Dziennik Gazeta Prawana logo

Nie jestem straussistą

5 listopada 2007, 12:09
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Uczniowie filozofa Leo Straussa uważani są dziś za jedno z najbardziej wpływowych amerykańskich środowisk intelektualnych. W swoim na poły autobiograficznym tekście Robert Kagan wyjaśnia, że wbrew opiniom licznych badaczy nigdy nie był ani uczniem Straussa, ani zwolennikiem jego poglądów. Nie żywił - jak sam przyznaje - zaufania dla tego rodzaju filozoficznych doktryn przede wszystkim z powodu ich "ahistoryczności": lekceważenia dla konkretnych historycznych uwarunkowań.

p

Chciałbym tu jedynie wyjaśnić, że nie jestem straussistą. Nie dlatego że bycie straussistą jest czymś złym. Niektórzy z moich najbliższych przyjaciół są straussistami, a ja sam przez długi czas żywiłem podziw dla prac Allana Blooma, Harry'ego Jaffy, Harveya Mansfielda i Thomasa Pangle'a. Choć - co muszę podkreślić - nie samego Leo Straussa, jako że nic, absolutnie nic nie rozumiałem z tego, co napisał. Tak naprawdę nie najlepiej też rozumiałem jego uczniów - dowodów na to mógłby dostarczyć Pangle, do którego chodziłem kiedyś na zajęcia.

Odczuwam potrzebę takiego sprostowania, ponieważ jestem notorycznie określany jako straussista przez ludzi zajmujących się badaniem tak zwanego neokonserwatyzmu. Nazywanie mnie straussistą jest co najmniej obraźliwe dla prawdziwych straussistów, którzy zapewne rozumieją to, o czym piszą. Nie ma tu miejsca na wyliczanie wszystkich tekstów, w których uznano mnie za straussistę (jeżeli wstukać: "Robert Kagan i Leo Strauss" w przeglądarce Google, wyświetla się 16,5 tys. trafień). Wystarczy powiedzieć, że niezwykły erudyta Arthur Schlesinger Jr. powoływał się na mnie jako na "ucznia" Straussa i Blooma, podobnie publicysta William Pfaff i pół tuzina innych równie uczonych osób. Pewna pani profesor, Anne Norton, napisała całą książkę opartą na założeniu, że jestem straussistą. Można się zastanawiać, dlaczego wcześniej do mnie nie zadzwoniła, żeby się upewnić. No, ale to byłaby publicystyka, nie nauka.

W ostatnich latach dyskusja wkroczyła w kolejny etap. Jestem teraz często oskarżany nie tyle o bycie straussistą, co o bycie złym straussistą, ponieważ niektórzy uczeni wykazali, że moje poglądy na politykę zagraniczną tak naprawdę nie są zgodne z poglądami Leo Straussa. Zostałem zatem oskarżony o zniekształcanie, a nawet o zdradę straussizmu. Gotów jestem uwierzyć, że to prawda, ale, jak już wspomniałem, nie rozumiem Straussa, więc trudno mi to ocenić.

W sumie nie bardzo się tym przejmuję. Zauważyłem jednak, że niektóre amerykańskie uczelnie oferują zajęcia, w trakcie których zachęca się studentów, by zgłębiali znaczenie straussizmu dla ukształtowania się moich poglądów na politykę zagraniczną. Szkoda, by studenci pisali prace oparte na zwykłym błędzie faktograficznym.

To prawda, znałem straussistów nieomal przez całe moje życie. Jedną z rzeczy, które o nich wiedziałem od najmłodszych lat, było to, że nie mają racji. Osobą, która mnie tego nauczyła, był mój ojciec, historyk starożytności, który w latach 60. strawił sporo czasu w Cornell University na kłótniach z Allanem Bloomem. Jako ośmio- czy dziewięcioletni chłopiec byłem przymusowym świadkiem wielu takich sporów w wydziałowej stołówce, dokąd mój ojciec zabierał mnie w letnie dni. Były to zabawne dyskusje. Przede wszystkim Bloom był niezwykłą postacią, chociaż, patrząc z mojej dziecięcej perspektywy, jego sposób mówienia, zachowania i ubierania się był trochę śmieszny. Pamiętam, że ogromne wrażenie robiło na mnie jego słynne jąkanie. Ilekroć go spotykałem, niemal miażdżył mnie w niedźwiedzim uścisku. Kiedyś przy pokerze przez nieuwagę zgasił cygaro na mojej ręce. To naprawdę bolało.

Ale nie dlatego nigdy nie zostałem straussistą. Stało się tak, ponieważ mój ojciec wyjaśnił mi (podobnie jak samemu Bloomowi), że Bloom nie rozumiał Platona. Wielu osobom może się to dzisiaj wydać oburzające ze względu na uznanie, jakim cieszy się Bloom. Ale nadal uważam, że mój ojciec miał rację, a wtedy nie miałem żadnych co do tego wątpliwości. Mój ojciec był i jest wielkim polemistą, a jako chłopiec byłem skłonny wierzyć, że ma rację praktycznie w każdej kwestii. Dla mnie zatem dyskusje Kagan - Bloom zawsze kończyły się absolutną porażką tego ostatniego. O ile dobrze pamiętam, najważniejszym punktem spornym była w nich kwestia, czy Platon w "Państwie" tylko żartował. Bloom twierdził, że tak. Potem dowiedziałem się, że ten pomysł - iż wszyscy najwybitniejsi myśliciele w historii nie mieli na myśli tego, co pisali i zawsze tylko żartowali - to główna zasada straussizmu. Mój przyjaciel, zmarły niedawno Al Bernstein, który również uczył historii w Cornell, często opowiadał taką oto anegdotę: jeden z jego studentów przyszedł pewnego dnia wprost z zajęć Blooma i twierdził, jakoby Bloom w ich trakcie upierał się, że sam Platon nie zgadzał się z tym, co napisał w "Państwie". Na to Bernstein: "Ach nie, profesor Bloom chce, byście uważali, że tak właśnie myśli. Ale tak naprawdę uważa, że Platon zgadzał się z tym, co sam napisał".

W każdym razie mój ojciec twierdził, że Platon nie żartował. Dyskusja mogła trwać godzinami i - jak mi się wydaje - zawsze kończyła się tym, że Bloom mówił "Musimy zajrzeć do tekstu", co było wspaniałym zakończeniem, zważywszy na to, że starogreckiego oryginału "Państwa" nigdy w stołówce nie było. Tak jak i mój ojciec uznawałem to za złożenie broni.

Od ojca nauczyłem się, że problem ze straussistami polegał na tym, iż myśleli w sposób ahistoryczny. Pochłonięci rozważaniami o wielkich myślicielach uznawali, że ci ostatni uczestniczą w ponadczasowym dialogu. To skłaniało ich do lekceważenia historycznych warunków, w których tworzyli wielcy myśliciele. Mój ojciec jako historyk nauczył mnie nie ufać nie tylko straussistom, ale ogólnie filozofii politycznej. I rzeczywiście jej nie ufałem, choć muszę przyznać, że w pewnej mierze było to spowodowane trudnościami z jej zrozumieniem.

O ironio, mój ojciec, który nigdy nie zgadzał się ze straussistami, strawił wiele czasu, broniąc ich przed atakami na uniwersytecie. Pod koniec lat 70. próbował ocalić Thomasa Pangle'a przed wyrzuceniem z wydziału nauk politycznych Yale - tamtejsze gwiazdy uznawały poglądy Pangle'a za nie do przyjęcia. (Nie wiedzieli, że trzy dekady później straussizm okaże się główną przyczyną wojny z Irakiem - chociaż już wtedy mogli coś takiego podejrzewać.) Mój ojciec próbował pomóc nie dlatego, że zgadzał się ze wszystkimi poglądami Pangle'a - stanął po prostu w obronie akademickiej wolności.

Ten epizod może tłumaczyć, dlaczego nawet on bywa niekiedy nazywany straussistą (choć czasami obawiam się, że mógł zostać oczerniony z powodu skojarzenia ze mną). Jako dżentelmen starej szkoły nigdy nie uznał za konieczne prostować tego błędu. Ja sam pomyślałem, że lepiej to zrobić, ponieważ mamy teraz inny świat, w którym błędne opinie krążą po internecie, a nikt nigdy nie żartuje.

p

, ur. 1958, neokonserwatysta, ekspert w Carnegie Endowment for International Peace oraz w German Marshall Fund. Autor m.in. bestselleru "Potęga i raj. Ameryka i Europa w nowym porządku świata" (wyd. pol. 2003). W czasie prezydentury Ronalda Reagana pracował w Departamencie Stanu. Publikuje w "The New Republic", "Washington Post" i "Weekly Standard". Mieszka w Brukseli. W "Europie" nr 24 z 14 czerwca br. zamieściliśmy jego tekst "Niech wygra demokrata".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj