Naszego dzisiejszego rozmówcę André Glucksmanna zapytaliśmy o panujący obecnie w świecie klimat intelektualny i moralny. Jego zdaniem ludzkość tkwi w kleszczach między fanatyzmem a pragnieniem spokoju za wszelką cenę. Fanatyzm posługuje się myśleniem apokaliptycznym i dąży do zniszczenia wyimaginowanego wroga. Pragnienie spokoju dominujące dziś na Zachodzie opiera się z kolei na obojętności wobec okrucieństwa i przemocy, na zapomnieniu o tragiczności istnienia. Obie te skrajne postawy wynikają tak naprawdę z tego samego przekonania: że zło nie istnieje. Właśnie to przekonanie uniemożliwia nam wedle Glucksmanna prawidłowy moralny osąd sytuacji. "Nie wierzę w zderzenie cywilizacji. Nie wierzę też w walkę religii przeciwko rozumowi. Wierzę w walkę dwóch filozofii. Jedna z nich mówi, że zło jest. A druga twierdzi, że zło nie istnieje - i w rezultacie mamy prawo robić, co tylko chcemy. Nieważne, z Bogiem czy bez niego".
p
Wola wymazania złego doświadczenia jest chorobą wszystkich społeczeństw zachodnich. Widzimy to u antycznych Greków - oni też chcieli raz na zawsze zamieszkać w pokoju. Ten sen był podtrzymywany przez sofistów, nasze pierwsze ciało profesorskie: ja nauczam, ty się uczysz, a dzięki temu całe Ateny skąpane są w świetle bez żadnego cienia. Jednocześnie ogromna część filozofii i kultury jest reakcją przeciwko tej woli życia w pokoju. Antyczne dramaty pełne są ludzi, którzy wskazują palcem na nieszczęście, bo nikt nie chce ich słuchać. Przypominam, że Jana Kotta do krytyki stalinizmu pobudził kontakt ze sztukami Szekspira. We Francji mieliśmy stalinistów, którzy budząc się ze swojej dogmatycznej drzemki, zaczynali czytać Tacyta. I dostrzegali wiele podobieństw między cesarzami rzymskimi a Stalinem czy Mussolinim. Tak więc kultura może służyć jako środek wyrwania się ze snu. Także związek między filozofią a rozpoznawaniem niebezpieczeństwa jest czymś niezwykle istotnym. To jedna z tradycji założycielskich filozofii. Sokrates w "Państwie", mówiąc o wychowaniu wojowników, obrońców miasta, zaleca, aby selekcji dokonywać w zależności od ich zdolności filozoficznych. Dlaczego? Ponieważ, by pokonać nieprzyjaciela, trzeba go rozpoznać z daleka i rozpoznać z bliska. Na zewnątrz i wewnątrz. Aby przeciwstawić się temu, co nieludzkie, muszę najpierw osaczyć je w samym sobie i wypatrzyć wokół.
Peter Sloterdijk sam jest wielkim zwolennikiem tego typu "kryształowych pałaców" czy "baniek". Twierdzi przecież, że Europa ma wielką przewagę nad Ameryką, ponieważ nie poświęca już energii ani nie wydaje pieniędzy na przygotowania do obrony. Podkreśla, że Europa jako pierwsza zrozumiała, że XXI wiek domaga się w gruncie rzeczy finansowania sportu i dobrego samopoczucia, a nie wojska. Sloterdijk jest prorokiem szczęścia, który aplikuje społeczeństwu pewną dozę środków uspokajających, znakomicie rozumiejąc jego potrzeby. Na przykład Francja jest światowym rekordzistą w konsumpcji środków uspokajających czy antydepresyjnych. Sięganie po prozac nie jest zresztą konieczne - sprzedawane w supermarketach romanse czy dzieła Sloterdijka mogą odgrywać podobną rolę.
Arystoteles tłumaczy, że cnota leży pośrodku, między dwiema skrajnościami. Po jednej stronie mamy skrajność w postaci pasywności czy apatii. To jest to, o czym mówiliśmy przed chwilą - pragnienie spokojnego snu za wszelką cenę. Mamy także drugie ekstremum - czyli apokalipsę. Wszystkich tych, którzy głoszą, że zagłada przyjdzie jutro i nie możemy już nic zrobić.
Wcale nie. Na przykład ekologowie, jedna z najważniejszych formacji świata Zachodu, wyznają jednocześnie oba skrajne poglądy. Z jednej strony zupełnie nie obchodzą ich dyktatury. Z drugiej strony głoszą, że dziura ozonowa jest tak straszna, że właściwie nie da się już nic zrobić... Wszystko co atomowe koniecznie musi wybuchnąć, więc nie możemy korzystać z energii nuklearnej. Oni stawiają znak równości między bombą atomową w rękach szaleńca a centralą energetyczną w demokratycznym kraju Europy.
Wkrótce potem poznałem Vaclava Havla, który po przeczytaniu mojej polemiki zaprosił mnie do Pragi. Oczywiście mój antykomunizm rozwścieczył niemiecką skrajną lewicę, która na Targach Książki we Frankfurcie przyznała mi "Nagrodę literatury wojenno-nazistowskiej". W tej całej sprawie jest coś znacznie gorszego niż pomyłka odnośnie prawdziwego niebezpieczeństwa. W końcu coś takiego może zdarzyć się zawsze. Tu raczej chodzi o to, że często myślimy, że jest tylko jedno źródło całego zła: Wall Street, imperializm czy globalizacja. I zapominamy o wszystkim innym. A na dodatek zakładamy (to oczywiście nie jest powiedziane wprost), że wskazane przez nas zło jest tak potężne, że wszelki opór staje się bezcelowy: Ameryka jest władcą świata i nic nie możemy na to poradzić...
Są różne warianty. Jest oczywiście Negri albo alterglobaliści, którzy nie myślą już o dyktaturze proletariatu, tylko o jakimś wyimaginowanym królestwie nie z tego świata, na wzór socjalistów utopijnych. Powracają mentalnie do XIX wieku, by uniknąć zetknięcia się z rzeczywistością, której się boją. Ale mamy też Heideggera, który mówił, że właściwie nic nie da się uratować, ponieważ świat został opanowany przez technikę. Trzeba tu jasno powiedzieć, że Heideggerowska "techne" to w gruncie rzeczy nieco metafizyczna parafraza systemu kapitału opisanego przez Marksa. Tu także pojawiają się monstra tak potężne, że na dobrą sprawę nie ma już nic do zrobienia. Kiedy Chomeini zdobył władzę w Iranie, po jego stronie stanęli nie tylko fanatycy muzułmańscy, komuniści z Tudehu i Michel Foucault, który na szczęście otworzył oczy po dwóch miesiącach. Zrobili to także heideggeryści. Nie byli oni wcale fanatykami religijnymi, rozumowali w następujący sposób: jest niebezpieczeństwo komunistyczne i jest amerykański szatan. A pośrodku mamy zbawiciela w postaci Chomeiniego. To pokazuje, jak niebezpieczny jest katastrofizm. I że jest to niebezpieczeństwo podwójne. Może prowadzić do najgorszych form fanatyzmu, ale może też uzasadniać skrajny pasywizm.
Gdy przyglądamy się np. Francji po II wojnie światowej widać bardzo wyraźnie, że mamy do czynienia z dwoma całkowicie odmiennymi dyskursami. Przez pierwsze 30 lat dominuje dyskurs zwycięstwa. Zarówno militarnego - który był dyskursem uzurpatorskim, bo przecież Francja wcale nie wygrała wojny - jak i ekonomicznego. Ten ostatni był uzasadniony, bo wtedy Francja bardzo zmieniła się gospodarczo. W związku z tym pojawiła się idea, że we Francji dysponujemy wiedzą, która pozwala nam zajmować się sprawami tego świata bez ryzyka błędu. To mógł być marksizm lub jego odmiany - na przykład strukturalistyczny marksizm Althussera. Potem, w ciągu następnych 30 lat, pojawia się dyskurs zupełnie inny: "Nie da się już nic zrobić, wszystko jest stracone".
To prawda, ale to nie jest wyłącznie francuskie. Klub Rzymski domagał się zerowego wzrostu. Ekologowie żądają dziś absolutnego poszanowania dla "zasady przezorności". Głosi ona, że należy powstrzymać się od działania nie tylko w przypadku, gdy jego negatywny wpływ na otoczenie człowieka został udowodniony, ale także wtedy, gdy nie możemy go wykluczyć. "Zasada przezorności" stanowi dziś jeden z fundamentów europejskiej polityki "trwałego wzrostu". Jest oczywiste, że jeżeli trzymamy się jej w sposób absolutny, to odrzucamy prawie wszystko. Człowiek nie mógłby zaakceptować nawet wynalazku ognia - ponieważ ogień z jednej strony pozwala zjeść coś lepszego, ale z drugiej umożliwia także podpalenie domu sąsiada. Z podobnych założeń wychodzi także dominująca dziś "postfilozofia" - "radujmy się, bo nic nie da się zrobić". Aby poznać zręby tej zaraźliwej doktryny, wystarczy poczytać Slavoja .Zi.zka, on na tym właśnie opiera swój sukces. Ten pasywny nihilizm niszczy podstawy Europy. To jego wyrazem była np. klęska referendum konstytucyjnego. "Nie" zdobyło większość nie dlatego, że krył się za tym jakikolwiek program, jego jedynym motywem było odrzucenie zmian.
Będzie trwał zawsze, ponieważ postawa człowieka, jego myśl, filozofia jest tym, co Kant nazywał "Kampfplatz", polem bitwy. Nie wierzę w zderzenie cywilizacji. Nie wierzę też w walkę religii przeciwko rozumowi ani rozumu przeciwko religii. Wierzę w walkę dwóch filozofii. Jedna z nich mówi, że zło jest. A druga twierdzi, że zło nie istnieje - i w rezultacie mamy prawo robić, co tylko chcemy. Nieważne, z Bogiem czy bez niego. Można, robiąc to, powoływać się na Boga - jak Wielki Inkwizytor u Dostojewskiego. Ale można powiedzieć - i to także znajdujemy u Dostojewskiego - "ponieważ Bóg nie istnieje, możemy robić wszystko".
Tak. Po jednej stronie mamy "żywe bomby" islamistów, którzy w imię Boga mordują kogo się da. Bolszewików, którzy są ateistami. Albo pacyfistów niemieckich z roku 1984, którzy myślą, że zło nie istnieje, czego dowodzi hasło: "Raczej czerwoni niż martwi". Oni nie chcieli wiedzieć, że zostając czerwonymi, także mogą być martwi. Po drugiej stronie są ci, którzy mają pewną koncepcję zła i rozumieją, że ono istnieje naprawdę. Polscy dysydenci zjednoczyli się nie dlatego, że tak samo myśleli. Polska była wielkim przykładem jedności między intelektualistami, często ateistycznymi, Kościołem i ludem. Ten związek między ludźmi, którzy mieli bardzo różne koncepcje raju, nadziei, dokonał się właśnie przeciwko złu - w tym wypadku przeciwko komunistycznemu despotyzmowi. Ta zdolność widzenia zła, którą mieli polscy dysydenci, jest moim zdaniem zasadą jedności zachodnich demokracji. Które oczywiście mają różne interesy, ale mimo to mogą występować razem. NATO opiera się na zasadzie, że mamy wspólnych nieprzyjaciół. Specjalnie używam liczby mnogiej. W okresie zimnej wojny był to obóz komunistyczny, Rosja i Chiny. Dziś nieprzyjaciół jest wielu...
To bardzo skomplikowane. Rezultaty zimnej wojny dostrzegalne są dziś na całym świecie. "Wojny zostały zakończone, ale wojownicy nadal tu są". To cytat z Ernsta von Salomona z roku 1920. Świetnie opisał weteranów, którzy co prawda przegrali I wojnę, ale nadal toczyli bitwy. A wkrótce potem stworzyli zaplecze dla Hitlera. Salomon zresztą także był bojownikiem, brał udział w zamachu na jedynego żydowskiego ministra Republiki Weimarskiej Walthera Rathenaua, wielkiego człowieka i polityka. Ale ostatecznie nie poszedł za Hitlerem.
Jestem tego samego zdania i nigdy nie przestałem tego podkreślać. Kiedy w Liberii ktoś pyta chłopaka z kałasznikowem: "Czy nie boisz się, że zabijesz własną matkę?", on odpowiada: "Czemu nie?". Kiedy byłem w Czeczenii (jestem dzieckiem Holocaustu, ale uważam, że zwykłe przypominanie przeszłości nie wystarczy, najlepszym sposobem okazania szacunku zmarłym jest walka z ludobójstwem dnia dzisiejszego), do bojowników czeczeńskich pomógł mi się przedostać pułkownik rosyjskiej FSB. Oczywiście za pieniądze. Nosił łańcuszek z napisem "Get what you want". To jest hasło całej armii rosyjskiej, która jest nihilistyczna w tym znaczeniu, że każda technika zdobywania pieniędzy jest dobra. Innymi słowy - zło nie istnieje.
Zimna wojna zmieniła wszystko. Nie dostrzegliśmy tego na Zachodzie. Na wschodzie Europy dostrzeżono to, ale też nie do końca. Na całym świecie dawne społeczeństwa zostały wywrócone do góry nogami, niewiele po nich zostało. W rezultacie mamy mnóstwo ludzi, którzy uważają, że aby mieć kobietę albo mieszkanie, wystarczy kałasznikow. Tak jest w Ameryce Południowej, Azji czy Afryce (ten ostatni przypadek świetnie opisał Ryszard Kapuściński). Obserwujemy koniec dawnych struktur mentalnych i moralnych. Coś podobnego zdarzyło się w Niemczech w XVIII wieku i wywołało namiętności, które wybuchły tam w wieku XX. To samo zdarzyło się w Rosji w XIX wieku, przynosząc ze sobą nihilistów, których opisuje Dostojewski, a potem Lenina. To pokazuje, że dziś zostały stworzone podstawy wszelkich możliwych wojen i wszelkich możliwych konfliktów. Czeka nas rozkwit wszelkiego rodzaju narzędzi zniszczenia. W tym sensie NATO - czy po prostu Zachód - otoczone jest nie tylko przez nieprzyjaciół, ale także przez chaos.
Zależy to od odpowiedzi, co nazwiemy terroryzmem. Dla mnie terroryści to nie tylko Czerwone Brygady czy radykalni islamiści. Moja definicja jest inna - terroryzm to wszelka świadoma akcja ludzi uzbrojonych przeciwko bezbronnym. Nieważne, czy jest to akcja żołnierzy, czy ludzi bez mundurów. W tym sensie reżim Husajna był terrorystyczny. A dziś w Iraku terroryzmu jest mniej - bo mniej jest ofiar. Chciałbym powiedzieć jeszcze coś - kiedy wspierałem interwencję w Iraku, 3 proc. Francuzów było za, 97 proc. przeciw, prawie jak w Korei Północnej. Francja znalazła się w awangardzie najbardziej wulgarnego, prymitywnego antyamerykanizmu - ludzie cieszyli się nawet z huraganu Katrina. Dziś kompletnie zmieniliśmy swoją politykę. Do tego stopnia, że amerykańscy neokonserwatyści zaczęli mówić, że jesteśmy ich najlepszymi sojusznikami. Dlaczego? Ponieważ Chirac stracił swego najlepszego sojusznika, premiera Libanu Rafika Hariri, zamordowanego w zamachu. Od tej pory Chiracowi brakuje sprzymierzeńców na Bliskim Wschodzie, bardzo boi się tego, co dzieje się w Iranie i modli się, by Amerykanie nie wyszli z Iraku. Francja stała się proamerykańska...
Ale tak jest - zmiana polityki została podyktowana przez istnienie wspólnego nieprzyjaciela. Mamy dziś do czynienia raczej ze wspomnieniem napięcia niż z realnym napięciem w stosunkach USA-Francja. Choć nie zawsze jest to widoczne: w polityce wewnętrznej, z powodów wyborczych, nadal wykorzystuje się antyamerykanizm. Oczywiście nic nie jest raz na zawsze zagwarantowane. Możliwe, że USA, które pozostawiono samym sobie, które doświadczyły ciężaru wojny i nieustannej krytyki w mass mediach (wciąż mówiono o torturach w Abu Ghraib, nigdy zaś o czeczeńskich "obozach filtracyjnych"), zechcą się wycofać. I wrócić do typowej dla siebie polityki izolacjonistycznej. To będzie wielkie nieszczęście dla Europy. Bo Europa będzie musiała wziąć na siebie odpowiedzialność zamiast Amerykanów. Czy nie lepiej było wziąć ją razem z nimi?
To bardzo istotne. Jeszcze niedawno nikt nie dostrzegał, że w roku 1944 przeszliśmy od marksizmu-leninizmu, który był ideologią podboju, do marksizmu nihilistycznego. Dziś możemy się o tym dowiedzieć choćby z opublikowanych właśnie wspomnień syna Berii. Ostatni szef stalinowskiej policji politycznej ukazuje się tam jako równie pozbawiony ideologicznych pozorów i wszelkich skrupułów, co szef mafii. Jego cynizm przeraża. Od tej pory rozziew między specjalistami sowieckiego gestapo, takimi jak Andropow, a pisarczykami partii, nadal przywiązanymi do dawnych ideologii, staje się coraz większy. Podwójny język Stalina z lat 1940 - 44 - sentymentalny dla mas, suchy i pozbawiony ozdobników w momencie podejmowania decyzji - staje się wzorcem. Partia, jej mówcy, jej propagandyści, zaczyna się rozpraszać. Podczas gdy aparat siłowy - szpiedzy, policjanci, wszelkiego rodzaju strażnicy - radzi sobie coraz lepiej. W tym sensie w Stalinie z 1944 roku jest już Putin.
Właśnie. Od czasów późnego Stalina nie wierzy się już w dyktaturę proletariatu, pogodzenie człowieka z człowiekiem, królestwo wolności. Rządzi się, żeby rządzić, niszczy się, żeby niszczyć, panuje, żeby panować. Od tego momentu jest tylko cynizm. Ale jednocześnie zachowujemy z marksizmu ideę, że istnieje absolutny nieprzyjaciel. To przetrwało do dziś. Po pierwsze jako ideologia nihilizmu pasywnego, ideologia głosicieli apokalipsy, o której wcześniej rozmawialiśmy: system jest zbyt silny za sprawą globalizacji itd. Pozostaje całe zaplecze, które pozwala zdefiniować nieprzyjaciela na sposób marksistowski (nieprzypadkowo Negri był niegdyś straszliwie dogmatycznym marksistą). Jednocześnie czujemy się wyemancypowani, wyzwoleni, silniejsi - bo już nie mamy ideałów komunistycznych. Tak więc nie musimy nic robić. To przypadek ekologów. Bo przyzna pan chyba, że propozycja tzw. podatku Tobina, podniesienia ceny biletu lotniczego o 1 euro, to w porównaniu z doktryną socjalistyczną raczej niewiele. W rzeczywistości nie proponujemy nic i nadal opłakujemy koniec świata. To pierwsze rozwiązanie.
Jesteśmy wyzwoleni z komunistycznych ideałów i dlatego możemy sobie pozwolić na wszystko. I Putin w Czeczenii pozwala sobie na wszystko. Także wielu "wojowników bez wojny" w krajach Trzeciego Świata pozwala sobie na wszystko wobec własnej ludności. Wystarczy spojrzeć na statystyki - dziś akcje zbrojne nie są prowadzone przeciwko żołnierzom, ale głównie przeciwko cywilom, w pierwszej kolejności przeciwko kobietom i dzieciom. Wszystkie przykłady afrykańskie tego dowodzą. Tak samo jest w Ameryce Południowej. Tzw. partyzanci nie walczą z armiami - terroryzują ludność, żyją z okupów i kokainy. To marksizm narkotyczny, marksizm nihilistyczny. Ideologia absolutnego wroga to najniebezpieczniejsza filozofia XXI wieku. Islamiści również są jej spadkobiercami. Oni także myślą, że istnieje straszny, diabelski system i aby z nim walczyć, można sięgać po wszystkie środki.
Przypomnę sprawę karykatur Mahometa. Islamiści zadali nam pytanie: dlaczego - skoro kpimy z Proroka - oni nie mogą drwić z Holocaustu. My wyśmiewamy ich religię, więc oni wyśmieją religię Holocaustu. Odpowiedź jest prosta: w ten sposób znosi się różnicę między faktem a wiarą. Bo Auschwitz jest faktem. To walka między dwiema metodami myślenia. Z jednej strony mamy tych, którzy uważają, że próba oddzielenia prawdy od fałszu ma sens. Z drugiej tych, którzy są przekonani, że nie ma faktów, są tylko interpretacje stanowiące akty wiary. To kończy się nihilizmem pasywnym: "Nic nie jest prawdziwe ani fałszywe". Albo nihilizmem aktywnym: "Prawda to ja". Zastanawiamy się coraz częściej, dlaczego wyposażony w broń nuklearną Iran stanowi takie zagrożenie dla świata. Dlatego właśnie, że rząd Iranu odrzuca podstawowe doświadczenia XX wieku, uważając je za zachodnie wierzenia, a nie fakty. Po pierwsze neguje barbarzyństwo właściwe człowiekowi, którego wyrazem były gułagi czy Auschwitz...
A po drugie negują znaczenie Hiroszimy. Bo Hiroszima oznacza, że wojna raz na zawsze zmieniła swoje oblicze. Są dwa rodzaje końca ludzkości - jeden dokonuje się za sprawą barbarzyństwa wewnętrznego: nazistowskiego, komunistycznego albo nacjonalistycznego, jak w przypadku Milo.sevicia (przypominam, że na początku Milo.sević był jednym z wielu komunistycznych kacyków, który podobnie jak wszyscy inni chciał tylko bronić swych gigantycznych przywilejów). Drugi kres ludzkości to eksplozja techniczna. Problem polega dziś na tym, że oba rodzaje kresu mogą się ze sobą łączyć. Już na Manhattanie istniało takie niebezpieczeństwo - islamiści mogli zaatakować centralę atomową, próbując powtórki z Czarnobyla. Dziś w Iranie są teologowie, którzy twierdzą, że broń atomowa to broń jak każda inna. Nie ma sensu za bardzo się nią przejmować. Można jej użyć dla czynienia dobra i dla czynienia zła. Jeżeli w okresie zimnej wojny między Amerykanami a Rosjanami panował pokój, to tylko dlatego, że obie strony dostrzegały niebezpieczeństwo końca ludzkości. Od chwili, gdy zaczyna się twierdzić, że ta atomowa zapałka jest jak każda inna zapałka, zagrożenie staje się znacznie większe, a pokój znacznie trudniejszy do utrzymania. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że istnieje wielkie ryzyko w punkcie spotkania potęgi technicznej i fanatyzmu - w tym wypadku religijnego, ale może to być każdy inny fanatyzm. I to właśnie jest przeznaczeniem XXI wieku. Dziś widzimy, że XX wiek był bardzo szczęśliwy, mimo swych okrucieństw.
Ale nie ma pan innego wyboru. Trzeba sobie po prostu uświadomić, że Hitler nie miał bomby atomowej. To jest różnica gigantyczna. To dzięki temu połączenie Hiroszimy i Auschwitz nigdy nie dokonało się w XX wieku. Ale może wydarzyć się w XXI stuleciu, a potem powtórzyć. Iran to tylko początek. Europejczycy żyją dziś w systemach demokratycznych, a demokracje nie toczą między sobą wojen. Jednak ich wielka słabość polega na tym, iż nie zawsze rozumieją, że inni mogą wypowiedzieć im wojnę. Rakiety irańskie, udoskonalone dzięki Putinowi, być może także dzięki Chińczykom, Korei Północnej i Pakistańczykom, mają w swym zasięgu nie tylko Izrael, któremu Irańczycy obiecali atomową zagładę. W ich zasięgu znajduje się także południowa Europa. Jest możliwe, że w przyszłości także reszta Europy "skorzysta" na pomocy technicznej udzielanej Irańczykom przez Rosjan. To niespecjalnie uspokaja.
p
, ur. 1937, jeden z najważniejszych współczesnych filozofów europejskich. Uczeń Sartre'a i Arona. Początkowo bliski radykalnej lewicy, od której stopniowo zaczął się dystansować. W roku 1975 opublikował "La cuisini`ere et le mangeur d'hommes", książkę, która odegrała ogromną rolę w zerwaniu francuskich intelektualistów z marksizmem. Oprócz tego wydał m.in. "Les ma^itres penseurs" (1977), "Cynisme et passion" (1981) oraz "La Troisi`eme Mort de Dieu" (2000). W ostatnich latach głośne stały się jego książki analizujące stan ducha ludzi Zachodu w XXI wieku: "Dostojewski na Manhattanie" (wyd. polskie 2003) oraz "Ouest contre Ouest" (2003). W "Le discours de la haine" (2004) analizował z kolei współczesne odmiany języka nienawiści - fragment tej książki pt. "Nienawiść do kobiet" zamieściliśmy w nr. 31 z 3 sierpnia 2005. Oprócz tego opublikowaliśmy wywiady z Glucksmannem, m.in.: "Europejczycy są dumni ze swej "woli niemocy"" (nr 16 z 21 lipca 2004), "O upadku zachodnioeuropejskiej lewicy"(nr 26 z 29 czerwca 2005). Ostatnio we Francji ukazała się jego autobiografia intelektualna: "Une rage d'enfant".