Dziennik Gazeta Prawana logo

Słowiańscy sąsiedzi

5 listopada 2007, 12:07
Ten tekst przeczytasz w 31 minut

Prezentujemy dziś na łamach "Europy" fragment książki Karla-Markusa Gaussa "Umierający Europejczycy", która właśnie ukazuje się nakładem wydawnictwa Czarne. Autor zafascynowany od dawna kulturą mniejszości narodowych Europy Środkowej opisuje w niej m.in. Łużyczan, mały słowiański naród żyjący od stuleci w niemieckiej Saksonii i Brandenburgii. "Przez tysiąc dwieście lat byli oni uciskani przez zmieniających się w regionie panów. Raz zakazywano im używania ich języka, potem uczęszczania do szkoły, raz mieli nad sobą despotycznego księcia, innym razem chciwego biskupa". Skomplikowane dzieje Łużyczan są dla Gaussa okazją do refleksji nad problemem asymilacji i oporu wobec niej, nad rolą języka i obyczajów w utrzymaniu tożsamości, wreszcie nad charakterystycznym dla "oblężonych" mniejszości konserwatyzmem i zasklepieniem.

p

W roku 805 po narodzeniu Chrystusa Karol Wielki próbował wytrzebić hańbę pogaństwa w Saksonii. Całą swoją armię wysłał na wyprawę przeciwko dwudziestu zamieszkałym tam słowiańskim plemionom, które odprawiały bluźniercze rytuały i zupełnie nie po chrześcijańsku wzbraniały się przed płaceniem trybutu. Atak chrześcijańskich rycerzy zakończył się sukcesem, lecz ich ofiarą padło tylko dziewiętnaście, a nie dwadzieścia plemion. Jedno zdołało przetrwać i by się przed nim obronić pacificus imperator, cesarz Zachodu, stworzył limes sorbicus, umocnioną granicę sięgającą od Magdeburga do Regensburga. Później także i to dwudzieste plemię zostało podbite, i od tego czasu było podbijane tak często, iż zakrawa na cud, że w ogóle istnieją jeszcze ludzie określający się jako Łużyczanie.

Przez tysiąc dwieście lat byli oni uciskani przez zmieniających się w regionie panów. Raz zakazywano im używania ich języka, potem uczęszczania do szkoły, raz mieli nad sobą despotycznego księcia, innym razem chciwego biskupa. Ale Wendowie, jak się sami nazywali, poradzili sobie z prześladowaniami i pokusami asymilacji.

Często radzono Łużyczanom, by porzucili stare obyczaje i rozmawiali po niemiecku, a nie w tym okropnym słowiańskim dialekcie. Ci, którzy wymagali od nich tej ofiary, wytaczali argumenty takiego kalibru jak oświecenie, postęp, braterstwo. I wszystko jedno czy sławili oświecony absolutyzm, wielkoniemiecką ojczyznę, czy też społeczeństwo bezklasowe, wszystkich tych surowych wychowawców zawsze łączyła jedna rzecz: w świetlanej przyszłości, którą tak zachwalali, nie chcieli widzieć żadnych Łużyczan. Fryderyk Engels, kiedy podobała mu się walka jakiegoś małego narodu, mówił życzliwie o "narodowych kwiatach", a kiedy w gorszym nastroju rozmyślał o procesach historycznych, mówił pogardliwie o "śmieciach ludów". Za rządów Bismarcka zjednoczone Niemcy próbowały konsekwentnie i z całą surowością nauczyć tych "kulturowych reakcjonistów", jak nazywano Łużyczan, niemieckiego postępu, a jeden z propagandystów, któremu już wtedy marzyło się "ostateczne rozwiązanie", żądał, by "skończyć z resztkami Wendów". Wtedy kraj zalały zastępy uskrzydlonych niemieckim duchem nacjonalistycznym nauczycieli i pastorów, by ów zacofany "narodek" nauczyć pruskiego porządku. W końcu pojawili się narodowi socjaliści, którzy zamierzali w ciągu jednego pokolenia zakończyć tę trwającą od stuleci irytującą sprawę. Intelektualiści mieli zostać całkowicie zasymilowani - pod warunkiem, że zrozumieją swój błąd i zadeklarują chęć poprawy, lub zostaną bezlitośnie wymordowani, zaś plany Himmlera dla "pozbawionego przywódców ludu roboczego" przewidywały, że po wojnie zostanie on przesiedlony na Wschód do pracy niewolniczej.

Tak jak niemal wszystkie mniejszości, także i Łużyczanie przez stulecia z przekory wybierali dobrowolne odcięcie od świata; poddawani naciskom, wycofywali się do swoich tradycji, kultu własnych zwyczajów i przyzwyczajeń. Mniejszości zawsze uważają, że muszą jedynie zachowywać to, co otrzymały w spadku z dawnych czasów. Wzmacnia to wprawdzie ich poczucie wspólnoty, ale równocześnie czyni z nich ofiary paraliżującego konserwatyzmu. Dlatego Łużyczanom, którzy nie wierzą w Kościół katolicki ani we wspólnoty ewangelickie, trudno przychodzi krytykowanie ich władzy, gdyż wspaniały ceremoniał Kościoła narodowego, ów wymóg bogato rozwiniętego życia religijnego jest przecież jednym z filarów ich tożsamości. Nawet jeśli w formach nazwiska zachowała się od dawna już nieistniejąca relacja męskiej dominacji, tradycja tworzenia nazwisk jest jednak bardzo droga sercom wielu Łużyczan, bo przetrwał w niej fragment łużyckiej historii. Wszystkim mniejszościom, tak dumnym ze swych małych różnic, grozi skostnienie i postrzeganie swojej tożsamości wyłącznie w kategoriach inności, przez pryzmat rzeczy, które u nich są inne. Wszystko jedno, czy lepiej inne, czy gorzej inne, najważniejsze, żeby było inne po naszemu. Ciasnota horyzontów, głupota i obsesje muszą wtedy także zostać zachowane, nie dlatego że są ciasne, głupie i obsesyjne, ale dlatego że są nasze własne, a to w każdym przypadku należy zachowywać i chronić, nie przyglądając się bliżej i nie analizując.

Na czym polega łużyckość, której tak wielu przez stulecia tak wiernie się trzymało mimo prześladowań i przemocy i od której teraz, kiedy nie grozi im już żadna krzywda, stopniowo się oddala? Co o niej stanowi, o tej osławionej tożsamości? Strój ludowy? Zwyczaje? Procesje? Pielgrzymki? Język? Wola, by z jakichś niezgłębionych powodów przyznawać się do określonej narodowości? A może jest to kwestia długich lat ucisku?

Od kilku lat także dwa wschodnioniemieckie landy, Saksonia i Brandenburgia, próbują się reklamować jako cele podróży i regiony turystyczne. W żadnej broszurce reklamowej nie brakuje Łużyczan, którym przypisuje się ogromną folklorystyczną atrakcyjność, i zamieszcza głównie fotografie w strojach ludowych. Strój ludowy? Na co dzień zaledwie kilka starych kobiet wkłada na siebie ten sprawiający bardzo surowe wrażenie strój, czarne lub niebieskie sukienki i fartuchy. Prawie nikt nie nosi też od rana do wieczora, w domu i poza domem, owego monstrualnego nakrycia głowy, wyglądającego nie jak chustka, lecz raczej jak mocno naciągnięta opaska uciskowa z doczepionym na wierzchu czepkiem, który całkowicie zasłania włosy, a do tego z tyłu rozdziela się w zupełnie niepraktyczne podobne do motylich skrzydła sięgające ramion. Co prawda lepszy strój ludowy, o jaśniejszych kolorach, wykonany z najlepszego płótna i białego jedwabiu wyciąga się jeszcze z szafy na Wielkanoc i inne uroczystości roku kościelnego. Ale nawet najpiękniejszy z tych strojów - biała, bogato zdobiona na piersiach sukienka, którą dziewczynki noszą na procesji Bożego Ciała, pierwszej komunii czy bierzmowaniu, wcale nie jest już tak chętnie noszona przez nieco starsze dziewczęta, słuchające nie tylko wiejskiej orkiestry dętej, ale też rocka i rapu.

Zwyczaje? To prawda, że tysiące ludzi bierze udział w Jeździe Wielkanocnej - jeźdźcy, którzy nie pożałowali grosza, by na tę okazję wypożyczyć pięknie przybranego konia z okolicznych doskonale prosperujących stadnin, z godnością galopują przez kraj. Między parafiami Wittchenau/Kulow i Ralbitz/Ralbicy Jazda Wielkanocna odbywa się od roku 1540. Zwyczaju tego nie przerwały nawet wojny, prześladowania czy lata biedy. Korzenie tej tradycji sięgają czasów przedchrześcijańskich, wtedy rytualny objazd pól miał przepędzić złe duchy i zapewnić ochronę nasionom. Schrystianizowany i wkrótce przekształcony w narodową liturgię zwyczaj jest dla Łużyczan świętością. Nic nie jest w stanie przeszkodzić w uczestnictwie w Jeździe Wielkanocnej - nawet gdy jakaś rodzina opłakuje śmierć bliskiej osoby, koń nosi czarną kokardę na ogonie, a pogrążony w żałobie krewny dosiada rumaka i dołącza się do kawalkady jeźdźców jak przez wszystkie poprzednie lata. Nowicjusze podczas swojej pierwszej jazdy mają na głowach mirtowe wianki, najbardziej doświadczeni uczestnicy konnej procesji mogą przyozdobić się widoczną z daleka plakietką, pokazującą, ile razy już brali w niej udział. Kto uczestniczył pięćdziesiąt razy, z dumą przypina sobie złotą plakietkę. W NRD ten stary zwyczaj nie był zabroniony, ale przez przymusową kolektywizację rolnictwa liczba hodowanych koni spadła tak drastycznie, że wielu chcących uczestniczyć w jeździe nie miało własnego konia ani nie było w stanie zdobyć go w najbliższej okolicy. (...)

Wszystkie te zwyczaje niepowstrzymanie przechodzą w sferę czystego folkloru i tak samo jak w wypadku stawiania "majowego drzewka" w krajach alpejskich (który to zwyczaj znają także Łużyczanie) dla uczestników i widzów mogą one być nadal przyjemną rozrywką, ale na przeżycie umacniające wspólną tożsamość już się raczej nie nadają.

Słyszy się, że w wielu miejscach niemieccy sąsiedzi Łużyczan przyłączają się do Jazdy Wielkanocnej, co wielu Łużyczan napełnia dumą, lecz równocześnie i troską. Co stanie się z Jazdą Wielkanocną, jeśli nie będzie ona już łużycką Jazdą Wielkanocną? Gorzej: co stanie się z Łużyczanami, kiedy już nie będzie zwyczajów należących wyłącznie do nich?

Strój, zwyczaje - a może pielgrzymki? Co roku ponad tysiąc osób pielgrzymuje do Rosenthal, a wiele spośród nich poza tym nie odczuwa głębszego związku z Kościołem katolickim. Miejscy Łużyczanie z Budziszyna, dla których chłopski Kościół ludowy jest już zjawiskiem obcym, opowiadali mi, że pielgrzymka do Rosenthal/Rózant zawsze potrafi poruszyć w nich jakąś strunę, która poza tym niemal przez cały rok się nie odzywa. Owa pielgrzymka to wielkie wspólnotowe przeżycie, ale zawsze była pielgrzymką błagania o łaskę, pielgrzymką, podczas której proszono Matkę Boską o wsparcie, dlatego wiąże się przede wszystkim z cierpieniami Łużyczan, wspólnoty, która nie mogła mówić swoim językiem, nosić swoich nazwisk i publicznie kultywować swoich tradycji. Za czasów NRD utrzymujące się od setek lat ograniczenia zostały zniesione, Łużyczanom przyznano status mniejszości etnicznej, lecz przynajmniej religijny aspekt cierpienia nadal pozostawał aktualny - walka z bezbożnym, wrogim Kościołowi reżimem potrafiła jeszcze rozgrzać narodową historię męki. Ale dzisiaj? Brutalne traktowanie ustąpiło miejsca łagodnemu wspieraniu, dzięki Fundacji dla Narodu Łużyckiego do Łużyc napływają pieniądze, kto chce chodzić do kościoła i modlić się po łużycku, może to robić, a kto próbuje pielęgnować rodzime tradycje i najchętniej codziennie chodziłby w odświętnym stroju ludowym, ten sprawi tylko radość pełnomocnikowi do spraw turystyki.

A może łużyckość opierała się na tym, że pewna grupa ludzi już przez samo pochodzenie była narażona na ataki? Fakt, że Łużyczanie tak długo przetrwali jako wspólnota narodowa, rzeczywiście wiąże się z koniecznością obrony przed wielkim narodem, który całkowicie otaczał ich ziemie, przeciwstawiania się Niemcom i ogromnemu naciskowi germanizacji, jaki wytwarzało ich sąsiedztwo. Im zimniejsza zdawała się niemiecka siła, tym bardziej zamykali się w swych ciepłych, małych wspólnotach, odgradzając się od świata. Teraz, kiedy ich narodowe prawa są zagwarantowane, nie są już narażeni na nacisk germanizacji, lecz ssącą siłę asymilacji. Przez długi czas w niemal zagadkowy sposób potrafili bronić się przed naciskiem; zasysaniu przez asymilację (jak wielu z nich się obawia) wkrótce ulegną.

Pozostaje jeszcze język - czy to on stanowi o łużyckości Łużyczan? Czy to właśnie język czyni z Łużyczan tych, kim są, kim chcą być? Język łużycki zalicza się do grupy języków zachodniosłowiańskich i jest w jej obrębie traktowany nie jako dialekt, lecz w pełni wykształcony język z własnym systemem gramatycznym i bogatym słownictwem. Lecz tak samo jak Aromuni, Samowie czy Albańczycy, także i Łużyczanie nie ustanowili obowiązującej formy pisanej swojego języka.Dwie wersje języka pisanego, w jakich występuje łużycki, znacznie różnią się między sobą, przy czym górnołużycki, którym mówi się na południu, spokrewniony jest bardziej z czeskim, zaś dolnołużycki, obecnie znacznie osłabiony, z językiem polskim. Poeci łużyccy przez wieki opiewali język łużycki w tonach niemal religijnych. W okresie uciemiężenia był on dla nich jedyną ojczyzną, okazał się niezniszczalną prawdą, która pokonała kłamstwo ciążące nad władzą i jej poddanymi. W bezdusznym świecie, z którego zniknęły cuda, ukrywał w sobie tajemnicę, w życiu, w którym wszelkie uciechy prowadzą w pustkę, był ostatnią świętością.

Przez stulecia język łużycki był przede wszystkim zagrożony przytłaczającym sąsiedztwem niemczyzny, a poezja łużycka ma w sobie coś z zaklęć nakłaniających naród, by nie oddalał się od wspólnej matki, języka. Trzeba jednak przyznać, że tysiącletnie związki języka łużyckiego z niemieckim nie zawsze miały tak fatalne skutki. W rzeczywistości Łużyczanie co jakiś czas odbierali z Niemiec ożywcze bodźce i impulsy do dalszego rozwoju. XIX wieczny pansłowiański entuzjazm dotarł także i do nich, lecz choć wzmocnił kulturową świadomość narodu, nie przyniósł niemal żadnych skutków politycznych. Łużyczanie właściwie nigdy nie próbowali stworzyć własnej formy państwowej poza granicami Niemiec. W latach 1918 i 1945, po strasznych okresach, kiedy ich narodowa tożsamość była negowana, pojawiały się pewne dążenia, by przyłączyć Łużyce do słowiańskiego bratniego narodu Czechów i Słowaków. W 1945 roku niektórzy działacze forsowali nawet politykę zawierania małżeństw, która w sferze życia prywatnego miała antycypować późniejsze połączenie z Czechosłowacją na poziomie państwowym. Łużyckie chłopskie córki miały wychodzić za czeskich proletariuszy, a morawskie dziewczyny za łużyckich drągali. Jeśli za wartość nadrzędną uznamy samą egzystencję narodu, błogosławieństwem dla Łużyczan był fakt, że plan przyłączenia Łużyc do Czechosłowacji nie został zrealizowany. Wtedy bowiem język łużycki w obrębie jednego pokolenia uległby przewadze pokrewnego języka czeskiego i uchodziłby teraz prawdopodobnie za chłopski dialekt używany w kuchni i stajniach. Ponieważ tak się nie stało, łużyckość utrzymała się także po roku 1945.

Dzisiaj co prawda do Łużyczan zalicza się zaledwie około 60 tysięcy ludzi i nawet polityka edukacyjna umożliwiająca nauczanie w języku ojczystym aż do poziomu liceum nie jest w stanie powstrzymać zanikania języka łużyckiego. Umiejętność mówienia o wszystkich sprawach życia codziennego, czyli wszystkich zjawiskach nowoczesności, ginie nawet u ludzi, którzy sami czują się Łużyczanami, a tymczasem literatura łużycka zadziwiająco rozkwita. Kito Lorenz, który wskazał drogę całemu pokoleniu pisarzy, jako jeden z pierwszych próbował uwolnić język poetycki od pewnego konserwatyzmu, jaki panował w języku od czasu wielkich twórców XIX-wiecznych, którzy uczynili z łużyckiego język zdolny wyrażać wszelkie odcienie znaczeniowe.

Współczesna literatura tworzy dość specyficzny język, gdyż oddaliła się od owego mocnego, lecz w zakresie możliwości wyrazu nieco ograniczonego języka ludowego, dla którego nadrzędnym celem było znalezienie łużyckich odpowiedników dla wszystkiego, co można powiedzieć po niemiecku. Obecnie powstaje raczej coś w rodzaju "trzeciego języka", jak określiła go Ró.za Doma.scyna, swobodnie poruszającego się między niemieckim i łużyckim, ze strofy na strofę zmieniającego narodowość lub przenoszącego z jednego języka do drugiego słowa, formy gramatyczne czy możliwości syntaktyczne, by zaraz potem spróbować wymiany w drugą stronę.

Codzienna bliskość innego języka jest wreszcie postrzegana nie jako zagrożenie, lecz szansa; dawny, uzasadniony strach przed germanizacją ustąpił uldze, że można być i Łużyczaninem, i Niemcem, myśleć, mówić i pisać po łużycku i niemiecku. Najbardziej chyba znany łużycki pisarz zeszłego stulecia, Jurij Bre.zan urodzony w 1916 roku, często nagradzany i czasami ganiony w NRD, odczuwał swoją podwójną tożsamość Niemca i Łużyczanina jako dramat: "Jestem do Niemiec bardziej niż przywiązany: wrośnięty, zrośnięty i nie ma widoków na uwolnienie, może tylko, jeśli rozetnę się na pół". Młodsi twórcy odczuwają tę sytuację łagodniej: podwójna przynależność i podwójna obcość dają także dwa razy tyle możliwości rozwoju, ale i ponoszenia klęsk.

Najbardziej wolne umysły Łużyc zawsze były otwarte na świat i nastawione patriotycznie. Wielcy uczeni humanizmu, reformacji, oświecenia byli zagorzałymi obrońcami swego łużyckiego narodu, a równocześnie wielojęzycznymi intelektualistami, dla których nie tylko Łużyce były domem. Żądali godnego traktowania, a często musieli znosić zło, które ludzie potrafią zadać ludziom. Jan Rak, korespondujący z Lutrem, Konradem Celtisem i Ulrichem von Huttenem, założyciel Universitas Serborum, pierwszej szkoły średniej w Chociebużu, został wypędzony z ojczyzny, a żegnając się ze swymi uczniami prosił ich, by w imię wolności także wybrali wygnanie i niewygodę: "Kiedy prześladują was w tym mieście, uciekajcie do innego. Przecież ja nie z powodu wrodzonego szaleństwa lub haniebnego charakteru jestem zmuszony opuścić to miejsce (o to ci kłamcy obwiniają wszystkich poetów)". Jan Bok, urodzony w 1569 roku w Vetschau, przez habsburskiego cesarza Rudolfa II w Pradze obdarzony tytułem poeta laureatus, władał siedmioma językami (wśród których własny, łużycki, określał jako język "sarmacki") i uchodził za jednego z najważniejszych uczonych swojej epoki; niewinnie oskarżony o szpiegostwo, został wrzucony przez cesarza do lochu, gdzie napisał swe "Olympias Carceraria" zawierające "Przedśmiertną pieśń niewinnie skazanego na śmierć": "Wiem, że nie jestem pierwszym / nie będę także ostatnim / którego niewinnie skazano / który się nie buntuje".

Jan Boguwer Rychtar, duchowny ewangelicki łączący pietyzm i oświecenie, przypominający o niezwykłych szczegółach łużyckiej historii, na przykład o sposobie liczenia dawnych Wendów, którzy posługiwali się tylko u nich stosowanym systemem dwudziestkowym, został zamordowany w 1765 roku przez dogmatycznych studentów we Frankfurcie nad Odrą.

Innym powiodło się lepiej. Pastor Hadam Bohachwal .Serach jest uznawany za założyciela współczesnej nauki o pszczołach. Jego sława była tak wielka, że zjeżdżali się do niego specjaliści z całej Europy, by później rozpowszechniać jego metody pszczelarskie we wszystkich krajach. Serach był Łużyczaninem o wysokiej świadomości narodowej, w 1755 wydał poruszające "Pisma o ochronie dawnych Słowian i Wendów", które stały się wzorem dla podobnych publikacji. Lecz równocześnie nie miał nic przeciwko temu, by uważano go za Niemca, pod swoim niemieckim nazwiskiem Schirach jest jeszcze dzisiaj wymieniany jako ważny uczony, który swoim zdaniem "Pszczoła śpiewa i mówi" zapoczątkował naukowe badania niezwykle złożonego zjawiska porozumiewania się pszczół.

Po roku 1945 przez Łużyce przeszły dwie fale samobójstw. W latach 50. niektórzy chłopi woleli utopić się w studni, kiedy z miasta przybywały rozśpiewane brygady młodych komunistów, by symbolicznie przypieczętować przymusową kolektywizację; państwo zabierało wtedy gospodarstwa wraz z żywym inwentarzem będące od stuleci w posiadaniu jednej rodziny, której zapewniały skromny dobrobyt.

Później chłopi wieszali się w wioskach, do których inżynierowie planiści wysyłali ciężarówki, żołnierzy i buldożery. Domy były opróżniane, dobytek ładowany na ciężarówki, a potem całe wioski wysyłano do wybudowanych naprędce nowych dzielnic miasta, oczywiście z najlepszą infrastrukturą, przedszkolami, obiektami sportowymi i domem kultury. W ten sposób tysiące łużyckich chłopów równocześnie uległo proletaryzacji i germanizacji, a ich wykorzenieni potomkowie mieszkają do dzisiaj na wielkich peryferyjnych osiedlach w Hoyerswerdzie i chcą, żeby w Niemczech było miejsce tylko dla Niemców, a nie dla obcej hołoty i azylantów-naciągaczy. Trzydzieści, czterdzieści lat temu, kiedy w szale realizowania oderwanych od rzeczywistości planów pięcioletnich budowano przemysł ciężki, nie tylko bezlitośnie zniszczono równowagę ekologiczną regionu, lecz także - poza niewielkim katolickim terytorium rdzennym - zadano ciężkie straty Łużyczanom. Tam, gdzie musieli opuszczać swe gospodarstwa i wioski, bardzo szybko ulegali germanizacji. Działacze kultury zbierali w przeznaczonych do rozbiórki domach przedmioty codziennego użytku uznane za typowe dla stylu życia Łużyczan, by potem eksponować je w pedagogicznie słusznych muzeach regionalnych, które służyły NRD jako dowód prowadzonej bez uprzedzeń polityki przyjaznej dla mniejszości.

A przecież to właśnie w NRD Łużyczanie po raz pierwszy w swojej długiej historii zostali oficjalnie uznani za mniejszość narodową, zaś państwo wspierało wysiłki na rzecz podtrzymania ich tradycji. Lecz to, co dostawali w postaci środków finansowych na prezentacje kulturalne, zabierały im następnie kombinaty, niszcząc realne podstawy egzystencji. W NRD Łużyczanie byli traktowani z sympatią przede wszystkim wtedy, gdy system chciał pokazać swoją tolerancję i zyskać wsparcie w postaci barwnego, acz nieszkodliwego folkloryzmu. Jeśli żądali czegoś więcej, od razu byli piętnowani jako reakcyjni nacjonaliści. Łużycki pisarz Jurij Koch zaczął wtedy pisywać swoje ponure reportaże rejestrujące spustoszenie łużyckiej ziemi. Wcześnie zauważył związek między ochroną środowiska i narodowym oporem. Gigantyczna kopalnia odkrywkowa, która wgryzała się w całe Łużyce, drążyła dziury, powodowała stepowienie łąk, przeganiała zwierzynę, musiała także zagrażać samym Łużyczanom i ich narodowej egzystencji.

Na wrzosowisku piękno i spustoszenie sąsiadują blisko ze sobą, za szczytami zaczarowanych drewnianych domów jak z bajki sterczą w dali ogromne koparki czerpakowe. Tuż za terenem zamieszkanym zaczyna się step, kilometrami ciągną się głębokie dziury i hałdy. Nic zielonego, kwitnącego jak okiem sięgnąć, tylko piasek, pustka, krater. Boxberg, Reichwalde, Nochten, te księżycowe krajobrazy, które stworzyła kopalnia, leżą blisko Schleife, Rohne, Mulkwitz, starych wsi, które zachowały się jakby przeniesione żywcem z bajkowej przeszłości.

Trzeba było wyburzyć wiele wiosek, zniszczyć tysiące hektarów żyznej ziemi, by przez dziesięć lat prowadzić tutaj gospodarkę rabunkową, której ślady będzie widać jeszcze po stu latach. W ciągu tych dziesięciu lat ziemia została wypatroszona, cały węgiel wybrany, a połowę energii, którą z niego uzyskano, kombinat sam zużył na jego wydobycie. (...)

Nigdzie w Niemczech nie ma tylu pożarów lasów, co w zagłębiu węglowym na Łużycach. Grunt, na którym jeszcze stoją drzewa, jest wysuszony i pokryty cienkim nalotem pyłu węglowego, który łatwo może się zapalić. Woda gruntowa została odpompowana na dużych powierzchniach, bo wydobycie węgla może zacząć się dopiero, gdy do krateru nie podchodzi woda.

"Gdy wreszcie eksploatacja węgla zostanie ostatecznie zakończona - powiedział Jürgen Matschie - wtedy ci w Berlinie zobaczą, że Szprewa już dawno płynie tylko dlatego, że dostaje wodę gruntową z Łużyc. Wówczas będzie z nimi krucho". Kilka tygodni później, kiedy byłem już z powrotem w Salzburgu, Jürgen Matschie przysłał mi list, z dołączonym wycinkiem z "Sächsische Zeitung", opisujący pewien wypadek. Zniknęły trzy samochody zaparkowane na niebudzącym podejrzeń brzegu nieczynnej kopalni żwiru, która była zalana wodą i służyła jako kąpielisko. Zalesiony kawałek brzegu o długości stu metrów nagle oderwał się i osunął do jeziora. Na Łużycach chodzi się po kruchym podłożu.

Rozległe tereny osadnictwa Dolnych Łużyczan, których w XV wieku mieszkało tu jeszcze 200 tysięcy, skurczyły się do garstki wsi wokół Chociebuża. Już w XVIII wieku trzysta dolnołużyckich wiosek stało się niemieckimi osadami, gdyż presja wywierana na Łużyczan tutaj, na brandenburskiej północy regionu, była nieporównywalnie silniejsza niż nacisk, jakiego doświadczali katoliccy łużyczanie na saksońskim południu.

Katolicy są mniejszością w obrębie mniejszości łużyckiej, lecz jest to mniejszość, która pewnego, niezbyt odległego dnia będzie stanowiła cały łużycki naród. Protestanci stanowią wprawdzie większość, ale przez długie stulecia poddawani germanizacji przez swych zwierzchników kościelnych, raz subtelnie i z ukrycia, raz brutalnie, przeważnie zatracili swój język. I tak reformacja, która wśród Łużyczan znalazła gorących zwolenników, przyniosła im raczej wątpliwe korzyści. O ile na początku dała impuls, by pisma kościelne z łaciny przetłumaczyć na łużycki, dzięki czemu w ogóle mogła się rozwinąć literatura łużycka, to później niemieccy zwierzchnicy Kościoła zaczęli tworzyć na Łużycach ojczyznę bez hańbiącej słowiańskiej plamy na niemieckich mapach. W roku Pańskim 1728 ewangeliccy pastorzy otrzymali polecenie, by do komunii dopuszczać jedynie dzieci, które wystarczająco znają język niemiecki, a do nastania narodowego socjalizmu, który z łużyckiego uczynił język zakazany, często stosowano podobne środki przymusu w Kościele stawiającym sobie za cel czysto niemieckie chrześcijaństwo.

Dzisiaj na Dolnych Łużycach mieszkają ludzie, którzy nawet nie mówią już po łużycku - nie wspominając o umiejętności pisania - lecz mimo to nadal nazywają się Łużyczanami. Największe tłumy wielkanocnych jeźdźców ciągną co roku od wioski do wioski przez Łużyce Dolne, a gdziekolwiek się pojawiają, witani są przez widzów ubranych na tę okazję w łużycki strój ludowy i zachwycających się nimi po niemiecku. Od dawna już na Łużycach Dolnych ludzie z pasją rzucają się na folklor, gdyż tylko w nim potrafią się odnaleźć. Co jakiś czas usilnie celebruje się wierność ojczyźnie i odgrywa łużyckość, lecz gdy przeszłość odgrywana jest dzisiaj jako sztuka iluzji, nasuwa podejrzenie, że zawsze była jedynie kłamstwem.

W Spreewaldzie iluzja ta znalazła wspaniałe tło przyrodnicze. Ten niewielki las poprzecinany niezliczonymi rzeczkami leży na krańcu Łużyc, oddalony zaledwie 80 kilometrów od Berlina. Już w zeszłym stuleciu berlińczycy zaanektowali Spreewald jako romantyczny teren wypoczynkowy i na potrzeby milionów odwiedzających, którzy obecnie przyjeżdżają tu co roku, kelnerzy, właściciele pensjonatów, sprzedawcy pamiątek i przewoźnicy, którzy prowadzą niewielkie łódki turystyczne przez sieć kanałów, ciągle przebierają się za ostatnich Łużyczan. To tubylcy, którzy nie posiadają już żadnej pamięci, lecz zarabiają na życie wykorzystując przeszłość, która stała się im całkowicie obca. Wciśnięci w fałszywe stroje ludowe, z kilkoma łużyckimi frazami powitalnymi, zaspokajają tęsknoty ludzi upajających się małą ojczyzną i autentycznością, którzy (niezależnie od tego, co dostarczy im turystyczny przemysł) nieomylnie potrafią dostrzec je tam, gdzie właśnie zostały bezpowrotnie zniszczone.

p

(ur. 1954) - austriacki pisarz, eseista i tłumacz. Jego twórczość to przede wszystkim literacka eksploracja obszaru Europy Środkowej i Południowej - jest autorem eseistycznych quasi-reportaży, w których opisuje m.in. tamtejsze mniejszości narodowe (Łużyczan, Arboreszów, sefardyjskich Żydów z Sarajewa itp.), mniej znanych pisarzy i twórców kultury. Gauss jest laureatem wielu nagród literackich, współpracuje z czołowymi niemieckimi pismami ("Die Zeit", "FAZ"). Opublikował kilkanaście książek, w tym m.in. "Die Vernichtung Mitteleuropas" (1991), "Das europäische Alphabet" (1994) oraz "Die versprengten Deutschen" (2005). W Polsce ukazała się książka "Psożercy ze Svini" (wyd. Czarne, 2005).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj