Dziennik Gazeta Prawana logo

Widziane z niebytu

5 listopada 2007, 12:08
Ten tekst przeczytasz w 20 minut

Wydany niedawno zbiór esejów i tekstów publicystycznych Zdzisława Krasnodębskiego ("Drzemka rozsądnych", Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2006) to kolejna ważna książka o Polsce, co do której można się obawiać, że nie zostanie przeczytana. Podobny los spotykał w ciągu ostatnich kilku lat książki Jadwigi Staniszkis, Jerzego Jedlickiego, Marcina Króla, Pawła Śpiewaka, Ryszarda Legutki i wielu innych... Nie powstały na ich temat istotne teksty interpretacyjne, nie wywiązała się dyskusja pomiędzy ideowymi obozami. A są to przecież autorzy zbyt ważni, zbyt reprezentatywni, aby nawet ich najbardziej kontrowersyjne diagnozy można było pozostawić bez odpowiedzi. Właśnie po to, aby przerwać drzemkę polskiej inteligencji, postanowiliśmy regularnie prosić wybitnych polskich filozofów, socjologów, historyków, literaturoznawców, aby czytali dla nas książki kluczowe dla zrozumienia współczesnej Polski, a swoje wrażenia prezentowali na łamach "Europy". Książkę Krasnodębskiego, oprócz Marcina Króla, przeczytają dla nas m.in. Ryszard Legutko, Jarosław Gowin i Andrzej Nowak. Ich teksty będziemy publikować w kolejnych numerach "Europy".

p

W nowej, opublikowanej niedawno książce "Drzemka rozsądnych" Zdzisław Krasnodębski ma zawsze rację. Ma ją na tej samej zasadzie, na jakiej miałby rację ten, kto by stwierdził: "Gdyby nie było samochodów, nie byłoby wypadków samochodowych". Tyle że samochody są i nikt nie wymyślił jeszcze sposobu, jak sprawić, by ich nie było.

Krasnodębski trafnie na ogół wskazuje na rozmaite bolączki lub niedociągnięcia polskiego życia publicznego i intelektualnego, nie umie jednak przedstawić sposobu ich leczenia, a jeżeli już to czyni, to nieumiejętnie i nieskutecznie, gdyż myli fakty i błędnie ocenia rzeczywistość lub - na co wskazywał w recenzji jego poprzedniej książki "Demokracja peryferii" Jerzy Jedlicki - atakuje i krytykuje rzeczywistość przez siebie wyimaginowaną.

Na tyle często pisałem o tym, iż Polacy mają niedostateczną wiedzę i kontakt z kulturą zachodnią, a polscy intelektualiści nie są dobrze zorientowani w światowych trendach intelektualnych, że wobec ponawiania tych ataków przez Krasnodębskiego muszę polskich intelektualistów wziąć w obronę. Otóż wszystko, co ważne, jest w Polsce dostępne w przekładach i to bardzo szybko po ukazaniu się oryginału, polskie uniwersytety w wielu dziedzinach z powodzeniem mogą konkurować z zachodnimi, a polscy studenci są - taka jest w każdym razie moja wiedza - bardzo często znakomici. Krasnodębski wymienia zresztą z aprobatą kilku intelektualistów młodszego pokolenia, którzy akurat u mnie pisali doktoraty. Następni, którzy je piszą, są co najmniej równie dobrzy, a nie jestem w tym względzie wyjątkiem, bo moi koledzy mają podobnych doktorantów. Diagnoza Krasnodębskiego jest zatem nietrafna. Poziom życia intelektualnego w Polsce nie jest dramatycznie niski, natomiast tragiczne jest to, że politycy, lewicowi i prawicowi, w ogóle nie korzystają ze znakomitych osiągnięć polskich humanistów.

Metoda argumentowania, jaką Zdzisław Krasnodębski stosuje nagminnie, wygląda tak: Polacy, a zwłaszcza polscy intelektualiści (którzy zdaniem autora są wciąż nastawieni progresywnie i liberalnie) nie znają i nie rozumieją prac papieża. A przecież napisano o encyklikach i innych tekstach papieskich bardzo wiele bardzo dobrych książek i artykułów. Kłopot w tym, że większość polskiej hierarchii się tym nie interesuje, a w życiu codziennym polskiego Kościoła Jan Paweł II jest co prawda nieustannie obecny, ale przywołuje się go najczęściej bezmyślnie. Intelektualiści zaś - nawet tak zwani intelektualiści katoliccy - nie mają na Kościół żadnego wpływu. I nad tym warto się zastanowić. Jednak mechanizmy sprawiające, że zarówno myśl Jana Pawła II, jak i Benedykta XVI jest dla życia polskiego Kościoła w gruncie rzeczy obojętna, Krasnodębskiego nie interesują. Pewnie sądzi, że w każdej parafii działa jakiś podstępny progresista, który manipuluje poglądami wiernych i nauczaniem księdza proboszcza.

I jeszcze jeden przykład. Krasnodębski ubolewa nad tym, że w Polsce nie ma tak silnych uczuć patriotycznych, jakie być powinny, że nie bronimy naszej tożsamości kulturowej, bez której w postnowoczesnym świecie nie może się obyć żaden naród. To święta prawda, sam wiele uwagi poświęcam polskiemu patriotyzmowi, tyle że Krasnodębski przyczyn upadku wspólnoty narodowej upatruje w zachowaniu przebrzydłych intelektualistów, a ja obawiam się, że jest to jedno ze zjawisk związanych z modernizacją i demokratyzacją, jakie występują wszędzie na świecie. Zamiast wskrzeszać trupa dawnego patriotyzmu, trzeba starać się umacniać nowy patriotyzm. Ani wychowanie, ani odnawianie tego, co minione i martwe, w niczym nam nie pomoże. Zgadzam się z cytowaną przez Krasnodębskiego niemiecką publicystką Ulrike Ackermann, że bez tożsamości kulturowej nie ma wspólnoty politycznej. Wypada tylko poinformować - czego Krasnodębski nie czyni - że Ulrike Ackermann jest pisarką zdecydowanie lewicową. A zatem argument, że strażnikami patriotyzmu nie mogą być liberalno-lewicowi intelektualiści, a jedynie prawicowi tradycjonaliści, jest chybiony.

Ogólnie rzecz biorąc świat, a także Polska bardzo się zmieniają, czego niestety Krasnodębski nie dostrzega i na ważne pytania daje błędne odpowiedzi lub zbacza w ślepe uliczki, co jest tym bardziej szkodliwe, że utrudnia odpowiedź na te pytania, których - jak sam słusznie zauważa - wciąż jeszcze w odpowiedni sposób nie sformułowano. Na skutek tego skłania ewentualnych polemistów do podejmowania sporu na źle wyznaczonym terenie. Nie będę więc z Krasnodębskim polemizował, poprzestanę jedynie na wskazaniu tego złego terenu i ślepych uliczek, gdyż istnieje obawa, że umysły mało krytyczne mogą zgodzić się z jego poglądami, zamiast prowadzić własne poszukiwania kierowane w inną stronę.

Jakże kuszą mnie oba te pojęcia i związane z nimi horyzonty wyobraźni intelektualnej! Zdzisław Krasnodębski pokłada nadzieje w rekonstrukcji tradycji polskiego romantyzmu i nawet wspomina o mojej ponad 20 lat temu opublikowanej książce na ten temat. Dokonywana przez niego rekonstrukcja prowadzi jednak do uśmiercenia tradycji romantycznej, a nie do - bardzo trudnego, ale możliwego - jej wskrzeszenia z grobu. Albowiem polską tradycję romantyczną można kontynuować i rozwijać tylko wtedy, kiedy uzna się, że musi współistnieć z innymi tradycjami intelektualnymi, jakie ukształtowały nowoczesność. Krasnodębski wprowadza więc siebie i czytelników w błąd, kiedy pisze, że nasz świat to świat "po ostatecznej porażce projektu oświecenia". Wystarczy zajrzeć do znakomitej pracy o trzech oświeceniach autorstwa bardzo konserwatywnej Gertrudy Himmelfarb, "The Road to Modernity" (przekład fragmentu w "Europie" nr 1 z 4 stycznia br.), by dowiedzieć się, że z projektem oświeceniowym jeszcze nie jest tak kiepsko.

Specyfika naszego czasu polega właśnie na tym (określane jest to niepotrzebnie i do znudzenia mianem postmodernizmu), że mamy naraz do czynienia z tradycją romantyczną, oświeceniową i wieloma innymi i musimy się jakoś w tym wszystkim rozeznać. Krasnodębski na pewno nam w tym nie pomoże, zwłaszcza kiedy formułuje błędne tezy jak na przykład taką oto: "Sytuacja zmuszała polskich romantyków do zaangażowania się w walkę i rezygnację z czysto estetycznej postawy". Podaje przykład Mickiewicza, ale nie dostrzega nieszczęścia wynikającego z faktu, że poeta porzucił pióro na rzecz bezsensownych rewolucyjnych zaangażowań. Żaden inny wybitny romantyk tego nie uczynił. Sytuacja zatem do niczego nie zmuszała, lepiej było pisać poezje i myśleć, czyli robić swoje. A ponadto nie była to "czysto estetyczna postawa", gdyż romantycy słowo traktowali jak oręż, a nie oręż jak słowo. Dla nas cenna może być ich myśl, a nie ich zaangażowanie polityczne. I nie przypadkiem w Niemczech - o czym pisze Krasnodębski, nie wiadomo dlaczego wytykając autorce doskonałej książki na temat intelektualnych i politycznych konsekwencji romantyzmu Cornelii Klinger, że nie zna polskiego romantyzmu - późny romantyzm, intelektualnie drugorzędny, stał się jednym ze źródeł faszyzmu. W Polsce tylko cudem tak się nie zdarzyło, gdyż późny polski romantyzm był równie niebezpieczny. Upolitycznienie romantyzmu to zatem ślepa uliczka, którą zresztą trafnie wskazał cytowany przez Krasnodębskiego Carl Schmitt. Jeśli zatem chcemy odrodzić polski romantyzm, uważamy to odrodzenie za sensowne, sięgnijmy po to, co w nim wielkie, a tym na pewno nie było polityczne zaangażowanie.

Jeszcze marniej sprawy się mają u Krasnodębskiego z republikanizmem. Druga część książki nosi nawet tytuł "Republikanizm, tradycje Solidarności", ale o republikanizmie nie ma tam ani słowa. Doskonale rozumiem intencje autora. Chciałby (nie on jeden zresztą) pokazać, że "Solidarność" stworzyła szczególny typ społeczeństwa obywatelskiego, który wart był refleksji i kontynuacji w zapewne zmienionej, ale jednak "republikańskiej" formie. Teoretycznie zgadzam się z tym poglądem całkowicie, ale tak wiele już napisano o tym, dlaczego i jak to się stało, że cenne tradycje "Solidarności" 1980 - 1981 uległy zatracie, iż nie wystarczy prosty argument, jakim posługuje się Zdzisław Krasnodębski, że wszystkiemu winne było niedostateczne rozprawienie się z komunizmem oraz małpowanie zachodnich wzorów politycznych i obywatelskich. Warto byłoby porównać projekt republikański "Solidarności" z innymi projektami również określanymi mianem republikańskich i na tej podstawie rozważyć szanse projektu republikańskiego w dzisiejszym świecie. Skarb "Solidarności" został zagubiony, ale Krasnodębski nie podaje żadnych wskazówek, jak i gdzie go szukać, tylko - jak zwykle - zrzuca odpowiedzialność na polskich liberalnych i lewicowych intelektualistów, którzy zapatrzyli się w zachodnie wzorce.

Sprawa ta jest zbyt poważna, by ją szerzej rozważać przy okazji omawiania książki Krasnodębskiego. To prawda, że nie doczekaliśmy się jeszcze w pełni zadowalającej odpowiedzi, ale najbliższa prawdy - obawiam się - jest nieco trywialna sugestia, że po prostu republikanizm w tak intensywnym wydaniu może pojawiać się wyłącznie okazjonalnie, nie jest w stanie trwać dłużej i przekształcić się z ruchu politycznego w system. Nie jestem natomiast przekonany, że inny sposób rozprawienia się z komunizmem i komunistyczną przeszłością niż ten, który był praktykowany w konsekwencji rozmów okrągłego stołu, doprowadziłby do sytuacji, w której nasz kontakt z przeszłością byłby bliższy, a nasza pamięć bardziej sprzyjała dobrej polityce.

Pytanie to wydaje się interesować Zdzisława Krasnodębskiego najbardziej. Rzeczywiście wszystko tu jest jeszcze niejasne i wiele trzeba jeszcze zrobić, by się jasnym stało. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że niemal nikt nie był bezpośrednio po 1989 roku zainteresowany rozpamiętywaniem i przypominaniem komunistycznej przeszłości. Jednak - cokolwiek by sądzić na ten temat - okrągły stół miał miejsce i już się tego nie odwróci. Nic zatem nie daje narzekanie na fakty, warto raczej zastanowić się, jak naprawić ich ewentualne negatywne konsekwencje. Kiedy zaczynamy mówić o naszym stosunku do komunizmu, trzeba koniecznie odróżniać pamięć przeszłości od wiedzy na temat przeszłości. Jeżeli - jak czyni to Zdzisław Krasnodębski - skupiamy się na pamięci, to w moim przekonaniu kierujemy się ku ślepej uliczce. Każdy komentator sytuacji politycznej, a tym bardziej myśliciel polityczny powinien zajmować się tym, co jest, a nie tym, co by być mogło, gdyby nie działanie najróżniejszych niecnych sił. Podobnie jak Krasnodębskiemu mnie również nie podoba się, że na moim uniwersytecie wciąż pracują byli komunistyczni szkodnicy i że jest ich wciąż tak wielu na wielu istotnych stanowiskach. Teraz, po 16 latach, niewiele da się na to poradzić, a nie wiadomo, czy - biorąc pod uwagę przyjętą po 1989 roku drogę politycznego postępowania - w ogóle można było cokolwiek poradzić. Wytykanie i przypominanie komunistycznych głupstw i okropności konkretnym osobom nie ma już żadnego istotnego uzasadnienia poza tym, że sprawiamy sobie wątpliwą przyjemność.

Historii nie możemy zmienić, ale możemy się nią zajmować, nie po to, by raz jeszcze przypomnieć "hańbę domową", ale po to, by - sine ira et studio - opisać, jak było. Niestety wciąż nie potrafimy tego zrobić. Świadczy o tym także książka Zdzisława Krasnodębskiego. Niegdysiejsze zaangażowanie komunistyczne wciąż nie jest przedmiotem opisu, lecz złośliwości i moralnych pouczeń. Można znajdować w tym przyjemność, ale nie należy sugerować, że dzięki takiemu taniemu moralizowaniu cokolwiek ulegnie zmianie. Pamiętam, jak mnie poruszył fragment dzienników Marii Dąbrowskiej, która była osobą mądrą i wiedziała, w jakim systemie żyje, ale kiedy dostała zaproszenie na przyjęcie do Bolesława Bieruta, to godzinami podniecona rozważała, w jaką sukienkę się ubrać. Czy mamy z tej racji potępić Dąbrowską, czy raczej zastanowić się nad tym, jak skomplikowana jest ludzka natura? Niedawno opublikowano rozmowy, jakie Zbigniew Herbert prowadził z ubekami. Nie zajrzałem i nie zajrzę do owych zapisów, gdyż nic mnie to nie obchodzi. Czy z tych rozmów mogą wynikać jakiekolwiek poetyckie lub filozoficzne wnioski? Niemożliwe. Wobec tego wolę czytać poezje Herberta, a nie zajmować się banalnym faktem, że jeszcze jeden człowiek uległ, w niewielkim stopniu, ale jednak, presji SB. Chyba że dla kogoś ten fakt zmienia sposób lektury poezji Herberta, ale byłby to czytelnik niemądry.

Innymi słowy, tym, co jest potrzebne teraz i co było potrzebne po 1989 roku i wcześniej, nie jest rozliczenie czy z drugiej strony niepamięć nakierowana na teraźniejszość i przyszłość, lecz opisanie tego, jak wyglądało życie w Polsce w latach 1944 - 1989. Pod tym względem postępy są niewielkie, ale są. Mamy bardzo ciekawe zeszyty wydawane przez IPN, mamy książki młodych historyków pracujących pod opieką Marcina Kuli. Niewiele jeszcze tego, ale miejmy nadzieję, że to dopiero początek. Historycy na szczęście wiedzą, że ich zadaniem nie jest wskazywanie winnych, lecz opis. Ogromnie im przeszkadzają ci, którzy sądzą, że dzięki napiętnowaniu grzeszników zmienią rzeczywistość i ci, którzy chcieliby polskie życie publiczne zamienić w jedną nieustającą komisję śledczą.

Postawa Zdzisława Krasnodębskiego przypomina mi zachowania niektórych naszych polityków, którzy kierują się dwoma odruchami: urazy i podejrzliwości. Autor chciałby odtworzyć Polskę patriotyczną, ale o współczesnych Polakach ma jak najgorsze zdanie. Opisuje, jak kiepsko się czujemy, kiedy samochodem z polską rejestracją ruszamy za granicę. Nie wiem, skąd to poczucie, sam nigdy go nie miałem i nigdy nikt nie powiedział mi na świecie złego słowa z tej tylko racji, że jestem Polakiem. Miliony sensownych, wykształconych i kulturalnych Polaków przemierzają Europę, a Krasnodębski zastanawia się nad stereotypami narodowymi, nad naszym poczuciem niższości oraz upodobaniem do klęski. Ponieważ nie ma on podstaw do takich sądów, pisząc na ten temat, posługuje się słowami, które zastępują fakty - mamy więc "jak się zdaje", "podobno" i "rzekomo". Nie chce pogodzić się z faktem, że bez niego i bez "rewolucji moralnej" duża, przeważająca część polskiego społeczeństwa jest nowoczesna, europejska i rozsądna. I że komunistyczna przeszłość mało kogo obchodzi.

Nie lubię wyciągania z szafy, odczyszczania i usuwania zapachu naftaliny z polskich fobii i wad. Nie dlatego, że ich nie było, ale dlatego, że jednak po 16 latach mamy inny kraj, w którym żyje się nie najgorzej i w którym istnieją bardzo poważne problemy, ale zupełnie innego rodzaju. Mało kto się przejmuje tym, jak nas postrzegają za granicą, bo też specjalnie nas nie postrzegają ani nami się nie zajmują, dopóki sami nie zaczniemy (czy raczej nasi politycy nie zaczną) zachowywać się - delikatnie mówiąc - dziwacznie. Natomiast przejmujemy się tym, że jest wysokie bezrobocie, że marnie działa służba zdrowia i że znakomici studenci niekoniecznie znajdą taką pracę, jakiej by chcieli. Żyjemy w innym kraju i chybione są próby zgryźliwych archiwistów, którzy chcieliby nas wepchnąć na nieczynne już tory. Nie lubię tych prób, bo to one sprawiają, że debata publiczna w Polsce zamiast mieć charakter merytoryczny, wciąż sprowadza się do wzajemnych ocen i oskarżeń, a przez to staje się bezużyteczna. Zróbmy wreszcie coś pozytywnego: wykorzystajmy doświadczenia i dziedzictwo "Solidarności", opiszmy, jak to było w PRL, ale zostawmy bezpodstawne oskarżenia i równie bezpodstawną pychę tych, co "podobno" wiedzą, jak było i jak powinno było być.

p

, ur. 1944, filozof, historyk idei, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, publicysta. Współzałożyciel i redaktor naczelny pisma "Res Publica Nowa". Zajmował się historią polskiej myśli politycznej - na ten temat opublikował m.in. książki: "Sylwetki polityczne XIX wieku" (1974; wraz z Wojciechem Karpińskim), "Style politycznego myślenia: wokół >>Buntu Młodych<< i >>Polityki<<" (1979) oraz "Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywną XIX wieku" (1985). Jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiego liberalizmu, komentator i krytyk myśli liberalnej, której poświęcił m.in. dwie książki: "Liberalizm strachu i liberalizm odwagi" (1996) oraz "Bezradność liberałów" (2005). Oprócz tego wydał: "Romantyzm - piekło i niebo Polaków" (1998), "Historię myśli politycznej" (1998) oraz "Patriotyzm przyszłości" (2004). Ostatnio opublikowaliśmy jego tekst "Zdrowy rozsądek i odruch moralny" (nr 1 z 4 stycznia br.).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj