Francis Fukuyama podchodzi do kwestii konfliktu między Zachodem i radykalnym islamizmem znacznie ostrożniej niż Pascal Bruckner. Uznając, że jest to przede wszystkim problem europejski, krytycznie ocenia pomysły na jego rozwiązanie, które podsuwają Europejczykom amerykańscy konserwatyści tacy jak Pat Buchanan. Postulowany przez nich powrót do religijnej tradycji spowodowałby jedynie zaostrzenie konfliktu z muzułmanami zamieszkującymi kraje Europy Zachodniej. Problemem tych krajów rzeczywiście jest "brak wizji pozytywnych wartości kulturowych, które wyznają i które powinny propagować ich społeczeństwa", ale zaradzić temu można jedynie, wypracowując "otwartą formę tożsamości narodowej, która byłaby dostępna dla nowych przybyszów niezależnie od ich przynależności etnicznej i religijnej".
p
Rozruchy, które w listopadzie ubiegłego roku ogarnęły francuskie przedmieścia, oraz niedawna awantura o duńskie karykatury proroka Mahometa pokazały, że starcie z radykalnymi islamistami (zwane także "wojną z terroryzmem") jest problemem bardziej europejskim niż amerykańskim. Dla USA, gdzie muzułmanie stanowią mniej niż 1 proc. ludności, radykalny islam jest kwestią, z którą należy się uporać "tam", w krajach Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej - Arabii Saudyjskiej i Pakistanie. Europa ma jednak do czynienia z bezpośrednim i groźniejszym, bo wewnętrznym kryzysem. W Holandii muzułmanie stanowią 6-7 proc. ludności i nawet połowę mieszkańców wielkich miast, takich jak Amsterdam i Rotterdam. We Francji liczba ta sięga 12-13 proc. Wielu organizatorów zamachów terrorystycznych z ostatnich lat - w tym Mohammed Atta, koordynator ataku na WTC, zamachowcy madryccy, Mohammed Bouyeri, zabójca holenderskiego reżysera Theo van Gogha i ludzie, którzy 7 lipca 2005 roku podłożyli bomby w londyńskim metrze - dostało się w orbitę radykalizmu nie na Bliskim Wschodzie, lecz w Europie Zachodniej. Wielu z nich - jak Bouyeri i terroryści londyńscy - tam się urodziło i płynnie władało językiem swojego kraju zamieszkania.
Europejski wymiar problemu islamistycznego od jakiegoś czasu jest przedmiotem dyskusji w samej Europie. Tematem tym zajmują się tacy naukowcy jak Bassam Tibi, urodzony w Syrii profesor uniwersytetu w Getyndze, oraz francuscy arabiści Olivier Roy i Gilles Kepel. Ale jeszcze półtora roku temu polityczna poprawność do tego stopnia kneblowała wszystkim usta, że niewielu polityków i dziennikarzy miało odwagę wypowiadać się publicznie w kwestii, która wywołuje ogromny niepokój mieszkańców Europy. Amerykanie nie mieli takich zahamowań, dzięki czemu obserwujemy wysyp alarmistycznych publikacji na temat islamistycznego zagrożenia dla Europy. Czarna diagnoza sytuacji europejskiej jest najzupełniej uzasadniona: na długo przed zeszłorocznymi zamieszkami francuski wywiad zwrócił uwagę, że istnieje wiele dzielnic, do których francuska policja boi się zapuszczać. Jak zaradzić tej sytuacji? Kilka kwestii nie budzi wątpliwości. Rządy muszą zwalczać ekstremistów i dżihadystów takimi metodami, by nie doprowadzić do jeszcze większej alienacji mniejszości etnicznych. Należy sprzyjać głębszej integracji umiarkowanych muzułmanów, a jednocześnie chronić mniejszość islamską przed rewanżyzmem prawicowych populistów. Niestety, poszukując konkretnych recept w Ameryce - gdzie asymilacja ma przecież długą historię - można znaleźć więcej lamentów i złorzeczeń niż użytecznych wskazówek.
Na razie dominują w tej dziedzinie bardzo ostre głosy. Szlak przetarł Pat Buchanan, który kilka lat temu opublikował "Śmierć Zachodu". Ostatnio w jego ślady poszedł Tony Blankley, redaktor "Washington Times", który napisał książkę "The West's Last Chance". Bruce Bawer w książce "While Europe Slept" analizuje trudną sytuację w Europie i przedstawia bardziej wyważoną, choć także bardzo ponurą prognozę. Bawer, pisarz i krytyk, jest gejem. Mieszkał w Holandii i Norwegii i tam stwierdził, że prawdziwe zagrożenie dla jego wolności osobistej stwarzają nie fundamentaliści chrześcijańscy, lecz nietolerancyjni muzułmanie, homofobiczni i coraz głośniej wyrażający swoje poglądy na całym kontynencie.
Najwięcej żalu ma jednak Bawer do europejskich elit, które do tej pory lekceważyły rosnące zagrożenie dla demokracji, winą za swoje problemy obarczając USA i Izrael. Spotykani przez niego Europejczycy pozostają spadkobiercami kontrkulturowego buntu z 1968 roku i bronią infantylnej kontestacji antyestablishmentowej, która największych wrogów ludzkości widzi w kapitalizmie i Ameryce, podczas gdy młodzi muzułmanie tuż pod ich nosem napadają na Żydów i gejów. Politycy przypochlebiają się arabskim autokratom i - chcąc kupić sobie głosy - puszczają mimo uszu skargi ludności na przestępczość w społecznościach imigranckich. Ludzie w rodzaju Pyma Fortuyna, polityka holenderskiego, który jako pierwszy powiedział wyraźnie, że muzułmanie stanowią zagrożenie dla podstawowych wyznawanych w Holandii wartości takich jak otwartość i pluralizm, są potępiani przez media i elity naukowe jako faszyści i rasiści.
Niestety, Buchanan i Blankley raczej prowokują takie zarzuty, niż pomagają je obalić. Ich apokaliptyczne przestrogi i nierealistyczne propozycje podżegają do nienawiści i podsycają nietolerancję. Cztery lata temu w "Śmierci Zachodu" Buchanan poszerzył front wojny kulturowej, którą wypowiedział w 1992 roku na zjeździe Partii Republikańskiej, kiedy przeciwstawił Amerykę chrześcijańską, prorodzinną, patriotyczną, izolacjonistyczną i protekcjonistyczną Ameryce agresywnie antyreligijnej, kosmopolitycznej, globalizującej się, multikulturowej i przyzwalającej na homoseksualizm. W swojej książce wiele miejsca poświęca europejskiemu kryzysowi demograficznemu, który przypisuje temu, że na Starym Kontynencie nie ma takiego elektoratu jak w "czerwonych" (czyli głosujących na Republikanów) stanach USA. Przytaczając prognozy dobrze znane demografom, Buchanan przestrzega, że do 2050 roku ludność Niemiec zmniejszy się o jedną trzecią, 52 proc. Włoszek w wieku 16-24 lat nie planuje mieć dzieci i za kilka pokoleń imigranci muzułmańscy przewyższą liczebnie białych Europejczyków dzięki wyższej stopie urodzeń.
Podobnie Blankley - jego książka zaczyna się od wysoce nierealistycznego, hipotetycznego scenariusza: umiarkowany republikański senator kandydujący w 2007 roku na prezydenta dla zjednania sobie coraz bardziej wojowniczej mniejszości muzułmańskiej opowiada się za wprowadzeniem w USA szariatu. Buchanan i Blankley wiążą kryzys demograficzny ze schyłkiem systemu wartości chrześcijańskich w Europie oraz karierą feminizmu, internacjonalizmu i multikulturalizmu. Twierdzą też, że Zachodu (który zdaniem Buchanana umiera) nie określają takie uniwersalistyczne idee jak prawa człowieka i godność ludzka, lecz chrześcijaństwo i etniczność. Gdyby problem sprowadzał się tylko do wyznawania odpowiednich wartości, Buchanan byłby zobligowany do przywitania z otwartymi ramionami imigrantów latynoskich czy muzułmanów, którzy nie ustępują mu pod względem konserwatyzmu obyczajowego. Konserwatyzm Buchanana wpisuje się jednak w tradycyjny europejski model Blut und Boden, w którym ludzie mają być wierni przede wszystkim swojemu plemieniu. Recepty proponowane przez Blankleya i Buchanana mogą przyczynić się jedynie do zaostrzenia problemu, podważając model asymilacyjny, dzięki któremu Ameryka na razie uniknęła kryzysu dotykającego Europę.
Blankley proponuje zerwanie z zasadą, że państwo nie różnicuje obywateli ze względu na ich pochodzenie etniczne. Posuwa się nawet do stwierdzenia, że podczas II wojny światowej Roosevelt słusznie internował Amerykanów pochodzenia japońskiego, sugerując, że mamy prawo postąpić tak samo z amerykańskimi muzułmanami. Blankley i Buchanan mają dla Europejczyków tę samą radę: zacznijcie znowu chodzić do kościoła i miejcie więcej dzieci. Życzę powodzenia - nawet gdyby w Europie doszło do odrodzenia się tożsamości chrześcijańskiej, wizja Buchanana-Blankleya oznaczałaby jeszcze bardziej agresywny konflikt z milionami obywateli Europy, którzy nie są chrześcijanami.
Nie ulega wątpliwości, że tak zwana Eurabia stanowi poważny problem dla demokracji europejskiej - elity europejskie niewybaczalnie długo zwlekały z rozpoznaniem tego niebezpieczeństwa i z próbami jego zażegnania. Zbyt długo obstawały przy błędnym pojęciu liberalnego pluralizmu rozumianego jako postawa respektująca prawa wspólnot, a nie jednostek i nie interweniowały, gdy na przykład marokańska rodzina zmuszała swoją córkę do zawarcia małżeństwa albo wbrew jej woli odsyłała ją do Maroka. Modny multikulturalizm połączył się tu z tradycyjnym europejskim korporatyzmem, zamykając społeczności muzułmańskie w izolowanych gettach, które stały się żyznym poletkiem dla bardzo nietolerancyjnej wersji islamu.
Jak zauważa Bawer, istnieją jednak głębsze (niż moda na multikulturalizm) przyczyny tego, że muzułmańscy imigranci nie integrują się z zachodnimi społeczeństwami. Chodzi o tak drogą Buchananowi koncepcję rasy i ziemi jako źródła tożsamości - mentalność ta jeszcze pięć lat temu nie pozwalała imigrantowi tureckiemu w trzecim pokoleniu uzyskać obywatelstwa niemieckiego, ponieważ nie miał niemieckiej matki. Tożsamość amerykańska od początku była raczej ideowa i polityczna niż religijna i etniczna. Dopiero co naturalizowani Gwatemalczycy bądź Koreańczycy mogą z dumą powiedzieć o sobie, że są Amerykanami. Patowi Buchananowi ta sytuacja może się nie podobać, ale właśnie to ratuje nas przed pułapką, w którą wpadła Europa.
Zawartą w tych książkach alarmistyczną prognozę Europejczycy w ostatnich miesiącach potraktowali poważniej ze względu na akty przemocy ze strony islamistów. Holendrzy mówią o zamordowaniu Theo van Gogha (listopad 2004) jako o swoim 11 września - od tamtego czasu nastąpiły w Holandii zaskakujące przeobrażenia polityczne. Rząd praktycznie zablokował dalszą imigrację i przyznał policji szerokie uprawnienia w walce z potencjalnymi terrorystami. Wśród Holendrów dominuje pogląd, że multikulturalizm w starym stylu zawiódł. Także w Wielkiej Brytanii zaczyna się go poważnie kwestionować. W Europie narastają ksenofobiczne nastroje. Jednym z powodów odrzucenia przez Francuzów i Holendrów projektu konstytucji europejskiej było przekonanie, że sankcjonuje on przyjęcie Turcji do UE.
Problemem większości Europejczyków jest brak wizji pozytywnych wartości kulturowych, które wyznają i które powinny propagować ich społeczeństwa, poza nieograniczoną tolerancją i relatywizmem moralnym. Każde społeczeństwo europejskie musi wypracować otwartą formę tożsamości narodowej podobną do amerykańskiego wyznania wiary - tożsamości, która byłaby dostępna dla nowych przybyszów niezależnie od ich przynależności etnicznej i religijnej. Idea ta kryje się za zaproponowanym przez Bassama Tibiego pojęciem "Leitkultur" (kultury przewodniej bądź kultury odniesienia), opartym na przekonaniu, że europejskie oświecenie dało początek uniwersalistycznej kulturze, której fundamentem jest godność jednostki. Przyjeżdżających do Europy muzułmanów obowiązywałby minimalny wymóg przyswojenia sobie tej perspektywy. Niemieccy chadecy pięć lat temu nieśmiało poparli utrzymaną w tym duchu koncepcję, by zaraz się z niej wycofać w obliczu oskarżeń lewicy o rasizm i antyimigranckie uprzedzenia. Zainteresowanie "demokratische Leitkultur" odrodziło się jednak po ostatnich wydarzeniach; trwa ożywiona dyskusja nad jej zdefiniowaniem. Na tej drodze z pewnością postawionych zostanie wiele błędnych kroków. Na przykład Badenia-Wirtembergia wprowadziła ostatnio przepis, który wymaga od osób ubiegających się o obywatelstwo niemieckie zadeklarowania, że popierają małżeństwa homoseksualne, co jest wymierzone bezpośrednio w muzułmanów.
Czasu na wypracowanie jakichś rozwiązań jest coraz mniej. Dyskusja na temat sposobów asymilowania mniejszości muzułmańskich w Europie powinna była się rozpocząć pokolenie temu, zanim powiał wiatr radykalnego islamizmu. Spór o karykatury, którego zarzewiem było skądinąd chwalebne europejskie pragnienie obrony podstawowych wartości liberalnych, może stanowić Rubikon, zza którego bardzo trudno będzie powrócić. Powinniśmy być zaniepokojeni skalą problemu, ale i roztropni w reagowaniu nań, ponieważ eskalacja konfliktu przybliża ostateczne starcie między islamistami i sekularystami, które może nabrać charakteru zderzenia cywilizacji.
p
, ur. 1952, amerykański filozof, ekonomista, politolog, były wicedyrektor Zespołu Planowania Politycznego Departamentu Stanu USA, obecnie profesor George Mason University w Waszyngtonie, członek zespołu konsultantów korporacji RAND. Sławę przyniósł mu esej "Koniec historii", opublikowany w 1989 roku. W Polsce ukazały się m.in. "Koniec historii i ostatni człowiek", "Koniec człowieka. Konsekwencje rewolucji biotechnologicznej", a ostatnio "Budowanie państwa. Władza i ład międzynarodowy w XXI wieku". W "Europie" nr 8 z 22 lutego br. opublikowaliśmy esej Fukuyamy "Największe wyzwanie przyjdzie z wewnątrz".