Opinia Pascala Brucknera na temat niedawnego konfliktu wokół karykatur Mahometa jest radykalna i jednoznaczna. Nawet jeśli uznać rysunki za bluźniercze, było to bluźnierstwo konstruktywne, zmuszające do "stawiania niepokojących pytań". Uwypukliło ono istotny problem: "Do jakiego stopnia ma się prawo czynić z religijnego wyznania narzędzie polityki przemocy, zabójstwa i eksterminacji".
p
Z pozoru ekstremiści odnieśli zwycięstwo. Od Dżakarty aż po Teheran rozwścieczone tłumy gotowe zabijać wyraziły swój gniew, niszcząc okryte hańbą symbole Zachodu. Wszystko to było nader podobne do masowych zamieszek z lat 30. W Londynie manifestanci powiewali transparentami "Wolność w piekle", "Przygotujcie się na prawdziwy Holocaust", "Wytępić tych, którzy drwią z islamu" i "Europo, twój 11 września zbliża się". W Strasburgu niejaki Mohammed Latreche nawoływał do zjednoczenia wszystkich terrorystów, integrystów i islamistów. W Bangkoku pewien imam w wywiadzie dla CNN domagał się stracenia zbrodniczego karykaturzysty albo przynajmniej ucięcia mu grzesznej ręki, co jest warunkiem przebaczenia. W Pakistanie religijne bractwo zaproponowało milion dolarów plus samochód temu, kto zabiłby jednego z oskarżonych rysowników.
Oczekiwalibyśmy od Europy minimum godności, pięknego gestu: odwołania ambasadorów, czasowego zawieszenia wszelkiej pomocy dla Palestyńczyków, którzy grozili śmiercią naszym dyplomatom, wydalenia podstępnych imamów wzniecających gniew poprzez rozpowszechnianie spornych rysunków, wystosowania poważnego ostrzeżenia do krajów, które zezwalają na niszczenie budynków oficjalnie należących do Danii i Norwegii. Zamiast tego Europa wolała się ugiąć: Duńczycy, opuszczeni przez wszystkich, zaczęli skwapliwie przepraszać; nasze władze zadowoliły się gestem Piłata, Kościoły potępiły świętokradztwo, a francuskie przedsiębiorstwa wywiesiły w supermarketach na Bliskim Wschodzie małe ogłoszenia: "Nie jesteśmy Duńczykami". Javier Solana, tak niegdyś odważny wobec Serbów, zmienił się - w przypadku rządów państw arabskich - w komiwojażera ekspiacji. Święte przymierze strachu, kropidła i półksiężyca wszędzie czyniło cuda. Co ciekawe, nie licząc kilku naszych gazet, prawdziwą odwagę wykazali jedynie owi jordańscy, jemeńscy czy malezyjscy dziennikarze wtrąceni do więzienia za wydrukowanie w swoich gazetach dwunastu karykatur proroka, a także profesor uniwersytetu w Tunisie Hamadi Redissi ostrzegający: "Nie powinniście rezygnować z wolnej krytyki. Jeśli ustąpicie w tym miejscu, wszystko będzie stracone".
W tych gwałtownych i - jak dziś już wiemy - sterowanych zamieszkach czuło się jednak jakby powiew paniki, lękliwe wahanie. Gniew jest tylko symptomem nieznośnej oczywistości - tego, że nawet zabójcy chcą wystąpić w masce cnoty. Ta afera ujawnia niezwykle dużo. Rzeczone karykatury bowiem nie były bynajmniej kiepskie, zadały celny cios. Istnieją dwa rodzaje bluźnierstwa: jedno jest pośrednim hołdem dla wiary, którą z pozoru depcze, drugie wyrządza jej zbawienną szkodę. Profanacja jest negatywnym uznaniem, tak jak czarna msza jest jedynie satanicznym rewersem zwykłej mszy. Natomiast druga forma bezbożności wzbudza zdrowe poruszenie i zmusza do stawiania niepokojących pytań.
Jedyną rzeczą, którą można zarzucać karykaturom Mahometa, jest nie ich zły gust, lecz to, że wyrażają prawdę, że są nie tyle karykaturami, co bardzo wiernymi portretami proroka, który był także krwawym wodzem i zabijał bez skrupułów w imię prawdziwej wiary. W swej brutalności rysunki te wskazują na wieloznaczność przesłania Koranu i stawiają przed nami rzeczywisty problem: do jakiego stopnia ma się prawo czynić z religijnego wyznania narzędzie polityki przemocy, zabójstwa i eksterminacji. Jeśli nie wszyscy muzułmanie są terrorystami, to większość terrorystów powiewających sztandarem islamu kala reputację swoich braci w wierze, pogrąża ich religię w błocie i krwi masakrowanych ofiar. W tej sytuacji "bluźnierstwo" w swej brutalności zmusza wiernych do pozbycia się nieczystej otoczki fanatyzmu i ponownej interpretacji pism kanonicznych. Tabu zostało złamane, obraza nie była bezużyteczna.
Oburzanie się na te karykatury w imię szacunku dla kultu religijnego nie ma żadnego sensu: by być szanowanym, trzeba najpierw zasłużyć na szacunek. Dlaczego w Europie mamy prawo krytykować tradycję judeochrześcijańską (we Francji stało się to nawet narodowym sportem), drwić z buddyzmu, a nawet z hinduizmu, ale nigdy z islamu - pod groźbą oskarżenia o rasizm? Dlaczego te podwójne miary? Dlaczego jedna jedyna religia miałaby uniknąć krytycznego osądu, atmosfery pluralizmu, ironii, sarkazmu, antyklerykalizmu? Islam, by odzyskać swoją utraconą wielkość, powinien zostać najpierw zreformowany, oczyszczony z wątpliwych wersetów skierowanych przeciw żydom, chrześcijanom, niewiernym, homoseksualistom; powinien zakazać barbarzyńskich zwyczajów kamienowania, oddalania kobiet czy poligamii.
To gigantyczne zadanie, które dotyczy całej ludzkości - wielu oświeconych intelektualistów i duchownych muzułmańskich je uznaje. Ale stanowią oni mniejszość - izolowani, prześladowani, niekiedy skazywani na śmierć, jak pisarka z Bangladeszu Taslima Nasreen czy holenderska deputowana pochodzenia somalijskiego Hayaan Hirsi Ali. Potrzebują naszej pomocy, tak jak niegdyś, w czasach imperium sowieckiego, potrzebowali jej dysydenci z Europy Wschodniej.
Trzeba koniecznie stworzyć wielki łańcuch wsparcia dla wszystkich buntowników w świecie arabsko-muzułmańskim - umiarkowanych, niewierzących, libertynów, ateistów, apostatów, religijnie obojętnych czy schizmatyków. Jeśli Europa chce stworzyć u siebie islam laicki, powinna stymulować te odmienne głosy, wspierać je nie tylko finansowo, ale także intelektualnie, moralnie i politycznie. Nie ma sprawy bardziej świętej, bardziej istotnej, sprawy, która tak bardzo wiązałaby się z harmonijnym życiem przyszłych pokoleń. Jednak nasz kontynent z samobójczą bezmyślnością pada na kolana przed bożymi szaleńcami i knebluje usta wolnomyślicielom albo ich ignoruje. Jak długo jeszcze duch pokuty będzie triumfował nad duchem oporu?
p
, ur. 1941, prozaik, eseista, filozof. Kilka jego powieści ukazało się w Polsce: "Pariasi", "Pałac klapsów", "Gorzkie gody" (na podstawie tej ostatniej Roman Polański zrealizował film o tym samym tytule). Pierwsze książki filozoficzne, pisane wraz z Alainem Finkielkrautem ("Bonheur au coin de la rue", "Nouveau désordre amoureux"), były próbą podsumowania doświadczeń pokolenia '68. Potem Bruckner wydał m.in. "La mélancolie démocratique", "L'euphorie perpétuelle", "Misere de la prospérité".W"Europie" nr 2 z 12 stycznia ub.r. ukazał się wywiad z Brucknerem "Choroby dzisiejszej Europy".