedno nie wykluczało drugiego.
Nie powinniśmy się jednak oszukiwać. Wysiłki na rzecz politycznych przemian niekoniecznie przyniosą skutki na tyle szybko, by powstrzymać Iran od skonstruowania bomby. Jest to ryzyko, które musimy podjąć. Jeśli jednak ta lub przyszła administracja zdecyduje, że oczekiwanie na przemiany polityczne jest zbyt niebezpieczne, jedyną odpowiedzią będzie inwazja - a nie tylko uderzenie rakietowe z powietrza - powstrzymująca zarówno program nuklearny Iranu, jak i kładąca kres reżimowi. Jeśli posiadanie broni atomowej przez Iran jest rzeczywiście niemożliwe do zaakceptowania, będzie to jedyną możliwą odpowiedzią zbrojną.
Pokojowym rozwiązaniem dla Iranu są przemiany polityczne. Oto na czym powinniśmy obecnie skoncentrować nasze wysiłki dyplomatyczne i wywiadowcze oraz pokaźne zasoby gospodarcze. Czasu jest niewiele - częściowo dlatego, że tyle lat zostało już zmarnowanych. Lepiej zacząć już teraz, niż marnować kolejne.
p
(ur. 1958), neokonserwatysta, ekspert w Carnegie Endowment for International Peace oraz w German Marshall Fund. Autor bestselleru "Potęga i raj. Ameryka i Europa w nowym porządku świata" (2003). W czasie prezydentury Ronalda Reagana pracował w Departamencie Stanu. Publikuje w "The New Republic", "Washington Post" i "Weekly Standard". Mieszka w Brukseli. W "Europie" nr 8 z 22 lutego br. zamieściliśmy tekst Kagana "USA - nadal potęgą".