Jednym z bardziej popularnych "gestów duchowych" polskiej literatury ostatnich kilkunastu lat stał się gest dezercji - twierdzi Maciej Urbanowski. Dezercja to przede wszystkim odrzucenie walki za "sprawę" - narodową i niepodległościową - potraktowanie jej jako nieznośnego jarzma, które krępuje jednostkową wolność. Niezwykle ciekawą transpozycją tego motywu jest najnowsza powieść Eustachego Rylskiego "Warunek". Perypetie dwójki jej głównych bohaterów, napoleońskich żołnierzy będących swoistą parodią Sienkiewiczowskiej pary Skrzetuski-Rzędzian, stanowią przede wszystkim ilustrację fenomenu duchowej dezercji, ucieczki od własnej legendy, ideałów, symboli i tradycji. Rylski nie ogranicza się jednak tylko do przedstawienia tego motywu, ale przewrotnym gestem przełamuje jego logikę, każąc bardziej "przyziemnemu" i z pozoru prymitywniejszemu z dwójki bohaterów pozostać strażnikiem i odnowicielem legendy swego towarzysza - bohaterskiego kawalerzysty Andrzeja Rangułta.
p
Wybitny polski krytyk literacki Karol Irzykowski zgłosił kiedyś pomysł, by literaturę badać pod względem charakterystycznego dla niej repertuaru "gestów duchowych" rozumianych szeroko jako "typowa postawa wobec wszechświata", wyrażana "zarówno gestami - działania, reagowania, jak cierpienia i odczuwania", oraz - dopowiedzmy - śmiechu, płaczu, żałoby, drwiny, patosu, heroizmu. Emblematycznymi niejako figurami tych duchowych gestów byłyby znane postaci literackie, np. Falstaff, Hamlet, Don Kichot, Konrad itd.
Ciekawe byłoby badanie ewolucji owych gestów w literaturze, zwłaszcza tych, które spośród nich dominują w danej epoce, które są wykluczane, wreszcie tych przez nią samą "wymyślanych". Istotna byłaby tu owych gestów i ciągłość, i nieciągłość. Jakie na przykład gesty zdominowały literaturę polską ostatnich kilkunastu lat? Gest śmiechu, drwiny, nostalgii? Zapewne, ale dodałbym tu też gest d e z e r c j i. Zwracałem na niego uwagę, recenzując przed dobrych paru laty zbiór wierszy, a właściwie piosenek Krzysztofa Grabowskiego pt. "Dezerter", wydany w ramach Biblioteki "brulionu". Pomyślało mi się wówczas, że ów tytuł jest nieprzypadkowy, że to nie tylko nazwa tomu czy zespołu punkowego, z którym był związany Grabowski, ale także świetne określenie charakterystycznej dla literatury polskiej po 1989 roku postawy czy też - jak dzisiaj bym to nazwał - pewnego dominującego w niej gestu duchowego.
W czym tkwiłaby istota owego gestu? Z pewnością w radykalnym i rzeczywistym (bo potwierdzonym czynem ucieczki) odrzuceniu "gestu żołnierskiego", zakładającego etos służby komuś albo czemuś "nieodgadnionemu i absolutnemu" oraz gotowość na ograniczenie wolności własnego ja, a nawet unicestwienie tego ja, a to w imię wierności pewnym wartościom ponadindywidualnym, ojczyźnie, ale też np. tradycji, cywilizacji, religii, honorowi, prawdzie itd. Dezerter odmawia takiej służby, bo nie chce być członkiem żadnej zbiorowej "armii", nie chce być żołnierzem żadnej idei czy sprawy. Ale nie chce też być po prostu cywilem, który najlepiej czuje się w domowych pieleszach i kocha nade wszystko stabilność swej mieszczańskiej egzystencji, a więc kimś takim jak bohater Mirona Białoszewskiego - choćby ten z "Pamiętnika z powstania warszawskiego". Dezerter, którego znamy z wierszy i prozy po 1989, przypomina raczej Witolda Gombrowicza z "Trans-Atlantyku", tego dezerterskiego arcydzieła naszej literatury. (Naszej, bo w literaturze europejskiej emblematem gestu dezercji byłby raczej Józef Szwejk, jakże jednak inny i sympatyczniejszy, radośniejszy w swej "dezercji" od bohatera "Trans-Atlantyku"! Byłybyż narodowe odmiany tego gestu?Już po napisaniu tego szkicu przeczytałem bardzo ciekawe uwagi M. Bieńczyka na temat gestu "dezercji" w pisarstwie Kundery - zob. "Dziennik" nr 19/2006).
Na tym przykładzie świetnie widzimy, że dla dezertera także dom jest czymś na kształt armii, od której się ucieka i którą się wyklina, bo poddaje dyscyplinie wolność ja, bo jest komiczna i nienowoczesna w swych "trupich rytuałach". Dezerter jest wiecznym tułaczem, nienawidzi granic, boi się poczuć stały ląd pod stopami. Nie buntuje się - podkreślmy to raz jeszcze - przeciw jednej służbie w imię innej, ale odmawia w s z e l k i e j służby, bo ta oznaczałaby podporządkowanie wolności ja mniej lub bardziej dlań abstrakcyjnym albo groźnym żądaniom zbiorowości. Dezerter gardzi "ich" światem, "ich" rytuałami, "ich" konwencjami, nie chce odgrywać wyznaczonej mu przez "ich" świat roli. Woli być nikim w oczach świata i uciekać na jego marginesy. Jest anarchistą, wywrotowcem, ale też samotnikiem z wyboru. Nie chce się wiązać z żadną ideą ani też z żadnym miejscem na ziemi. Nasz polski dezerter przede wszystkim odmawia służby ojczyźnie. Polska i polskość to dlań swoiste koszary, przestrzeń ciasnoty, uniformizacji, brzydoty, ale też piekło przegranych, miejsce naznaczone stygmatem klęski. A zjawisko dezercji, jak wiemy doskonale, nasila się szczególnie w momentach klęsk i rewolucji, upadku wiary w instytucje i wartości, w imię których wcielono do służby żołnierzy. Wtedy chudnie armia żołnierzy, puchnie natomiast antyarmia dezerterów. Wtedy powstają powieści Gombrowicza i Pilcha albo wiersze Grabowskiego i Świetlickiego...
O tym, że sprawa nie jest wydumana i nie dotyczy tylko literatury, świadczy opublikowany niedawno na łamach "Ozonu" tekst Krzysztofa Kąkolewskiego pod wiele mówiącym tytułem "RP dezerterzy" będący recenzją filmu "Oda do radości". Jeszcze bardziej zastanawiający w tym kontekście wydał mi się jednak "Warunek", najnowsza powieść Eustachego Rylskiego, która wzbudziła ogromne zainteresowanie krytyki, została obsypana prawdziwym deszczem pochwał i... utyskiwań.
Jedni dostrzegli w niej jedyny "diament" w literackim popiele III RP (J. Trznadel), dzieło wyśmienite (D. Nowacki), "żyrafę pośród pingwinów rodzimej martyrologii" (T. Nyczek), inni "powieść rozbudzającą apetyt na arcydzieło, ale nim niebędącą" (M. Zaleski), a nawet "powtórkę z historii, ale też powtórkę z przestarzałych sposobów opowiadania o niej" (T. Mizerkiewicz). Rozmaicie też czytano "Warunek" - jako rzecz o honorze i o Rosji, jako rewizjonistyczny, antysienkiewiczowski obraz wojen napoleońskich czy - najczęściej - subtelną powieść psychologiczną ubraną w kostium historyczny. Sam autor podpowiedział w jednym z wywiadów, że napisał książkę o polskości... Ja przeczytałem "Warunek" jako rzecz o dezercji, którą można traktować nie tylko jako dowód utrzymującego się zainteresowania naszych pisarzy "gestem dezercji", ale też ważną, literacko efektowną próbę pogłębienia tego gestu. A może nawet zaprzeczenia mu.
Przypomnę, że akcja powieści toczy się jesienią 1812 roku i wiosną roku następnego. Z podążającej na Moskwę armii napoleońskiej uciekają kapitan Andrzej Rangułt i porucznik Semen Hoszowski. Pierwszy to szlachcic, potomek starożytnego rodu, właściciel niewielkiego, podupadłego majątku ziemskiego w Nekli nad Dźwiną, "piękny jak grecki posąg" (malował go zachwycony jego urodą sam David!), pierwszy kawalerzysta Rzeczypospolitej, otoczony podziwem i miłością całego wojska, w którego oczach jest symbolem Wielkiej Armii, jej żywą legendą, która "pokrzepia i wynosi do celów, zdawałoby się, niemożliwych do spełnienia, rzeczy nieosiągalnych". Owa legenda przerasta samego Rangułta, postać poniekąd wykreowaną na jej użytek, bliższą - jak to ujmie generał Lamont - bardziej maszynie niż człowiekowi, ale maszynie już zepsutej, zmęczonej dźwiganiem ciężaru legendy, trawionej gorączką, zwątpieniem i jakimś starczym bezładem.
Hoszowski jest całkowitym zaprzeczeniem kapitana szwoleżerów. Syn popa, wykształcony za pieniądze wyłudzone od wiernych, skończył z wyróżnieniem Korpus Tyzenhauza. "Jeszcze niestary, krótki, rozrośnięty, w ruchach przyczajony, z jednej strony wyostrzony jak brzytwa, z drugiej tępy jak chłopski lemiesz, a pośrodku mroczny jako noc", żyje "nieuleczalnie obok armii", zagubiony między swoim chłopstwem a żołnierstwem. Ten człowiek bez tożsamości i bez właściwości zdaje się być wcieleniem pospolitości i nijakości. Pogardzany przez kompanów Rangułta ("plebejusz ze słomą w butach, cham z gnojem za paznokciami, ludzkie ścierwo"), jest zwiastunem nadchodzących czasów. "O wiek przed tymi, którym, najsumienniej jak potrafił, służył" nie przypadkiem chyba przypomina... Robespierre'a.
Hoszowski to zatem umundurowany cywil, który służy mamonie, na wojnie chce się dorobić i dlatego za nic ma wojskowe rytuały i legendy. Dotyczy to też legendy Rangułta, bo porucznik nie rozumie rozróżnienia na osobę i symbol, nie lubi, kiedy słowem "Polska" lub "ojczyzna" "wycierają sobie gęby pijani kawalerzyści". Temu intelektualiście in spe marzy się jednak kapitalik w którymś z domów bankierskich, studiowanie arytmetyki, słuchanie wykładów Fouriera i szklaneczka wina w paryskiej oberży. Dlatego nie rozstaje się z sakwą, do której - niczym Sienkiewiczowski Rzędzian (ale Rzędzian mroczny, nieśmieszny) zbiera swe wojenne łupy.
Formalnie obaj są dezerterami, Rangułt dodatkowo jest złodziejem wojskowych pieniędzy, a Hoszowski mordercą dwóch oficerów. Sama dezercja jest efektem serii dziwacznych pojedynków, jakie w imię honoru w ciągu jednej nocy stoczą ze sobą obaj panowie. Rangułt zostaje wprawdzie przymuszony do ucieczki przez porucznika, ale chyba nie bez wewnętrznego przyzwolenia, nie tyle w konsekwencji strachu przed grożącą mu karą, ile wspomnianego starczego bezładu i lęku przed śmiesznością. Hoszowski pragnie uratować skórę, ale przede wszystkim pieniądze i marzenia, które chce za nie kupić...
W czasie wspólnej, dramatycznej ucieczki uderza nas najpierw fizyczny upadek Rangułta, który przestaje odróżniać się zewnętrznie od "chama" Hoszowskiego. W jednej z rzadkich w tej powieści scen komicznych oficer rosyjski, zobaczywszy kapitana przebranego w chłopskie szmaty, pokaże go swym kompanom jako typowego przedstawiciela ludu, dodając, że "dawno nie widział twarzy tak pozbawionej wrażliwości i jakiejkolwiek myśli". Ale to przecież pozory, o czym świadczy zaskakujący w pierwszej chwili opór Rangułta przeciwko zabiciu koni, jego płacz nad ich losem, uratowanie ranionego przez siebie Hoszowskiego, wreszcie zabicie w jego obronie swych dwóch kompanów. Nie inaczej jest w przypadku porucznika, który upodabnia się do kapitana fizycznie i duchowo, stopniowo dojrzewając do roli - jak ją nazwie sam pod koniec powieści - strażnika legendy Rangułta. Powie tak już po śmierci kapitana, decydując się na opuszczenie jego majątku oraz związanej z nim dziwnym uczuciem Anny Rangułt i wyruszając do Paryża, by zrehabilitować Rangułta i odzyskać dlań Legię Honorową, z którą przybywa do jego dowódcy na początku powieści.
Pytanie o powód tego gestu wydaje się kluczowe dla zrozumienia tej powieści. Bez niego bowiem "Warunek" byłby kolejnym dziełkiem ze szkoły szyderców `a la "Śmierć porucznika" czy optymistyczną wersją "Kordiana i chama", w której Rangułt-Kordian, ostatecznie zwątpiwszy w swe powołanie ("nic nie wiem i nic nie rozumiem" powie swej siostrze przed śmiercią), ustępuje miejsca człowiekowi z ludu. Ale nie, Hoszowski chce służyć dobrej pamięci Rangułta, nie cieszy go Nekla, jej biblioteka, meble, ogród...
Dlaczego to czyni? Dlaczego rezygnuje z wygodnego życia u boku niekochanej może, ale dobrej kobiety? Czy spłaca w ten sposób hołd człowiekowi, który ocalił mu życie? Czy chce stać się godnym Anny Rangułt i majątku oraz stojącej za nimi Kultury? Czuje przecież urok życia ziemiańskiego z jego "gotowością do najwyższych poświęceń", ale też dojdzie do wniosku, że "ojczyzna, honor, Pan Bóg, pojęcia płynne, nierzeczywiste, z natury swej pozaziemskie, w oderwaniu od gruntu, bałamutne, ale gdy przyłożyć je do świata, w którym się mościł, to może i niezbędne. Bo jak na przykład bez Boga, honoru i ojczyzny skłuć odyńca rohatyną, jak ujeździć jeźdźca, jak lipcowym świtem wyjechać w pole linijką i dojrzałe kłosy obmacać, jak dziewczynę na sianie obrócić, fornala w pysk zasunąć, do sąsiada w mróz na starkę się wybrać, pannę poślubić, dzieci jej namachać, wyjechać na wojnę, bronić granic, oddać życie za sprawę".
Toteż właśnie pobyt w Nekli kompromituje w oczach Hoszowskiego wcześniejsze marzenia o bibliotece i materialnych wygodach. Ale też nie sposób nie dostrzec swoistego interesu, jaki przy okazji chce ubić porucznik. Ten matematyk z powołania zrozumie chyba, że wierność legendzie jest niezbędnym, jedynym nawet warunkiem życia, to ona nadaje mu sens i ona może zapełnić ową pustkę i poczucie daremności tak bardzo doskwierającą bohaterom "Warunku". Hoszowski wierzy, że "ze strażnikiem legendy żartów nie ma, bo we wzajemności strażnik jest legendzie co najmniej równy. Co najmniej równy. Ale by nim zostać, musi się przed legendą uwiarygodnić, żeby go nie odrzuciła". Ale może być i tak, jak chce Tomasz Mizerkiewicz: bohater Rylskiego nie godzi się, by polityka czy historia spychały go w trywialność, w bagienko nijakości i nudy, wierzy - cytuję słowa krytyka - że "wobec zimnej, alienującej rzeczywistości historycznej człowiek może przetrwać tylko wtedy, gdy >>otuli się<< jakąś fantazją i >>zaczaruje<< świat indywidualnym o nim zmyśleniem".
Czy nie ma w tym ironii? Być może, choć już przed laty Ferdynand Goetel wskazywał na paradoks, że legenda bohaterska nie przestaje oddziaływać z chwilą klęski bohatera i że "utrzyma ją przy życiu człowiek najbardziej nawet trzeźwy, nękany i niepokojony uczuciem własnej małości czy własnego grzechu wobec bohaterstwa, które wystawił na sztych". Czyż kimś takim nie jest właśnie Hoszowski? Jego irracjonalny, "romantyczny" gest zaskakuje nas tym bardziej, im bardziej "rozsądnym" zdawał nam się ten człowiek, im mniej zwracaliśmy wcześniej uwagę na jego marzenia i niepokój...
Czytając powieść Rylskiego, myślałem o Conradzie (nie tylko o "Pojedynku", na który - jako na swoisty pierwowzór powieści Rylskiego - wskazywali już Nowacki i Zaleski), ale też o zapomnianej nieco komedii Jerzego Szaniawskiego "Żeglarz" z 1925 roku. I tam mieliśmy historię spowitego w heroiczną legendę kapitana Nuta, czczonego przez całe miasto, a zdemaskowanego jako postać przeciętna, a nawet nikczemna przez miejscowego historyka. Ten ostatni, widząc entuzjazm oraz idealizm, jaki legenda Nuta wydobywa ze społeczeństwa, kapituluje i postanawia nie publikować swej demaskatorskiej pracy. Legenda o bohaterskim Nucie nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a przecież triumfuje nad trywialną i śmieszną prawdą o jego rzeczywistym życiu. Jak dowodził Szaniawski, człowiek ustawicznie przekracza sam siebie marzeniem, tęsknotą, wewnętrznym dążeniem do doskonałości, a w tym przekraczaniu tkwi jego prawdziwa istota. Ucieleśnieniem tych "nieludzkich" celów jest właśnie legenda, która inspiruje piękne czyny, zachęca do doskonalenia moralnego i twórczego działania, a ostatecznie uszlachetnia nawet najbardziej trywialne, pospolite postaci. Idealizacja przeszłości okazuje się więc niezbędna do dalszego działania, a nawet istnienia społeczeństwa.
Czy coś podobnego wykombinował sobie Hoszowski? Możliwe, choć "prawdziwy" Rangułt o tyle jest inny od Nuta, że nie ma w nim nic wulgarnego i komicznego, że budzi raczej współczucie i szacunek, że wreszcie zdolny jest do wielkości, bo czymże innym jest np. jego walka o życie Hoszowskiego? Ta "maszyna" zdolna jest nie tylko do ludzkich odruchów, o jakie byśmy jej nie podejrzewali, ale też do gestów doprawdy nadludzkich... Czyżby dlatego, że inaczej niż Nut, Rangułt próbował sprostać legendzie o sobie samym?
Przejście od gestu dezercji do gestu wierności, które obserwujemy w "Warunku", zdaje mi się czymś nowym i nieoczekiwanym w literaturze polskiej, ale przecież stawiającym nas twarzą w twarz z problemem jak najbardziej aktualnym. Żyjemy w czasie kruszenia politycznych legend i mitów, gdy historycy co rusz mówią nam o rzeczywistych czynach legendarnych Nutów i Rangułtów...
Ale "Warunek" jest też ważnym etapem w twórczości samego Rylskiego. Oczywiście sporo łączy tę powieść z jego wcześniejszą prozą, zwłaszcza z głośną, debiutancką dylogią "Stankiewicz. Powrót" z 1984 roku - nie tylko szczegóły (np. gen. Lamonta spotykamy już w "Powrocie" i tam zwalcza on pojedynki "z gorliwością neofity"!), ale też sprawy ogólniejsze, np. postrzeganie człowieka jako istoty kształtowanej w cieniu groźnej historii, wędrującej w lodowatym, pustym, obojętnym kosmosie, bezdomnej (u Rylskiego do domu wraca się po to, by w nim umrzeć), a równocześnie po Iwaszkiewiczowsku duszonej "oparem nadaremności". Mamy tu znany choćby z "Człowieka w cieniu" obraz Rosji jako krainy "jałowej i niezmiennej", kraju, który jest "niby otwarty, chciałoby się rzec, na oścież, ale jednocześnie przyczajony jak dzikie zwierzę", i Jüngerowskie jakby widzenie wojny jako rzeczy "niebezpiecznie pięknej". Rylski potwierdza też w "Warunku" swe chwalone już przez czytelników jego wcześniejszych utworów walory literackie, jak choćby umiejętność potoczystej narracji, lapidarność i celność języka, malarskość opisów mrocznych, zwykle jesiennych pejzaży...
Tym, co wydaje mi się z kolei szczególnie wyróżniać "Warunek", jest to, co sam autor nazwał "afirmatywnością" tej powieści. Krytycy, zwłaszcza po lekturze debiutanckiego dzieła Rylskiego oraz zbioru opowiadań "Tylko chłód", wskazywali na charakterystyczny dla tej twórczości pesymizm, który jednym kazał mówić o jakiejś wersji egzystencjalizmu, innym - ku oburzeniu samego pisarza - o nihilizmie. Najlepiej ten rys prozy Rylskiego opisała w znakomitym eseju o "Stankiewiczu. Powrocie" Teresa Walas, która zauważyła celnie, iż "prawdziwym celem Rylskiego nie jest ani walka z narodowymi urojeniami, ani anachroniczne zmagania z duchem szlachetczyzny. Celem tym jest pokazanie ludzi poruszających się w próżni. (...) Próżnia, którą stwarza w swej książce Rylski, jest przede wszystkim próżnią aksjologiczną. Prowadzi on swych bohaterów tak, by nie przylgnęli do żadnej wartości, by w żadnej nie znaleźli schronienia, by nie pozostało im nic poza czystym i nagim doznawaniem życia".
Otóż w "Warunku" bohaterowie Rylskiego, a przynajmniej jeden z nich, Hoszowski, znajdują takie schronienie. Jest nim, albo może być - legenda. Jest to z pewnością schronienie kruche, prowizoryczne, jak każdy twór ludzki, czy nawet "międzyludzki" (Rylski wciąż bywa uczniem Gombrowicza), ale i ono będzie dobrze służyć Hoszowskiemu. Nie ma tu oczywiście krzepienia serc, ale raczej ostrożna afirmacja gestu wierności poddająca rewizji gest dezercji, nie tyle może jego możliwość, ile sensowność. "Bez Polski można żyć, bez nogi trudniej", mówił Stankiewicz ciężko rannemu polskiemu chłopcu walczącemu po stronie białych przeciwko bolszewikom. W świetle ostatniej powieści Rylskiego nie jesteśmy już tego tacy pewni.
p
, ur. 1965, historyk literatury i krytyk literacki. Pracuje w Instytucie Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Współzałożyciel i członek zespołu redakcyjnego dwumiesięcznika "Arcana". Autor książek: "Nacjonalistyczna krytyka literacka w II RP" (1997), "Oczyszczenie. Szkice o literaturze polskiej XX w." (2002), "Człowiek z głębszego podziemia. Życie i twórczość Jana Emila Skiwskiego" (2003). Wydawca pism F. Goetla, K. Wyki, A. Trzebińskiego, S. Piaseckiego. Jego teksty wielokrotnie publikowaliśmy na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 12 z 22 marca br. ukazał się jego artykuł "Kamieniem niemocy przywalona epopeja" poświęcony Januszowi Krasińskiemu.