Marcin Kula omawia wydaną niedawno po polsku ważną książkę Padraica Kenneya "Rewolucyjny karnawał. Europa Środkowa 1989" (wyd. Kolegium Europy Wschodniej, 2005). Autor analizuje w niej powstanie i ewolucję nowych ruchów społecznych - ekologicznych, pacyfistycznych, feministycznych itd. - działających na terenie Europy Środkowo-Wschodniej pod koniec epoki komunizmu.
W przypadku PRL ruchy te wyrastały z solidarnościowej opozycji, jednak z drugiej strony - jak wskazuje Kula - ich "rozwój był też jakimś dowodem jej porażki, może wręcz objawem jej >>przeżycia się<<". Książka Kenneya zapełnia więc pewną lukę w polskiej wiedzy i świadomości historycznej, gdzie - gdy mowa o opozycji czy podziemiu - jest to niemal zawsze "Solidarność".
p
Cieszy, że w Polsce ukazało się tłumaczenie książki Padraica Kenneya "Rewolucyjny karnawał" - w amerykańskim oryginale wydanej przez Princeton UP w 2002 r., a traktującej o wydarzeniach schyłku lat 80. w naszej części Europy. Autor jest znawcą terenu, o którym pisze, zwłaszcza Polski. Swego czasu wydał bardzo ważną książkę o robotnikach Łodzi i Wrocławia ("Rebuilding Poland. Workers and Communists 1945-1950", Cornell UP, 1997). Zna język polski i wielokrotnie bywał w naszym kraju. Dzięki zbiegowi okoliczności obserwował nawet część spraw, o których pisze - studiując akurat we Wrocławiu.
Kenney objął analizą obszar od Ukrainy po NRD i od Polski po b. Jugosławię. Informacje czerpał zarówno z tekstów pisanych różnorodnej proweniencji, jak i z rozmów z ludźmi swego czasu aktywnymi w ruchach opozycyjnych "drugiej generacji". To te ruchy są właśnie przedmiotem książki. "Solidarność" i wczesna polska opozycja są w niej ciągle obecne - jako czynniki, które stworzyły pewną sytuację, jako źródło inspiracji dla innych, jako zjawisko, wobec którego młodsze pokolenie nieraz się nawet dystansowało - ale głównym przedmiotem analizy są nurty, które czasem określa się mianem "nowych ruchów społecznych". Autor analizuje działania ekologiczne, pacyfistyczne, muzyczne, feministyczne, ruchy trzeźwości, obrońców biednych i emerytów, miłośników fantastyki, ruchy akcentujące sprawy narodowe oraz ruchy najbardziej "karnawałowe" - jak Pomarańczowa Alternatywa.
Jest to książka bardzo ważna na polskim rynku. Pokazuje, że historyk sprawdza się jako badacz współczesności - czego wciąż nie uznają liczni historycy i wciąż nie dostrzega większość czytającej publiczności. Autor uprawia słabo w Polsce obecną "oral history" (charakterystyczne, że nie narodziła się nawet polska nazwa tego typu badań!). Co również istotne, Kenney odtwarza stosunkowo mniej znany fragment rzeczywistości. Chociaż uczestnicy "nowych ruchów" licznie zapełniają dziś scenę polityczną, to w naszej pamięci, myśleniu i dyskursie dominuje "Solidarność". Mniej pamiętamy o nurtach, które w Polsce zrodziły się oczywiście w konsekwencji zaistnienia "Solidarności", ale których rozwój był też jakimś dowodem jej porażki, może wręcz objawem jej "przeżycia się".
Szczerze gratulując autorowi, sam chętnie dopełniłbym wszakże jego analizę o pewną warstwę. Rozumiem, że Kenney musi ograniczyć analizowaną tematykę, gdyż nie sposób pisać o wszystkim. Pisze więc o "nowych ruchach".
Moim zdaniem jednak ich analiza zyskałaby na przedstawieniu głębszych czynników warunkujących - takich, o których niekoniecznie myśleli sami uczestnicy i z których działania może nawet nie zdawali sobie sprawy. Były to czynniki bardzo różne - cywilizacyjne, wynikające z ewolucji komunizmu, a także z jego cech immanentnych. Ruchy analizowane przez autora nie pojawiłyby się, a w każdym razie nie zaistniałyby w takiej formie, gdyby dzisiejszy świat nie był silnie powiązany informacyjnie oraz ekonomicznie. Kenney bardzo ciekawie pokazuje rodzenie się związków różnych "naszych" ruchów z analogicznymi ruchami zachodnimi - ale przecież jeszcze wcześniej wszystko to uwarunkowane było przemianami technologii szeroko rozumianej komunikacji, w tym trudnością realnego zamknięcia poszczególnych krajów (nie wchodziło w grę stworzenie tu kolejnych Korei Północnych).
Nie byłoby udawania "smurfów" przez przeciwników ustroju, gdyby ta audycja nie pojawiła się w Polsce. Może bez niej i bez zjawisk, o których mowa, zrodziłoby się u nas coś innego. W końcu, by spływać Dniestrem na tratwie zrobionej z desek i pustych beczek - jak to robili ukraińscy opozycjoniści - nie trzeba było odwoływać się do high technology. Pozostaje jednak faktem, że zarówno wiele "nowych ruchów", jak i cała Wielka Przemiana były w znaczącym stopniu warunkowane ewolucją cywilizacji.
"Nowe ruchy" były też warunkowane ewolucją czy może erozją samego komunizmu. Na fali przemian wyrosło hasło "powrotu do Europy". Warto jednak pamiętać, że przynajmniej Polska i Węgry już za komunizmu nie były radykalnie odcięte od Europy. Jest zapewne prawdą, że "siły prawa i porządku" głupiały wobec niektórych pomysłów. Myślę jednak, że za czasów Stalina zadziałałyby skutecznie, jeszcze zanim by zgłupiały - nie mówiąc już o tym, że same "głupie pomysły" by się nie pojawiły.
Dość istotną przesłanką zaistnienia "nowych ruchów" była okoliczność, że mimo wszystkich przykrości doznawanych przez ich uczestników nie groziło im już jednak rozstrzelanie i Syberia. Tego typu ruchy non-violence mogą działać tylko wtedy, gdy nasilenie represji nie przekracza pewnego poziomu. Sam Gandhi nie odpowiedział swego czasu na pytanie, czy rekomendowałby swoją metodę, gdyby zamiast przyjęcia przez wicekróla doczekał się nocnego najścia gestapo.
Mam wielki szacunek dla polskich opozycjonistów, którzy w górach - ignorując granicę - spotykali się ze swymi partnerami z południa. Nic im nie ujmując, chcę jednak powiedzieć, że ta granica była już wówczas bardzo słabo strzeżona. Przecież, nawet chodząc turystycznie, nieraz zdarzało się nam pomylić drogi i niechcący zahaczać o Czechosłowację. Bywali "bohaterowie", którzy szpanowali, zjeżdżając na drugą stronę na piwo. Prawda, że nieraz ich łapano. Obawiam się jednak, że granicy ZSRR nikt by jeszcze wówczas nie przekroczył ani przez nieuwagę, ani idąc na piwo.
Problem jest jeszcze szerszy. Nie neguję oczywiście represyjności tego ustroju, trwającej w idiotyczny sposób aż do ostatniej chwili. Pozostaje jednak - jak mi się zdaje - faktem, że w niektórych krajach nie była to już represyjność paraliżująca, nakazująca obchodzenie możliwie wszystkiego i to możliwie największym łukiem. Przecież nawet stan wojenny w Polsce - o którym autor pisze jako o wydarzeniu wywołującym strach - sparaliżował nas jedynie w umiarkowanym stopniu. Po pierwszych paru dniach wielu z nas zaczęło zdawać sobie sprawę, że wśród tych pancernych pojazdów jest jeszcze sporo wolnego miejsca. Oczywiście miała na to wpływ świadoma polityka rządzących, którzy, wbrew potocznemu myśleniu, ograniczali represje. Problem nie ograniczał się jednak tylko do samej litery rozkazów. Rządzący ograniczali represje, ponieważ istotną ewolucję przeszedł ich ideał komunizmu, ich koncepcje wychodzenia z kryzysu, ich wiara we własne możliwości...
Zapewniam, że owi rządzący nie byli mi wówczas ani trochę sympatyczni, że byłem wstrząśnięty tragedią "Wujka". Pozostaje jednak faktem, że o "Wujku" - zarówno my, jak i świat - przynajmniej dowiedzieliśmy się. By docenić ewolucję komunizmu i zrozumieć jej znaczenie, trzeba wziąć za punkt odniesienia np. zajścia w Nowoczerkasku (1962), gdzie protest robotniczy rozstrzelano pociskami dum-dum, a przez lata nikt o nim nawet nie słyszał (przynajmniej w naszej części świata!).
Nawiasem mówiąc, dla rozpatrzenia sygnalizowanego aspektu sprawy ogromnie ważne byłoby zwrócenie uwagi na różnice pomiędzy poszczególnymi krajami obozu. Autor je oczywiście dostrzega - ich akcentowanie jest wręcz jednym z podstawowych wątków książki. Niemniej jednak ciekawe byłoby pójście głębiej w kierunku wyjaśnienia genezy różnic - po pierwsze genezy długofalowej, "głęboko historycznej", a po drugie genezy różnic zaistniałych w ramach komunizmu. Ważne byłoby zwrócenie uwagi na sam fakt "rozregulowania się zegarków" w naszych krajach - mimo dorocznych spotkań przywódców na Krymie, gdzie usiłowano je regulować. Przecież już samo owo rozregulowanie było przejawem erozji systemu. Przejawem erozji było też dopuszczenie do oddolnych, słabo bądź źle kontrolowanych kontaktów w ramach krajów demokracji ludowej. Istotną cechą systemu było przecież oddzielenie "baraków" obozu.
Analizowana przez autora, zróżnicowana w poszczególnych krajach waga stosunku środowisk opozycyjnych do historii lub (i) do własnego języka też była w jakimś stopniu uwarunkowana odmienną ewolucją komunizmu. Na Ukrainie przeszłość odgrywała relatywnie mniejszą rolę niż w Polsce, bowiem tam systemowi udało się znacznie skuteczniej zatrzeć pamięć o niej. W Polsce wiedziano dostatecznie dużo o przeszłości (przekornie powiem, że mimo wszystko także dzięki wysiłkowi zawodowych historyków!), by była to sprawa ważna. Na Węgrzech nawiązywano bardziej do 1848 roku niż do 1956 nie tylko dlatego, że było to taktycznie łatwiejsze, ale także dlatego, że reżimowi udało się wyciszyć dramat 1956 roku do tego stopnia, iż chyba nawet w rodzinnych domach młodzież nie mogła o nim usłyszeć. Z kolei o Węgrach żyjących w "bratniej" Rumunii węgierska młodzież słyszała chyba od samych władz. Zrobiła z tej wiedzy własny użytek ("domy tańca") - ale, by zrobić jakikolwiek użytek z wiedzy, trzeba ją przede wszystkim posiadać.
Bardzo ciekawy w kontekście stosunku do historii był NRD-owski ruch kontestacyjny - a to dlatego że interesujący był stosunek do historii samych władz NRD. Trzeba przyznać, że towarzysze niemieccy mieli tu bardzo trudny orzech do zgryzienia. Musieli ustalić odrębną od ogólnoniemieckiej tradycję czy własny kanon literatury - co przypominało kwadraturę koła. Musieli także uprawiać kult Róży Luksemburg - choć ona, jak wiadomo, popełniała błędy luksemburgizmu i krytykowała towarzyszy sowieckich. Brnąc w kłopoty, towarzysze zdecydowali się nawet potajemnie na próbę ekshumować szczątki Goethego (czy po to, ażeby się przekonać, co było zresztą z góry oczywiste, że nie da się już ich zabalsamować?).
Nawet przyjrzenie się zróżnicowaniu sytuacji w poszczególnych rejonach i miastach kolejnych krajów powinno prowadzić do zajęcia się problemem długo- i krótkofalowych różnic ewolucji historycznej. Jeśli Wrocław był tak specyficzny, jak to przedstawia autor (co jest zgodne z ogólną wiedzą) - to korzeni owej specyfiki trzeba, jak mi się zdaje, szukać w przeszłości.
Kolejny wątek, którego rozpatrzenie - jak sądzę - mogłoby wzbogacić analizę "nowych ruchów", to przyjrzenie się cechom komunizmu, które czyniły truciznę humoru szczególnie efektywną. Na Zachodzie po prostu nie będzie miało większego znaczenia, gdy jakiś zwariowany kontestator domaluje śmieszne wąsy na portrecie prezydenta Stanów Zjednoczonych, czy nawet na portrecie królowej Elżbiety (nie mówiąc już o tym, że nie wystawia się wielu takich portretów publicznie). Nawet tort rzucony zachodniemu politykowi w twarz (też nowa forma ruchu, radykalnie odmienna od strzelania!) nie musi od razu stać się znaczącym wydarzeniem politycznym - choć doraźnie jest przykry dla zainteresowanego. Tymczasem kiedyś w Polsce profanacje portretów przywódców, a bliżej naszych czasów wydrukowanie śmiesznej namiastki pięćdziesięciozłotówki z podobizną Generała zamiast Karola Świerczewskiego, miały znaczenie. Politycznie znaczące były tu dowcipy - nawet jeśli stanowiły broń słabych, a ich część puszczały w obieg same władze i ich elita.
Generalnie, w kontekście ruchów omawianych przez Kenneya, rozpatrzenia wymaga kwestia stosunku komunizmu do humoru, w tym do humoru absurdalnego. Komunizm był ustrojem poważnym, wywodzonym z nauki i zarazem mającym w sobie elementy religii. Taki ustrój nie może pozwolić na śmiech z siebie i w ogóle marnie toleruje śmiech czy lekkość - chyba że nie jest zbyt lekka, dotyka spraw drugorzędnych i w gruncie rzeczy jest przepełniona miłością dla "Stwórcy" (vide komunistyczne szopki noworoczne). Na te cechy strukturalne nakładały się ludzkie cechy "działaczy". Wbrew pozorom, przynajmniej w Polsce, często nie byli oni zbyt pewni swego i pokrywali to na różne sposoby. Kpinę łatwiej znieść przy dobrym samopoczuciu.
Satyryczne "Szpilki" nieraz zasadnie nazywano "najsmutniejszym pismem w Polsce". Książka kucharska, wydana w Polsce w 1954 roku (pierwsza od paru lat, skądinąd już stanowiąca dowód zmian), miała wstęp ideologiczny. Striptiz jako rozrywka był nie do pomyślenia. Aż do pojawienia się Jerzego Urbana jako postaci na scenie politycznej nie było w tym ustroju miejsca dla kogoś, kto byłby odpowiednikiem błazna z dworów królewskich (z jego inteligencją, ale też z jego błazeństwem!). Zresztą Urbanowi - jak pisze Kenney - gen. Jaruzelski też nie pozwolił zbratać się w błazeńskim tańcu z prześmiewcami z Wrocławia.
Ustrój komunistyczny łatwiej tolerował utrzymaną w poważnym tonie wrogość; w ramach swej konstrukcji był nawet przygotowany na jej zaistnienie, wręcz jej potrzebował. Nie mógł natomiast tolerować kpiny. Nie znaczy to oczywiście, że zawsze żyliśmy smutno - bowiem na co dzień, nawet mimo wszystkich braków, żyliśmy znacznie bardziej normalnie, niż Zachód to sobie wyobrażał i niż dziś się to na ogół przyjmuje. Niemniej jednak kabaret był nad wyraz ograniczany. Formuła Pod Egidą była już wyrazem ewolucji ustroju. Nawet przy całej tej ewolucji taki kabaret dopuszczony był jednak wyłącznie jako swoista klapa bezpieczeństwa. Oddziaływał na mały krąg elity, nieraz zresztą też komunistycznej oraz - co również ważne - był mocno cenzurowany, potencjalnie lub realnie.
Na tym tle karnawałowy cyrk antykomunistyczny analizowany przez Kenneya był obrazoburstwem znacznie mocniejszym, niż byłby w większości krajów na świecie. Na swój sposób było to powiedzenie "król jest nagi" ("Śmieję ci się w nos, wcale nie jesteś taki, za jakiego chcesz uchodzić, a co ty możesz?!").
Dalszy element ogólnego uwarunkowania analizowanych ruchów przez system komunistyczny to zastawianie przezeń pułapek na samego siebie. W demokratycznych krajach władze nie odpowiadają za wszystko, a w związku z tym nawet ostry atak w wybranej sprawie nie musi od razu uderzać w nie bezpośrednio. Poszczególne sprawy łatwiej tam zresztą rozdzielić. Ruchy ekologiczne na świecie nie od razu wciągają w orbitę działania cały system polityczny, z rządem i parlamentem na czele. Nawet ruch pokojowy może dotyczyć wybranego aspektu zagadnień. Strajk może się kierować po prostu przeciw przedsiębiorstwu.
Nie od razu musi to być przecież strajk kolei i lotnisk, nie od razu też musi to być wielka fala strajkowa - która na ogół nie pozostawia władz obojętnymi.
W komunizmie, z powodów strukturalnych, nie było natomiast sprawy, która nie dotyczyłaby całości systemu. Hasło sprzątania Bratysławy nabierało charakteru rewolucyjnego, gdyż w konkretnej sytuacji to rzeczywiście komunizm był odpowiedzialny za istniejący stan rzeczy, a nadto w takim ustroju najbanalniejsza sprawa mogła stać się symbolem.
Inny przykład tego typu "pułapki" to rozwiązania przyjmowane w sferze prawa. W komunizmie prawo było marne, często celowo nieprecyzyjne i w bardzo wielkiej liczbie spraw uznaniowe. Liczyło się wykonywanie władzy, a taka konstrukcja prawa była właśnie dla niej wygodna. Gdy z pewnych powodów owo prawo nabrało jednak znaczenia, luki prawne czy nawet pewne piękne, motywowane ideologią przepisy, które rozmijały się z życiową praktyką, paradoksalnie stały się wygodne dla opozycji przynajmniej jako punkt zaczepienia, a nieraz nawet jako instrument obrony.
Bardzo ważnym czynnikiem warunkującym działanie "nowych ruchów", zwłaszcza ruchów pacyfistycznych, było miejsce zarezerwowane w komunizmie dla wojska. Rzecz jest ciekawa i warta głębszego zbadania. Relatywnie łatwo zrozumieć ją w wypadku b. Jugosławii, o czym autor obszernie pisze. Być może łatwo też dałoby się ją wytłumaczyć w wypadku ZSRR, choć tam zawsze dbano - nieraz za pomocą krwawych metod - by wojsko nie wyrosło ponad partię (stąd działanie gen. Jaruzelskiego w grudniu 1981 roku i zajęcie przezeń miejsca, które zajął, było całkowitą anomalią w ramach komunizmu i podobno wzbudzało nawet zastrzeżenia bratnich partii).
W wypadku innych krajów bloku trudniej jednak wytłumaczyć rolę wojska - chyba że uznamy, iż w tej szczególnie newralgicznej sprawie po prostu kalkowano ideologię radziecką i kierowano się "bratnią przyjaźnią". Pozostaje faktem, iż rola wojska wszędzie była na tyle specyficzna, że na przykład opozycja demokratyczna w Polsce bardzo długo pozostawiała wojsko na marginesie swego myślenia i działania - nawet wówczas, gdy naruszyła już chyba wszystkie imponderabilia. Na tym tle odesłanie książeczek wojskowych i wezwanie do odsyłania dalszych były ciosem w samo serce reżimu. Już samo to, że ktoś się odważył uczynić coś takiego (i to bodaj z komentarzem "pieprzę i odsyłam"), było straszne.
Charakterystyczną sprawę niechęci władz wobec opozycyjnego kultu Otto Schimka Kenney tłumaczy obawą przed propagowaniem niesubordynacji.
Może mieć rację - istniało wiele takich zakazów motywowanych obawą, by ktoś przy okazji nie pomyślał w innym kierunku niż pożądany przez władze. W samym Wrocławiu tym właśnie tłumaczył się opór władz przeciw budowie pomnika profesorów lwowskich. Choć akurat ich zamordowali hitlerowcy, to przecież rzecz działa się we Lwowie - i to wystarczyło.
Niechęć wobec pielgrzymek do Machowej tłumaczyła się jednak chyba także antyniemieckością systemu. W jej ramach trudno było przypominać dobrego człowieka w wojsku wroga. Inna sprawa, że wyjaśnienie mogło być w tym wypadku jeszcze prostsze. Gdyby jakiś ruch opozycyjny położył się na kanapie dla uprawiania kultu Księżyca, władze też byłyby pewnie zaniepokojone i zadawały sobie pytanie, przeciw komu ci ludzie leżą.
Niektóre cechy komunizmu warunkujące rozwój "nowych ruchów" w gruncie rzeczy miały szerszy zasięg niż sam komunizm. W każdym ustroju dyktatorskim, a jeszcze bardziej w ustroju motywowanym ideologicznie (quasi-religijnie) aktem opozycyjnym może stać się praktycznie wszystko - bowiem prawie wszystko łatwo nabiera wagi symbolu. Gdy można mówić, co się chce, nikt nie zwróci uwagi na kolor ubrania, długość włosów, sposób mówienia... Charakterystyczne jak szeroka była tu paleta opozycyjnych środków wyrazu - obejmująca nawet bardzo zaskakujące, włącznie z wyrabianiem i sprzedawaniem (na Ukrainie) jakiejś specyficznej, ludowej, czarnej ceramiki przez opozycjonistów w ludowych koszulach. Przedstawienie tego bogatego spektrum jest zasługą Padraica Kenneya, ważną nie tylko z punktu widzenia badań nad komunizmem.
W wielu ustrojach dyktatorskich i "religiopodobnych" opozycja często rodzi się na pograniczu ruchów społecznych (jak np. w Polsce rewizjonizm) - bowiem ludzie oddaleni od establishmentu w ogóle nie mają pola manewru. Nadto pierwsze destabilizacje takich systemów następują najczęściej na ich własnym polu, a ludzie "z daleka" ani nie mają szans, ani nie potrafią się tam poruszać. W konsekwencji opozycja, nawet odnosząc sukcesy, dopiero stopniowo pozbywa się cech myślenia właściwych dla systemu, którego skądinąd wybitnie nie lubi. Warto wspomnieć, że kiedy do Warszawy doszły sygnały, iż Leszek Kołakowski po emigracji z Polski zamierza zanieść swój nowy tekst do paryskiej "Kultury", to (jeśli mnie pamięć nie myli) jego bliscy i skądinąd też opozycyjni koledzy dzwonili doń z poczty (!), by tego nie robił. Czy robili to wyłącznie ze względów taktycznych, żeby nie dawać władzom kolejnego pretekstu do ataku? Czy też dlatego, że "Kultura" wciąż jeszcze była dla nich zbyt obca (choć najpewniej intensywnie ją czytali)?
Jeśli sporo środowisk na Zachodzie - gdzie ZSRR wciąż był niekiedy postrzegany jako alternatywa dla własnego świata - było zrażonych poparciem udzielanym przez premier Thatcher i prezydenta Reagana kontestacji na Wschodzie (o czym pisze autor), to tym bardziej miłość dla nich oraz ślepy zachwyt dla Zachodu zadziwiały niejednego z nas. Prawda, że u nas - przynajmniej w kategoriach praktycznych - łatwiej było dojść do wniosku, że kolegą jest nie "prawicowiec" lub "lewicowiec", lecz człowiek dystansujący się wobec systemu i taki, do którego można mieć zaufanie.
Co dość ważne, ustrój dyktatorski i "religiopodobny" nieraz potrafi skutecznie "zaczarować" umysły szerokich grup. W końcu wielu strajkujących w 1980 roku chciało zarazem zachodniego bogactwa i socjalistycznych rozwiązań - co niestety trudno osiągnąć. W takich ustrojach odniesienia do historii i dyskusje o niej, obszernie omawiane przez Kenneya, są szczególnie ważne, gdyż przeszłość służy jako kostium dla problemów współczesnych, a myślenie o niej spełnia wiele funkcji użytecznych dla opozycji.
Ustroje, o których mowa, paradoksalnie są bardzo wrażliwe - naruszenie centrum pociąga fatalne skutki. Gdyby prezydent Stanów Zjednoczonych wygłosił referat tak uderzający w system jak tzw. tajny referat Chruszczowa, prawdopodobnie wkrótce przestałby być prezydentem, ale system by się nie zachwiał. Taką samą analogię można odnieść do działań Gorbaczowa. Tymczasem ani Chruszczow, ani Gorbaczow nie stracili przez to stanowisk, ale dobili system. Gdyby prezydent Stanów Zjednoczonych funkcjonował tak jak późny Breżniew, w odniesieniu do którego zastanawialiśmy się jedynie, czy działa na baterię, czy przez włączenie do kontaktu, konsekwencje też byłyby zupełnie inne.
W sumie dla celów analizy upadku systemu trzeba poznać obie strony zjawiska - siły umacniające się w rozpatrywanej fazie i siły słabnące. Kenney pisze: "Nie kto inny jak Jerzy Urban jako rzecznik rządu przyznał w rozmowie ze mną w 1997 roku, że to WiP doprowadził do swoich kluczowych zwycięstw, a nie jakaś wewnętrzna liberalizacja w partii czy w wojsku". Nie wiem, czy Urban - a za nim autor - mają do końca rację. Poza wszystkim przed dalszą dyskusją należałoby uzgodnić znaczenie terminu "liberalizacja". Warto jednak pamiętać, że pod koniec istnienia komunizmu partii faktycznie już prawie nie było, a system się rozsypywał. Jeszcze wywędrowanie (lub wyjechanie trabantami!) ludzi z NRD na Zachód, o którym autor też pisze, mogło nastąpić przede wszystkim dzięki bardzo szczególnym okolicznościom międzynarodowym. Decydującego rozkazu strzelania na murze jednak po prostu zabrakło. Bardzo możliwe, że ludzie zdobyliby mur niezależnie od ceny, jaką przyszłoby im wówczas lub później zapłacić. Pozostaje jednak faktem, że rozkazu nie wydano. Nie wydano właśnie dlatego, że system przestawał działać, a wojsko było jego podstawową siłą. Jest sporo prawdy w znanym powiedzeniu, że przy pomocy bagnetów można wiele, ale nie da się na nich siedzieć. Kontrprzykład Pinocheta, który ma pokazywać, że na bagnetach można siedzieć długo i nawet stosunkowo wygodnie, jest mylący - chilijski generał miał znacznie większe zaplecze społeczne niż polski. Miał też lepsze wsparcie za granicą niż ostatnia ekipa PRL.
W końcowej części omawianej książki Padraic Kenney pisze o dzisiejszym rozgoryczeniu wielu uczestników analizowanych przezeń ruchów. To samo można odnieść do często spotykanego dziś przez badaczy rozgoryczenia uczestników strajków, ludzi podziemia, tajnych drukarzy i wreszcie rozgoryczenia bardzo wielu sympatyków przemian. Zjawisko to można wyjaśnić czynnikami ogólnoludzkimi i ponadczasowymi. Znane jest ono z czasów następujących po wszelkich przewrotach i wojnach. Zostawmy jednak ten ogólnoludzki aspekt sprawy na boku. Zjawisko to można też tłumaczyć - i tak czyni autor - specyfiką przejścia ustrojowego. Gdyby zaistniała wyraźna cezura między dwoma ustrojami, wielu ludzi prawdopodobnie rzeczywiście byłoby mniej sfrustrowanych - choć nie jest powiedziane, czy w niejednym przypadku nie opłakiwaliby zarazem swoich bliskich.
Zjawisko można też wyjaśnić w jeszcze jeden sposób - tym mianowicie, że transformacja nie spełniła oczekiwań bardzo wielu ludzi; także ludzi swego czasu aktywnych w działaniu na jej rzecz. Jest oczywiście bardzo prawdopodobne, że oczekiwania społeczne były w dużej mierze naiwne. Jest też możliwe, że inną drogą po prostu nie można było pójść. Pozostaje faktem, że dla wielu ludzi naznaczona silnymi podziałami sytuacja społeczna w krajach pokomunistycznych jest bardzo trudna, co - po dobrze wróżących na przyszłość przemianach - niewątpliwie musi wywoływać frustrację.
p
, ur. 1943, historyk i socjolog. Profesor Uniwersytetu Warszawskiego oraz Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźminskiego w Warszawie. Opublikował m.in.: "Dzieje Brazylii", "Anatomię rewolucji narodowej (Boliwia w XX wieku)", "Narodowe i rewolucyjne", "Zegarek historyka", "Paryż, Londyn i Waszyngton patrzą na Październik 1956 r. w Polsce". W ub. r. ukazał się wybór jego artykułów "Historia - moja miłość (z zastrzeżeniami)". W "Europie" nr 2 z 11 stycznia b.r. zamieściliśmy tekst Kuli "Solidarność w 80 procentach".