Dziennik Gazeta Prawana logo

Krytyka myślenia peryferyjnego

5 listopada 2007, 12:09
Ten tekst przeczytasz w 22 minuty

Rafał Matyja czyta najnowszą książkę Jadwigi Staniszkis "O władzy i bezsilności" (jej fragment publikowaliśmy w poprzednim numerze "Europy"). I odnajduje w niej motywy znane z krytycznej tradycji, której wielkimi przedstawicielami byli Mochnacki, Krasiński, Brzozowski czy - na swój sposób - także Dmowski. "Staniszkis przywołuje wizję Polski, która po raz kolejny znalazła się poza głównym nurtem historii, nieświadoma swej umysłowej i politycznej peryferyjności, niepotrafiąca odczytać wyzwań i odnaleźć swoich szans. W jej książce powraca poczucie, że nasza więź z Zachodem Europy jest dziś zachwiana i niepewna nie tylko przez jakieś przypadkowe polityczne zdarzenia, ale także przez intelektualne wybory i zaniedbania". Tym, czego polskie elity nie potrafią zrozumieć, jest przede wszystkim zmieniająca się w warunkach globalizacji natura władzy i polityczności.

p

Nowa książka Jadwigi Staniszkis "O władzy i bezsilności" zaprowadziła autorkę w miejsce, w którym zapewne nie zamierzała się znaleźć. Nie mniej inspirująca i zmuszająca do myślenia niż poprzednie - i zdecydowanie bardziej "zachłanna" intelektualnie - miała być przede wszystkim summą na temat władzy. Wpisuje się jednak znakomicie i nieoczekiwanie w pewną tradycję polskiej myśli politycznej i krytyki kultury rozwijającą się w XIX i XX wieku. Nieoczekiwanie - ponieważ wcale się do tej tradycji nie odwołuje.

Tradycję tę, opisaną kiedyś intrygująco w "Podróży romantycznej" Marcina Króla wytyczają nazwiska, których próżno by szukać w książce Staniszkis. W indeksie osób nie znajdziemy bowiem tych, których Król nazwał "autorami strategii ofensywnych" - Mochnackiego, Krasińskiego, Norwida, Brzozowskiego, Gombrowicza - a w jakimś sensie także Dmowskiego czy Klaczki. We wstępie nie pojawi się nawet ślad "perswazyjnych intencji" autorki, wprowadzających polskość w arkana światowej gry. Mylące mogą być nawet tytuły kolejnych rozdziałów. A jednak natrętnie powracają znajome dla polskiego ucha tony.

Staniszkis przywołuje wizję Polski, która po raz kolejny znalazła się poza głównym nurtem historii, nieświadoma swej umysłowej i politycznej peryferyjności, niepotrafiąca odczytać wyzwań i odnaleźć swoich szans. W jej książce powraca poczucie, że nasza więź z Zachodem Europy jest dziś zachwiana i niepewna nie tylko przez jakieś przypadkowe polityczne zdarzenia, ale także przez intelektualne wybory i zaniedbania. Powraca przekonanie, że grzechem najcięższym jest lenistwo umysłowe, przywiązanie do zastanych formuł, poczucie samozadowolenia.

Książkę tę należy - moim zdaniem - czytać tak, jak jest napisana: subiektywnie i ze świadomością własnego punktu widzenia (własnego - jak by powiedziała autorka - "hologramu"). Uprawnia do tego zarówno bardzo osobisty wstęp wskazujący na egzystencjalne źródła poznawczych pasji, jak i dość ważne dla zrozumienia poglądów Staniszkis przekonanie, że to wyznaczane przez kulturę ramy myślowe "decydują o strategiach budowania świata instytucji i rozumieniu fenomenu władzy". W wymiarze nieco skromniejszym - nie europejskim, lecz narodowym - decyduje o tym "unikalna dla danego kraju ścieżka doświadczeń intelektualnych, uformowany przez wieki sposób problematyzowania siebie i świata".

Proponuję zatem czytać najnowszą książkę Jadwigi Staniszkis jako esej osadzony w ramach myślowych współczesnej Polski, a zarazem próbujący owe ramy rozsadzić. Uczynić wyłom w tych pojęciach, które szczególnie - zdaniem autorki - przeszkadzają w rozumieniu gry globalnych sił i pozbawiają nas szans na aktywny i przemyślany udział w tej grze.

Źródłem odmienności i - w pewnym sensie - opóźnienia Polski w stosunku do Europy Zachodniej jest, zdaniem Staniszkis, brak w naszej kulturze przełomu nominalistycznego i związanych z nim konsekwencji. W Polsce sfera opisu spraw publicznych zdominowana jest przez optykę tomistyczną, z jej orientacją na godność człowieka i jego powołanie do dokonywania wyborów moralnych. Tracimy przez to zdolność rozumienia bezosobowego ładu proceduralnego w jego postmodernistycznym wcieleniu. W sferze ustrojowej i instytucjonalnej ogranicza to zdolność do rozumienia sieciowej natury władzy w Unii Europejskiej. Przepaść intelektualna staje się tym samym blokadą w uprawianiu sensownej polityki, zdolnej osiągać istotne dla Polski cele, nie tracąc czasu na uganianie się za tym, co nieosiągalne. Staniszkis podkreśla przy tym sprawiedliwie, że "nasz tomistyczny kapitał kulturowy pomógł nam w wyartykułowaniu solidarnościowej utopii i w walce z komunizmem. Dziś utrudnia nam jednak zrozumienie zasad, którymi kieruje się postnominalistyczna Unia Europejska".

Staniszkis proponuje, by przede wszystkim porzucić potoczne pojęcia, które mogą okazać się największą przeszkodą w zrozumieniu nowego porządku. Rzecz jasna próba taka jest z natury swojej karkołomna i spotyka się z ostrym sprzeciwem, będącym w istocie obroną starego języka i jego względnie spójnego systemu pojęć. Wyjście poza potoczność myślenia traktowane jako projekt intelektualny nie tworzy bowiem jakiejkolwiek pewności. Przeciwnie - jest owej pewności zakwestionowaniem, a niekiedy wręcz destrukcją. Pogłębia zatem lęk wobec niedającej się ująć w przewidywalnych i zrozumiałych kategoriach przyszłości.

Staniszkis podejmuje polemikę z potocznością zaklętą w formy nowożytnego myślenia o państwie. Uznaje, że ich zakwestionowanie jest warunkiem zrozumienia nowej sytuacji - opisywanej intuicyjnie jako kres metafizyki państwa i władzy. Autorka posuwa się dalej - proponuje nawet "kopernikańską rewolucję w myśleniu o władzy" polegającą na tym, by nie wiązać problemu władzy z problemem podmiotu i za kluczowe uznać zjawisko jej "odpostaciowienia". W kontekście historii idei ma być to przełom otwierający nową epokę, podobnie jak przełom nominalistyczny otwierał, zdaniem Staniszkis, polityczną nowożytność. Nie jest to jednak - jak mogą sugerować powyższe stwierdzenia - esej o filozofii czy nawet myśli społecznej. Przestrzeń filozoficznej refleksji jest tu raczej zasobem inspiracji i symboli, zbiorem sposobów ujęcia kwestii społecznych.

Staniszkis próbuje bowiem wspiąć się na palce ponad granice wąsko rozumianej naukowej specjalizacji - byle spojrzeć poza horyzont. Nie ogranicza się do opisywania sfery "pewności", ale rozważa hipotezy niepewne, ledwie naszkicowane, wymagające - nawet w jej osobistym planie - sprawdzenia i weryfikacji. Czytelnikowi przyzwyczajonemu do podręcznikowych narracji książka ta może się zatem dać we znaki, stanowczo nie nadaje się bowiem na wstęp do historii filozofii czy teorii stosunków międzynarodowych. Jest raczej próbą zrozumienia współczesności przy użyciu wszelkich dostępnych autorce intelektualnych narzędzi.

Nieprzypadkowo zatem książki i publicystyka Jadwigi Staniszkis budzą zainteresowanie tych, których praca polega na zmaganiu się z nieopisywanymi w podręcznikach i niedyskutowanymi na uniwersyteckich seminariach problemami praktyki politycznej, gospodarczej czy administracyjnej. Tu prowizoryczność i hipotetyczność opisu nie jest czymś gorszącym, lecz dowodem "otwarcia na rzeczywistość". Staniszkis podejmuje - istotne dla takich środowisk - ryzyko nazywania niezbadanego i definiowania nieprzedyskutowanego. Jej hipotezy z początku lat 90., tak chętnie kwestionowane czy nawet wyszydzane na intelektualnych salonach, okazały się być jednak bliższe prawdy niż eleganckie, ale całkowicie chybione "oficjalne" teorie transformacji.

Dziś przedmiotem jej uwagi jest absorbujący naszą wyobraźnię "pozór" władzy politycznej państwa. Pozór ten skłania nas do skupiania się na nieistniejących problemach, zajmowania się fikcyjnymi zagrożeniami i niedostrzegania szans i strategicznych możliwości. Można nawet przekornie stwierdzić, że choć dysponujemy wieloma świadectwami bezradności polityków sprawujących najwyższe urzędy państwowe - ba, spora część tych świadectw pochodzi z ich ust - to niewielu z nich uznało to za punkt wyjścia do szerszej refleksji o naturze władzy i instytucji politycznych we współczesnej Polsce.

Staniszkis kwestionuje potoczne przekonanie o władczej roli instytucji politycznych, zwanych w podręcznikach prawa konstytucyjnego organami państwa. Uznaje ich życie wewnętrzne za pozostające bez większego wpływu na realia społeczne. Co więcej - nie postuluje zmiany tego stanu. Pesymistycznie ocenia przy tym nie tylko elity polityczne, ale przede wszystkim - systemową możliwość odzyskania sterowności. Krytykuje jako naiwną obraną przez Prawo i Sprawiedliwość drogę rekonstrukcji tradycyjnych zachowań i struktur władzy państwowej. Podkreśla, że nawet sensowna identyfikacja problemów społecznych dokonywana przez polityków nie wystarcza dziś do opracowania strategii zmian. Bardzo często narzędzia takiej strategii znajdują się dziś bowiem poza ich zasięgiem.

Raz zdepersonalizowanej władzy nie odzyskacie nigdy - zdaje się mówić politykom. Ale nie to stanowi o radykalizmie jej ujęcia. W wersji najbardziej pesymistycznej społeczeństwo nie tylko nie może pokładać nadziei i zaufania w reprezentacji politycznej, ale nie wiadomo nawet, czy w sytuacji ostrego kryzysu znajdzie w ogóle jakiegokolwiek obrońcę. Nie potrafi bowiem korzystać z formalistycznych procedur, które innym ułatwiają samoorganizację i skuteczne działanie. Można nawet pójść dalej niż Staniszkis i uznać, że choroba niskiej sterowności jest obecna także w tych instytucjach, w których polityka nie odgrywa żadnej roli.

Wszędzie tam, gdzie nie wymusiły tego reguły rynkowej rywalizacji, procedury zagranicznego właściciela czy logika wykonywanego zadania - obowiązują nadal reguły ukształtowane u schyłku poprzedniego systemu. Procedury formalne traktowane są z lekceważeniem, nieodłącznie kojarzą się z PRL-owskimi regulaminami: sztywnymi, nieżyciowymi, stanowiącymi absurdalne utrudnienie dla wszystkich. Postulowany przed laty przez Adama Podgóreckiego impersonalizm w funkcjonowaniu instytucji jest w praktyce odrzucany. Młodzi ludzie uciekają z Polski w poszukiwaniu pracy, ale uciekają także przed potęgą "świata znajomości", który pozostaje głównym systemem dystrybucji szans życiowych, przede wszystkim szansy na ciekawą i dobrze płatną pracę.

Konkursy są oczywiście coraz częstszą praktyką rekrutacyjną, ale nierzadko stanowią procedurę fasadową, przystosowującą realne mechanizmy do formalnych wymagań. Kształtowanie dwuznacznych postaw pozostaje nadal ukrytym programem szkoły, i to już od podstawówki. Eliminowanie uznaniowego czynnika rozmaitych decyzji napotyka nadal na zorganizowany opór, nawet wtedy, gdy nie wiąże się z tym utrata materialnych gratyfikacji.

A jednak społeczna przestrzeń zabudowana przez instytucje i procedury daje pewne podstawy do radzenia sobie w nowych realiach. Jest to o tyle prostsze, że sieciowy charakter władzy jest łatwiejszy do zrozumienia dzięki powszechnemu użytkowaniu internetu i systemów informatycznych opartych na logice analogicznej do opisywanych przez Staniszkis struktur władzy. Wiele z tych systemów opiera się bowiem na poziomych układach, w których decydującą rolę odgrywa "prawo dostępu" i "zakres uprawnień" - niemające charakteru hierarchicznego. Jest to wzmocnione pogłębioną edukacją, jaką w najbliższych latach odbiorą tysiące Polaków pracujących i uczących się za granicą. Edukacja instytucjonalna prowadzona przez Irlandczyków, Anglików czy Szkotów z pewnością nie pozostanie bez wpływu na zachowania tych, którzy do kraju powrócą.

Zasadnicza krytyka, jaką formułuje Staniszkis pod adresem instytucji politycznych, da się zatem rozciągnąć na szersze zjawiska. Być może tu właśnie tkwi istotny impuls zmian także w sferze politycznej. Już dziś bowiem mamy do czynienia z przenikaniem się kultur organizacyjnych instytucji działających według różnej logiki. Owo przenikanie przybiera niekiedy postać wojny pozycyjnej toczonej przez dwie, a niekiedy nawet trzy takie kultury w obrębie jednej "firmy". Wydaje się zatem, że zasadnicza sprawa - zdolności Polski do poradzenia sobie z nowymi wyzwaniami - rozstrzygać się będzie nie "ponad instytucjami", nie w przestrzeni debaty publicznej czy "jałowej polityczności", ale wewnątrz instytucji.

To właśnie owe instytucje, nawet działające poza hierarchicznym układem władzy, kontrolowane według innych niż dotychczasowe (administracyjno-policyjne) reguł, pozostaną istotnym podmiotem życia społecznego. Tak naprawdę bowiem relatywizacja (bo przecież nie całkowity zanik) władzy państwowej nie oznacza ani kresu instytucji publicznych, ani tym bardziej kresu państwa, niesprowadzalnego do jednej historycznej formy, która z natury rzeczy może ulegać przekształceniom.

Tym, co Staniszkis najchętniej odesłałaby do lamusa historii, jest "polityczność" - rozumiana jednak specyficznie, jako wyborcza kalkulacja, rutyna schematycznej i jałowej debaty, mentalne upartyjnienie. Staniszkis odnosi się do niej bez właściwej sobie ciekawości. Manifestuje znudzenie i zmęczenie - można mieć wrażenie, że chciałaby w jakiś sposób wręcz ukarać polityków za grę pozorów, która przyciągając uwagę publiczności, zamyka szansę na sensowne spożytkowanie społecznej energii i obywatelskiego zainteresowania sprawami kraju.

Bezradność polityki polega - zdaniem Staniszkis - na podporządkowaniu dyskursu politycznego "polityce tożsamości poszczególnych partii". Stąd autorka przeciwstawia temu dyskursowi formułowanie problemów "w sposób z założenia niepolityczny", odnoszący się do całości, a nie do wybranego segmentu wyborczego. Mamy tu zatem - podobnie jak w przypadku "metafizyki państwa" - do czynienia z polemiką wymierzoną w jedno z możliwych rozumień pojęcia "polityka". To, które najlepiej zdaniem Staniszkis opisuje praktykę polityczną we współczesnej Polsce, a zarazem przesądza o jej nieskuteczności.

Kontrapunktem dla "upartyjnionej demokracji" jest u autorki postpolityczny porządek, w którym negatywnie rozumiana polityczność zostaje niejako wypłukana z procesu podejmowania rzeczywistych decyzji. Demokracja wyborcza będzie tam do pewnego stopnia irrelewantna wobec większości rzeczywistych dylematów. Projekt ten w pewnym sensie pojawia się w praktyce działań Unii Europejskiej, zwłaszcza tam, gdzie artykulacja interesów narodowych jest utrudniona lub byłaby nieefektywna. Nic nie wskazuje na to, by mógł stać się obowiązującym modelem politycznym ustanawiającym nowy mechanizm decyzyjny na polach, na których partie polityczne i państwa narodowe pozostają istotnymi aktorami.

Trudno nie zgodzić się z Jadwigą Staniszkis, gdy krytykuje ona polityczność, której synonimem byłby w zasadzie marketing polityczny, rozumiany jako sztuka "dobrego wypadania w mediach" i prowadzenia gry, która całkowicie wypiera w miarę normalną debatę publiczną. Taka polityczność jest nie tylko kulą u nogi całego systemu instytucji publicznych, ale w istocie blokuje wiele funkcji tradycyjnej demokracji partyjnej. Wymusza zatem tworzenie nowych rozwiązań, poszukiwanie nowej formuły polityki państwowej oraz nowych reguł opisujących selekcję kadr państwowych i dokonywanie wyborów politycznych w obrębie danej wspólnoty.

Wydaje się zatem, że pytanie stawiane przez Staniszkis powinno zostać przeredagowane i brzmieć: "Jaka polityczność?". Wychodząc bowiem od uznania, że "polityczność" jest naturalną cechą niektórych decyzji, że w jakimś sensie wynika z natury człowieka i społeczności, a wreszcie, że jest warunkiem zdolności społeczeństwa do toczenia debaty publicznej, możemy uznać postulat jej eliminacji za ograniczający możliwości rozwiązania dobrze postawionego problemu.

Zgadzam się z Jadwigą Staniszkis, że polityka polska potrzebuje nowych horyzontów intelektualnych, nowej konceptualizacji państwa, władzy, demokracji. Skąd jednak mogą wziąć się w sferze publicznej "pomysłowi budowniczowie instytucji" i "artyści zarządzania publicznego"? Ich obecność w roli ekspertów czy nawet doradców jest często zaledwie pozorem profesjonalizacji i formą asekurowania się polityków. Wiadomo bowiem doskonale, że jakość skomplikowanych systemów zarządzania zależy w znacznym stopniu od ich spójności, która musi być - przynajmniej na wejściu - wymuszona i pilnowana właśnie przez ową zanikającą czy nieistniejącą władzę metaregulacji.

Równocześnie proces tworzenia prawa w parlamencie ową spójność niszczy niejako z racji samych procedur. Co więcej - ani rząd, ani wspierające go kluby - nie podejmują działań postulowanych choćby na łamach "Rzeczpospolitej" przez Pawła Konzala i Leszka Skibę, które mogłyby wzmocnić egzekutywę i uczynić ją zdolną do "bycia branym pod uwagę" w kształtowaniu ram prawnych.

Konkretne propozycje zarysowane w książce Staniszkis - takie jak likwidacja powiatów, jednomandatowe okręgi wyborcze czy ograniczenie "politycznej kadry rządu" - wydają się być mało skuteczne wobec rzeczywistych problemów opisanych w warstwie diagnostycznej. Osłabienie czynnika politycznego byłoby receptą w warunkach posiadania silnej, ukształtowanej we właściwy sposób "biurokracji konstytucyjnej". Jednak lekcja sejmowych komisji śledczych i ujawnianych często afer pokazuje, że owa biurokracja właściwie nie istnieje, że wymaga dopiero kształtowania.

Zresztą sama Staniszkis stwierdza, że innowacyjne reprezentowanie interesu narodowego przez administrację wymaga najwyższego profesjonalizmu, ale także istnienia strategicznego centrum. Centrum - dodajmy - względnie odpornego na logikę bieżącej gry politycznej, niepodporządkowującego swych działań radom rodzimych spin-doctors i zorientowanego na długofalowy interes państwa. W obecnej logice ustrojowej takim centrum mogłaby stać się Kancelaria Prezydenta. Jednak praktyka ostatnich kilkunastu lat tę szansę dość sumiennie marnowała.

Nie ustanowi takiego centrum wybrany według ordynacji większościowej parlament, nawet gdy okaże się - w co trudno uwierzyć - że jego skład pozwoli na rządy jednej partii. Rzecz bowiem nie w mechanizmach selekcji, ale w nawykach i mechanizmach rządzenia. "Strategiczne centrum" dużych państw europejskich to zwykle instytucja o długiej tradycji i znaczącym autorytecie formalnym i nieformalnym. To instytucja o wypracowanych formach kontaktu z elitą urzędniczą i instytucjami eksperckimi. W Polsce - taka instytucja jest zaledwie postulatem zawieszonym w społecznej i ustrojowej próżni. Likwidacja Rządowego Centrum Studiów Strategicznych dokonana zaraz po objęciu władzy przez rząd Kazimierza Marcinkiewicza tylko potwierdza owo poczucie pustki.

Polityczność w książce Jadwigi Staniszkis to - jak stwierdzono wyżej - podporządkowanie ważnych decyzji logice rywalizacji wyborczej i uproszczonych do poziomu tej rywalizacji dyskursów. Jeżeli zgodzić się na taką redukcję polityki, to rzeczywiście nie zasługuje ona na wielką uwagę. Wbrew pozorom nie eliminuje jej jednak ani proponowane przez Staniszkis "rozwiązanie niemieckie" - czyli długofalowo pomyślana wielka koalicja - ani też wypchnięcie partii z polityki poprzez reformy wyborcze i likwidację narzędzi wpływu na decyzje rządu.

Pierwszy sposób eliminacji "toksycznej polityki" był już praktykowany w powojennej Austrii i Włoszech. Nie skończyło się to najlepiej. Pewni swej "długowieczności" i "bezalternatywności" politycy ulegali niezbyt chwalebnym pokusom i chętnie zawłaszczali dla swoich partii przestrzeń gospodarczą. Drugi sposób eliminacji - polegający na radykalnym i ustrojowym odpartyjnieniu - przesunie rekrutacyjną i komunikacyjną funkcję partii politycznych do sfery niejawnej i zastąpi "partie wyborcze" - koteriami władzy tworzącymi układy klientelistyczne w planie lokalnym.

Co więcej, jeżeli rozproszenie i depersonalizacja władzy są w jakimś stopniu nieuchronne, to wydaje się, że zaproponowane przez Staniszkis istnienie "centrum strategicznego", którego celem byłoby już nie "suwerenne regulowanie", ale "bycie branym pod uwagę" - pozostawia jednak istotną przestrzeń polityczną. Jest to przestrzeń strategicznego projektowania i selektywnego "motywowania" administracji z jednej strony oraz przestrzeń społecznej kontroli i reprezentacji z drugiej. Ani jedna, ani druga nie daje pierwszeństwa "logice reprezentacji partyjnej". Wymaga jednak stworzenia takiego mechanizmu, w którym źródłem władzy wykonawczej nie są wybory parlamentarne, a rząd nie potrzebuje nieustannie mobilizowanej większości, aby wypełniać swoje funkcje.

Warto jednak, projektując dalej idące reformy ustrojowe, pamiętać, że kształtowanie reprezentacji parlamentarnej i egzekutywy w krajach Unii Europejskiej - zwłaszcza starej Piętnastki - podporządkowane jest tradycyjnemu i krytykowanemu przez Staniszkis mechanizmowi polityki partyjnej. Być może w pakiecie scenariuszy tworzących instytucjonalne ramy polityki polskiej powinien znaleźć się także taki, którego celem będzie racjonalizacja struktur partii politycznych, by wypchnąć je z roli jałowego i uciążliwego "pasażera na gapę". System partyjny może bowiem wziąć na siebie istotne funkcje komunikacyjne (struktury pośredniczące), rekrutacyjne (pozyskiwanie, przygotowywanie i selekcja kadr dla sfery publicznej) i społeczne (partycypacja w polityce), które dziś spełniane są w stopniu znikomym.

Obecnie jednak - mimo wszystkich wad - to partie polityczne pozostają najpoważniejszymi strukturami promującymi innowacje instytucjonalne. W dużo mniejszym stopniu są one dziełem administracji czy też ośrodków eksperckich i akademickich. W znacznie lepszy niż na początku lat 90. sposób dokonują eliminacji jednostek o patologicznych skłonnościach - wiedząc, że cena omawianych przez media afer może być bardzo wysoka i zagrozić samemu bytowi partii. System polityczny powinien równoważyć słabości wywołane przez dominację polityki partyjnej z jej wyborczą cyklicznością i doraźnością. Być może powinien też określać wyraźne granice partyjnego woluntaryzmu.

Jednak najpoważniejsze zmiany dotyczyć muszą nie tyle reform instytucjonalnych, ile samego rozumienia polityczności. Jadwiga Staniszkis ma z pewnością rację, gdy twierdzi, że szanse na zachowanie sterowności decydują się głównie w umysłach. Recepta na politykę polską - wpisana przez Staniszkis w melodię eseju o naturze współczesnej władzy i porządku światowego - wydaje się być jasna: powinniśmy porzucić nadzieje pokładane w starych narzędziach władzy państwowej i wykorzystać nową logikę instytucjonalną.

Mam wątpliwości, czy ta nowa logika oznacza kres państwa, władzy i polityki. Z pewnością odbiera im jednak dotychczasowe formy. Staniszkis opisuje zatem pewien nowy wzór zachodnioeuropejskiej nowoczesności - i tak jak jej XIX- i XX-wieczni poprzednicy - przekonuje Polaków, by wykorzystali go w swojej grze o jutro. Zamykając książkę zbiorem kasandrycznych przepowiedni, wypowiedzianych "po to, by ostrzec i aby się nie spełniły", wpisuje się zresztą we wspomnianą na wstępie tradycję w sposób bardzo współczesny i autentyczny, nieobciążony bagażem "roli" ani świadomością jej historycznych antecedencji.

p

, ur. 1967, historyk, politolog, publicysta. Prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Był członkiem redakcji pism "Nurt", "Polityka Polska" i "Debata", współzakładał Krajowy Komitet Konserwatywny. Wraz z Kazimierzem Michałem Ujazdowskim wydał książki: "Równi równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych w Polsce - szansa czy zagrożenie?" (1994). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 26 z 28 czerwca br. zamieściliśmy jego tekst "Za kulisami rewolucji moralnej".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj