W dzisiejszej "Europie" ważna rozmowa z Jacques'em Le Goffem, nestorem i mistrzem europejskich historyków. Przypomina on, że stałą zasadą konstrukcyjną naszego kontynentu sięgającą początków średniowiecza jest wyjątkowe w skali globalnej połączenie ogromnej różnorodności etnicznej, narodowej, kulturowej, religijnej - z próbami stworzenia uniwersalnego projektu, który pozwalałby wielu różniącym się od siebie tożsamościom współistnieć w pokoju.
Problem w tym, że to współistnienie rzeczywistej różnorodności i uniwersalistycznych ambicji nigdy nie przebiegało pokojowo. Le Goff przypomina przypadek Napoleona, który "przekazał Europie kilka dobrodziejstw rewolucji francuskiej i zwalczał archaiczne monarchie. Ale przede wszystkim dał Europie przykład tego, czym ona nie powinna być". I dodaje: "A nie powinna być poddana dominacji jednego wzorca i jednego człowieka".
Utrzymanie zasady różnorodności skazuje zatem Europę na powracające spory między Anglikami a Francuzami, Niemcami a Polakami, protestantami a katolikami, lewicowcami a prawicowcami... Cena tych konfliktów bywała straszliwa. Właśnie dlatego twórcy Świętego Przymierza chcieli kiedyś zapewnić Europie wieczną dominację modelu konserwatywnego, a ambicje współczesnej lewicy zmierzają ku temu, żeby na naszym kontynencie dominował bez reszty wzorzec progresywny, gwarantujący wieczny pokój poprzez zniesienie narodowych tożsamości. Każdy z tych uniwersalistycznych projektów napotyka szybko na swoich wrogów i Europę po staremu dzielą fronty ideologicznych wojen.
Jak zatem powinna wyglądać właściwa polityczna forma, która pozwoli Europie nie utracić skarbu różnorodności, a jednocześnie uczynić z niej silnego globalnego aktora? Nasi prawodawcy nie znaleźli odpowiedzi na to pytanie. Traktat Konstytucyjny okazał się próbą zbyt pospieszną - zarówno w wymiarze społecznym, jak i politycznym.
Jednak wobec jego klęski zaostrzyły się ideologiczne napięcia. Bo lewica i prawica, pozbawione europejskiego projektu, oddały się swoim zwyczajowym zabawom. Jedni próbują wymusić powszechną akceptację dla odważnej obyczajowej rewolucji, inni odpowiadają im przekornym okrzykiem: "Generał Franko wam pokaże!". Pytanie, kto zadba o zjednoczoną Europę, której instytucje, przynajmniej jak na razie, gwarantują bezpieczeństwo i względną niewinność uczestnikom tych rytualnych rozrywek?