Dziennik Gazeta Prawana logo

Stworzyć polską politykę wschodnią

5 listopada 2007, 12:08
Ten tekst przeczytasz w 19 minut

Mimo zmiany ekipy rządzącej w Polsce nadal nie zostały wypracowane skuteczne mechanizmy kształtowania polityki wschodniej - twierdzi Zdzisław Najder. Posunięcia Rosji wobec naszego kraju rozumiane są opacznie, nie dostrzega się ich bardziej dalekosiężnych skutków. Brak też zdecydowanych reakcji w momentach, gdy byłyby one ze wszech miar pożądane. "Mamy i d e o l o g i ę polityki wschodniej ukształtowaną pod wpływem nauk Jerzego Giedroycia. Redaktor >>Kultury<< był świadomym kontynuatorem myśli Józefa Piłsudskiego. Jednakże cele ideowe (niepodległa Ukraina, demokratyczna Białoruś itd.) nie są przekładane na konkretne zadania ani rozłożone na etapy. Brak jest strategii i koordynacji działań instytucji i resortów: osobne polityki prowadzą Kancelaria Prezydenta, Kancelaria Premiera, MSZ, Ministerstwo Gospodarki, Senat ze Wspólnotą Polską i inne instytucje".

p

Lutowe "gesty dobrej woli" ze strony Władimira Putina, a zwłaszcza list do Prezydenta RP przywieziony przez Siergieja Jastrzembskiego, wywołały w Polsce istną lawinę dobrodusznych komentarzy oraz wiele spekulacji na temat przyczyny tych - jak powszechnie mniemano - oznak "odwilży". Z tamtych nastrojów niewiele przetrwało, ale sprawa stosunków polsko-rosyjskich nadal pozostaje ważna, zaś wyrażone przy okazji hipotezy, oczekiwania i koncepcje zasługują na gruntowne rozważenie. Dyskusja o polskiej polityce wschodniej nie powinna toczyć się od okazji do okazji; potrzebne jest przyjrzenie się całości problematyki - choćby trąciło to pedanterią.

Ze strony polskiej dominowało poczucie ulgi: teraz będzie lepiej, Moskwa zrozumiała, że utrzymywanie stanu napięcia nie leży w jej interesie. Wysuwano nawet tezę, że dążenie do polepszenia stosunków wiąże się z faktem przejęcia w Polsce władzy przez prawicę, która nie ma postkomunistycznych kompleksów i nie musi się obawiać kompromisów. Jakoś przy tym zapominano, że polska prawica - choć akurat nie PiS - ma długą i (w rozumieniu Moskwy) pozytywną tradycję, jeśli chodzi o stosunki z Rosją. Przez cały okres rozbiorów to prawica była skłonna do ugody i współpracy z caratem; konserwatyści, a później narodowi demokraci woleli na ogół Rosję od Niemiec; nawet wśród polskiej emigracji politycznej po roku 1945 to właśnie narodowa prawica była najbardziej skora do programowej lub agenturalnej kolaboracji z reżimem komunistycznym. PPS Tomasza Arciszewskiego i małżeństwa Ciołkoszów - a więc lewica - był konsekwentnie i do końca nieugięty. Starannie obserwując polską scenę polityczną, Rosjanie musieli zauważyć wzrost wpływów prawicowych ugrupowań, które swojej skłonności do ugody nigdy nie ukrywały. Zresztą tak to jakoś zawsze bywało, że polscy nacjonaliści, od Romana Dmowskiego do Bolesława Piaseckiego, łatwiej niż politycy innej maści znajdowali wspólny język "narodowych interesów" właśnie z Rosjanami...

Jastrzembski (wnuk powstańca z 1863 roku, postać jak ze współczesnej "Urody życia" Żeromskiego) czarował, ale nie łudził. Wyrażał nadzieję, że "trupy w szafach" nie będą nam utrudniać porozumienia. Muszę przyznać, że brak ostrej reakcji na to chamstwo zadziwił mnie: zwrot był bardziej obraźliwy niż owa "utrata okazji do zachowania milczenia", którą wypominaliśmy Chiracowi. "Trupy" to pomordowani w Katyniu i gdzie indziej. Późniejsze oświadczenia, że zbrodnia ta nie jest ani ludobójstwem, ani nawet mordem politycznym nie powinny już zatem dziwić.

Pełny sens Putinowskiego manewru łagodzącego odsłoniły dopiero wizyty prezydenta Rosji w Budapeszcie i Pradze na przełomie lutego i marca. Pisano o nich w Polsce znacznie mniej niż o wizycie Jastrzembskiego, bo też nie schlebiały naszej próżności. A jest o czym pisać, bo podróże te były bardzo znamienne. Ukazały dobitnie, że nie ma mowy o żadnym "docenieniu" przez Rosję roli Polski w Europie. Przeciwnie, Moskwa doskonale rozpoznaje naszą samomarginalizację i całkiem jej ten stan rzeczy odpowiada. Nie można również wątpić, że będzie się go starała utrwalić.

Chociaż w Budapeszcie rządzi lewica (nie widać, by miała jakiekolwiek kompleksy), a również zaplecze rządu czeskiego jest zdecydowanie na lewo od warszawskiego obozu władzy - Putin doskonale się w stolicach dwu naszych wyszehradzkich partnerów dogadywał. Zwłaszcza u naszych mitycznych "bratanków": Węgry od kilku już lat wyrastają - jak to ujmuje Marek Menkiszak z Ośrodka Studiów Wschodnich - na "kluczowego partnera Rosji w regionie środkowoeuropejskim". Partnerstwo przejawia się m.in. w utrzymaniu przez Węgry po wejściu do UE dwustronnych umów gospodarczych z Rosją; kontynuacji współpracy w dziedzinie przemysłu zbrojeniowego; częstych spotkaniach szefów rządów; popieraniu rosyjskich projektów energetycznych. Węgry zostały nagrodzone podpisaniem dziesięciu umów gospodarczych (i otwarciem rozmów na temat rozbudowy gazociągów i zbiorników gazu ziemnego), zwrotem bezcennych zbiorów biblioteki szaroszpatackiej (zrabowanych przez Armię Czerwoną w 1945 roku) oraz przypomnieniem, że już Borys Jelcyn wyraził żal z powodu radzieckiej interwencji zbrojnej w roku 1956, za którą Rosja czuje się moralnie odpowiedzialna.

Podobnie braterska atmosfera panowała podczas wizyty w Pradze. Putin chwalił Václava Klausa (który - w odróżnieniu od swojego poprzednika Václava Havla - należy do entuzjastów obecnego prezydenta Rosji). Klaus przemawiał po rosyjsku i oświadczył, że do smutnej przeszłości nie ma co wracać; Putin odwzajemnił się wyrażeniem żalu z powodu stłumienia Praskiej Wiosny w 1968 roku. W zestawieniu z wizytą prezydenta Kaczyńskiego program pobytu Putina obfitował w rozmowy na ważne tematy, przede wszystkim gospodarcze, dotyczące wielkich wspólnych projektów energetycznych (ropa, gaz, modernizacja elektrowni atomowych).

Sygnał wysłany do Polski i do republik bałtyckich jest oczywisty: Putin nagradza tych, którzy są wobec Rosji układni (przypominam, że rządy Czech i Węgier zachowują się biernie w sprawach Ukrainy i Białorusi, nie mówiąc już o Czeczenii). Nie mniej oczywiste powinno być dla nas, że Moskwa konsekwentnie uprawia bilateralną politykę zagraniczną w stosunku do państw członkowskich Unii Europejskiej. Powód: wobec każdego z nich z osobna może odgrywać rolę silniejszego partnera - wobec całej UE musi ustępować. I jeszcze jeden konieczny wniosek, bardziej szczegółowy: przestańmy się łudzić, że Grupa Wyszehradzka jest zdolna zająć jednolite stanowisko w jakiejkolwiek istotnej kwestii. Gdyby ktoś mógł ją do tego nakłonić, z pewnością nie byłaby to Polska.

Wszystko to razem uwydatnia słuszność tych komentarzy (przede wszystkim Bartłomieja Sienkiewicza) na temat wizyty Jastrzembskiego i listu Putina do Prezydenta RP, które wiązały pojednawczy gest Kremla z członkostwem Polski w Unii Europejskiej i chęcią zapobieżenia, by Warszawa nie wpłynęła na ukształtowanie się wspólnej polityki zagranicznej UE. Putin pokazał, że nie jest naszym doktrynalnym przeciwnikiem: przecież Słowianie powinni się lubić. A zaraz po tym dodał, że inaczej traktuje się państwa, nieprzeszkadzające Rosji w realizacji jej geopolitycznych celów - a inaczej te (jak Polska czy Litwa), które mieszają się w sprawy "bliskiej zagranicy". Polski nie traktuje zbyt serio, bo ani się jej nie obawia, ani nie jest mu ona do niczego specjalnie potrzebna. Dzisiejszą polską scenę polityczną Rosjanie doskonale znają; a jak nisko nasze państwo oceniają, można się dowiedzieć od zagranicznych rozmówców urzędującego w Warszawie rosyjskiego chargé d'affaires.

Sławomir Popowski, który jako jedyny bodaj starał się, na łamach "Rzeczpospolitej", omawiać syntetycznie stan stosunków polsko-rosyjskich, wysunął (w artykule z 23 lutego) tezę, że "nowa ekipa" musi "dokonać zasadniczej zmiany" polityki wobec Rosji. Zgadzam się z jego intencją, ale proponuję istotną korektę formuły: potrzebna jest nie "zmiana", ale stworzenie takiej polityki. Twierdzę bowiem, że - wbrew pozorom - nie mamy dzisiaj w ogóle polityki zagranicznej, nie tylko rosyjskiej, ale wschodniej, której rosyjska powinna być częścią.

Mamy i d e o l o g i ę polityki wschodniej ukształtowaną pod wpływem nauk Jerzego Giedroycia. Redaktor "Kultury" był świadomym kontynuatorem myśli Józefa Piłsudskiego. Jednakże Piłsudski był nie tylko ideologiem, zwolennikiem federalizmu opartego na tradycji I Rzeczypospolitej, ale również czynnym (a w omawianym zakresie - wyprzedzającym swój czas i ostatecznie nieskutecznym) politykiem. Wielki Redaktor nigdy nie był czynnym politykiem, działaczem organizującym zbiorowe struktury lub kierującym instytucjami państwowymi. Jego myśli były wytycznymi, a nie decyzjami; nie koordynował ich, nie przekładał na rozporządzenia - bo nie miał kim zarządzać. I tak jest z naszą "polityką" wobec Białorusi, Litwy, Rosji czy Ukrainy. Mamy zasady i to zwykle słuszne: wielka wizja Marszałka i Redaktora wygrała z nacjonalistyczną. Jednakże cele ideowe (niepodległa Ukraina, demokratyczna Białoruś itd.) nie są przekładane na konkretne zadania ani rozłożone na etapy. Brak jest strategii i koordynacji działań instytucji i resortów: osobne polityki prowadzą Kancelaria Prezydenta, Kancelaria Premiera, MSZ (w którym dopiero kilka tygodni temu utworzono - nareszcie! - departament Europy Wschodniej), Ministerstwo Gospodarki, Senat ze Wspólnotą Polską i inne instytucje. Ekspertyza, którą dzięki Ośrodkowi Studiów Wschodnich mamy na światowym poziomie, pozostaje słabo wykorzystana, narzędzi szuka się w ostatniej chwili. Świadomość, że możemy wywierać skuteczny wpływ jedynie w ramach działań zbiorowych i długoterminowych, pozostaje niska. Słusznie oburzaliśmy się w marcu na Łukaszenkę, ale jego samodzierżawie nie jest niczym nowym; gdybyśmy, nie czekając na represje wobec Polaków, razem z Litwinami i Łotyszami kilka lat temu zaczęli informować przez radio (i telewizję!) Białorusinów o nich samych - stopień ich aktywności obywatelskiej byłby znacznie wyższy. To Litwa, a nie Polska, zareagowała na likwidację w roku 2004 jedynej niepaństwowej wyższej uczelni, Europejskiego Uniwersytetu Humanistycznego w Mińsku, zapraszając kadrę do siebie.

Zdarzenia należy przewidywać i wyprzedzać. A do tego niezbędne jest całościowe rozpoznanie sytuacji. Jakie są na odcinku polsko-rosyjskim główne płaszczyzny sporu? Oczywiście - historia, ale tę Rosjanie traktują instrumentalnie. Oczywiście - Białoruś i Ukraina, ale Rosjanie uważają, że domagając się dla tych narodów prawa do demokracji i samostanowienia, wtrącamy się w ich wewnętrzne sprawy. Jest jeszcze jedna płaszczyzna - przemilczana, ale - jak sądzę - dla Rosjan najważniejsza: Obwód Kaliningradzki. Tu nie chodzi o sąsiadujący "bratni naród słowiański", lecz o kawałek "ziemi rosyjskiej". A wiemy skądinąd, że Moskwa dla zachowania jałowych i niemal pustych Wysp Kurylskich jest gotowa trzymać już 60 lat w zamrożeniu stosunki z Japonią, której te wyspy zabrano.

Optymiści twierdzili, że Kaliningrad ma wystarczający potencjał do tego, by stać się "Hongkongiem Europy Wschodniej". W rzeczywistości ta absurdalna pod każdym względem (historycznym, gospodarczym, geograficznym) jednostka terytorialna jest korupcyjno-chorobowo-ekologicznym ściekiem. Mieszkańcy (około miliona) chcieliby jakiejś autonomii samorządowo-gospodarczej dla tego najmniejszego obwodu Federacji Rosyjskiej, ale Moskwa na to nie zezwala. Od 1 maja 2004 roku obwód jest wewnętrzną enklawą Unii Europejskiej. Rosja wywierała presję początkowo na Polskę i Litwę, później już tylko - ale za to znacznie mocniejszą - na Litwę, aby zapewnić obywatelom Rosji niekontrolowany tranzyt. Próbowała sprawę załatwić drogą bilateralnych apeli i nacisków. W obliczu zdecydowanego stanowiska władz Unii musiała ustąpić i zgodzić się na wymóg wiz i kontroli granicznej.

Była to twarda lekcja, z której Kreml wyciągnął należyte wnioski: pobrzmiewają one wyraźnie w wywiadzie z Siergiejem Jastrzembskim i artykule Timofieja Bordaczowa, zamieszczonych w "Europie" z 15 marca. Zrozumienie zasad funkcjonowania instytucji unijnych i świadomość ich znaczenia są w tych tekstach znacznie większe niż u polskich polityków rządzącego dzisiaj układu. Widocznie Moskwa lepiej niż kręgi decyzyjne w Warszawie zdaje sobie sprawę, że - jak napisał Jerzy Łukaszewski w "Rzeczpospolitej" (20 lutego) - "Unia to my, a nie oni". I dlatego stara się różnymi sposobami nie dopuścić do powstania wspólnej europejskiej polityki zagranicznej, a także osłabić wpływ Polski (i republik bałtyckich) na kształtowanie jej elementów. Ostentacyjny eurosceptycyzm znacznej części polskiej klasy politycznej jest dla Rosji, rzecz jasna, ważnym wsparciem: Moskwa chce bowiem Polskę marginalizować. Polacy jej w tym dziele dopomagają, często - jak np. w sprawie utrzymania Traktatu Nicejskiego - zajmując inne stanowisko niż pozostałych 24 członków UE. Dla Moskwy wygodne są też takie polskie posunięcia, które sprawiają wrażenie egocentrycznych odruchów antyrosyjskich.

Bordaczow pisze: "Nie uda się dynamicznie rozwijać współpracy między Unią Europejską a Federacją Rosyjską, jeśli wpierw nie zostanie udzielona odpowiedź na pytanie o przyszłość UE". Nie dodaje, że dzisiejszej Rosji mniej zależy na współpracy z Unią niż na zachowaniu możności bilateralnego "rozgryzania" jej członków. Z polskiej perspektywy słuszniejsza jest rozszerzająca parafraza cytowanego twierdzenia: tylko wspólna wizja przyszłej UE może pozwolić na wyłonienie skutecznej polityki zagranicznej.

W stosunkach z Rosją Polska ponosi konsekwencje swojego położenia geopolitycznego na strategicznym styku interesów rosyjskich (Kaliningrad, Białoruś, Ukraina) i unijnych. Jeżeli nie chcemy, by konsekwencje te były zawsze negatywne i oznaczały jedynie ciągłe ponoszenie kosztów, musimy przejmować inicjatywę. Sławomir Popowski ("Rzeczpospolita" z 10 marca) w artykule pod wymownym tytułem "Na wschód przez Brukselę" cytuje słowa m.in. Andrzeja Krawczyka, doradcy prezydenta RP ds. polityki zagranicznej: "Siła naszej polityki wschodniej zależy od naszej pozycji w Unii Europejskiej. Musimy wchodzić we wszystkie struktury europejskie i działać tak, abyśmy byli postrzegani jako znaczący, poważni i wiarygodni partnerzy". Święte słowa, ale nijak się mające do obecnej praktyki. Naszą zasadniczą wadą jest brak zrozumienia dla unijnych instytucji i reguł gry, połączony ze skłonnością do sobkostwa. Uderzającym przykładem była propozycja "energetycznego paktu muszkieterów", wysunięta przez urząd premiera. (Notabene polskie media - tak ponoć krytyczne - obeszły się z tą inicjatywą bardzo łagodnie. Jędrzej Bielecki w "Rzeczpospolitej" z 3 marca zareagował wręcz z entuzjazmem). Nie pozwala ona postrzegać Polski jako poważnego partnera i to z paru powodów.

Propozycje na taką skalę (chodzi o współpracę w ramach UE i NATO) są zawsze wcześniej konsultowane kanałami dyplomatycznymi, o tej zaś polski MSZ dowiedział się z radia. W UE przyjęte jest, że projekty dotyczące wszystkich członków zgłasza się na unijnym forum jako propozycję działań wspólnotowych. Nie powinno chodzić o popis państwa zgłaszającego, ale o sens zespołowy. Polski projekt wykraczał poza ramy unijne; tym bardziej powinien był zostać omówiony z Komisją. Propozycja oparta była na analogii z Traktatem Waszyngtońskim NATO; ale Pakt Atlantycki jest sojuszem wojskowym, czyli dotyczy czegoś, co leży w gestii rządów. Natomiast zasoby energetyczne i linie przesyłowe są w gestii przedsiębiorstw, zwykle międzynarodowych, które żadnemu rządowi nie podlegają. Dlatego np. Brytyjczycy natychmiast zaprotestowali przeciwko wtrącaniu się do gospodarki rynkowej. Zaproszenie do udziału Stanów Zjednoczonych (które zachowały dyplomatyczne milczenie) zakrawa na dowcip: USA są największym na świecie importerem energii i mają olbrzymie kłopoty z uzależnieniem od niestabilnych dostawców. Projekt pomija Rosję i jest oczywiście pomyślany jako zabezpieczenie przeciw wykorzystywaniu przez nią ropy i gazu do celów politycznych. Ale w naszej części świata nie ma innych źródeł ropy i gazu, które mogłyby w praktyce zrównoważyć zasoby rosyjskie. Dlatego wszystkie inne państwa Unii (łącznie z naszymi partnerami w Grupie Wyszehradzkiej) są zdania, że lepiej będzie Rosję związać umową niż wykluczyć: Niemcom czy Węgrom potrzebna jest benzyna i gaz, ale Rosji nie mniej potrzebne są pieniądze, bo gdzie indziej swojej ropy i gazu nie sprzeda. I tak dalej, i tak dalej. Propozycja polska zawierała mądre elementy - ale większość z nich znajdowała się już w unijnym Green Paper, opracowywanym od ponad dwu lat. Zamiast włączyć się do zbiorowego przedsięwzięcia - wyskoczyliśmy przed szereg z nieprzemyślanym własnym pomysłem. Komentarze nie były pochlebne: od "Polska znów europejskim odstępcą" ("International Herald Tribune") do "nowy polski bzik" ("Le Monde"). W sumie stracona szansa, bo Unia została właśnie uczulona na rosyjskie naciski. Zdrowe jądro "paktu muszkieterów" (występujmy wobec Rosji wspólnie!) zagubiło się w całym zamieszaniu.

Podsumujmy. Realizacja założeń ideowych piłsudczykowskiej polityki wschodniej spoczywa teraz w gestii środowisk skłonnych do endekoidalnej frazeologii i autarkicznych zachowań. Stąd widoczna niespójność w wypowiedziach i decyzjach polityków obozu rządzącego. Mam nadzieję, że wyjdziemy z tej niespójności nie drogą porzucenia ideologii, ale drogą znalezienia sprawnych i spoistych środków do jej realizacji. I wtedy powstaną warunki dla stworzenia polskiej polityki wschodniej.

p

, ur. 1930, badacz literatury, publicysta, polityk. Znawca twórczości Josepha Conrada - autor m.in. jego fundamentalnej (wydanej także na Zachodzie) biografii "Życie Conrada--Korzeniowskiego" (1980). W okresie PRL działacz opozycyjny, pomysłodawca i współzałożyciel Polskiego Porozumienia Niepodległościowego. Na emigracji dyrektor polskiej sekcji Radia Wolna Europa. Szef Komitetu Obywatelskiego przy przewodniczącym NSZZ "Solidarność" (1990), Krajowego Komitetu Obywatelskiego (1991), Klubu Atlantyckiego. W 1992 był doradcą premiera Jana Olszewskiego, później także doradcą szefa Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej (od 1998). Wydał kilka książek publicystycznych - m.in. "Jaka Polska - co i komu doradzałem" (1993) oraz "Z Polski do Polski poprzez PRL" (1995). W "Europie" nr 45 z 9 listopada 2005 opublikowaliśmy jego tekst "Polska pozostaje w Europie".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj