Dziennik Gazeta Prawana logo

Odblokować modernizację

5 listopada 2007, 12:09
Ten tekst przeczytasz w 19 minut

Twórca niemieckiej polityki zagranicznej przełomu XX i XXI wieku tłumaczy swoje najważniejsze decyzje i po raz kolejny przekonuje do wzmocnienia roli UE na arenie międzynarodowej. Podkreśla także znaczenie sytuacji na Bliskim Wschodzie dla przyszłości i bezpieczeństwa Europy. Przywołując dane ekonomiczne i demograficzne oraz wyniki wyborów w krajach arabskich, Fischer dowodzi, że źródłem problemów tego graniczącego z Europą regionu jest blokada modernizacji, "przekonanie, że w procesach rozwojowych nie bierze się udziału, założenie - słuszne lub nie - że są one czymś narzuconym z zewnątrz". Jedną z metod przełamania tej blokady ma być kontynuacja negocjacji akcesyjnych z Turcją, czego Fischer jest konsekwentnym zwolennikiem.

p

Goethe mówił o narodach walczących ze sobą "gdzieś daleko w Turcji". Dziś w zglobalizowanym świecie nie ma już "gdzieś daleko". W roku 1998, kiedy obejmowałem urząd niemieckiego ministra spraw zagranicznych, Afganistan był przedmiotem zainteresowania ekspertów, organizacji humanitarnych, Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, ONZ oraz paru referatów w ministerstwach spraw zagranicznych. Każdej zimy śmierć zbierała tam krwawe żniwo, przede wszystkim wśród najsłabszych, starców i noworodków. Nic jednak nie można było zrobić. Rząd talibów nie interesował się tym, jak wielu ludzi umiera, nie obchodziły go sankcje ekonomiczne, a na zastosowanie rozwiązania militarnego nikt nie był gotowy. Tragedia miała swoje korzenie w czasach zimnej wojny. W latach 70. partia komunistyczna przejęła władzę w kraju, po czym na przełomie lat 70. i 80. doszło do radzieckiej interwencji. Tymczasem Zachód (przede wszystkim USA) wspierał islamskich partyzantów. Przez całą następną dekadę stosunek sił między oboma blokami był w Afganistanie wyznaczany drogą działań zbrojnych. Kiedy ZSRR wycofał się, a zimna wojna dobiegła końca, mocarstwa - również Europa, która nigdy nie była bezpośrednio zaangażowana - straciły zainteresowanie Afganistanem. Rozpoczęła się przerażająca wojna domowa, którą przez wiele lat uważano za sprawę samych Afgańczyków i państw regionu. We wrześniu 2001 roku zobaczyliśmy konsekwencje takiego podejścia. Pozostawiony samemu sobie Afganistan stał się bazą dla islamskiego terroryzmu, który atakami w Nowym Jorku i Waszyngtonie z całą brutalnością ukazał swoją pogardę dla człowieka. Oto nowe wyzwanie, przed którym stajemy. Powinniśmy także pamiętać o zamachach 11 marca 2004 w Madrycie. Zadawaliśmy sobie wtedy pytanie, czy ich autorem była ETA, czy islamiści. Skoro byli to islamiści, celem byliśmy my wszyscy jako Europejczycy. Nie zapominajmy o tym!

Kiedy przyglądamy się Bliskiemu i Środkowemu Wschodowi, który stanowi nasze bezpośrednie geopolityczne sąsiedztwo, dowiadujemy się nie tylko tego, że jest to obszar, z którego wywodzi się wielu ludzi mieszkających w naszych krajach. W regionie tym trwają stare konflikty (izraelsko-palestyński nie jest jedynym), charakteryzuje się on niskim tempem wzrostu gospodarczego, niewielkim poziomem inwestycji, wysokim tempem przyrostu naturalnego (połowa populacji ma mniej niż 18 lat), prawie zupełnym brakiem struktur bezpieczeństwa zbiorowego czy wręcz sposobów myślenia, które umożliwiłyby powstanie takich struktur. Obrazu dopełnia niewielka wymiana handlowa wewnątrz regionu, wysoka podatność na radykalizm i terroryzm oraz przede wszystkim fakt, iż państwa i granice są świeżej daty - Iran i Egipt stanowią tu wyjątek - w większości przypadków powstały po roku 1918. Dochodzą do tego różnice religijne oraz napięcia etniczne, których znaczenie uświadamia nam to, co dzieje się w Iraku między szyitami a sunnitami, Arabami a Kurdami. Według mnie pierwotną przyczyną zjawisk na Bliskim i Środkowym Wschodzie - zjawisk, które są bardzo zróżnicowane i daleko wykraczają poza sam terroryzm - jest blokada modernizacji. Nie tylko w kontekście ekonomicznym, lecz również kulturowym. Jest to blokada rozwoju społecznego, rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, przekonanie, że w procesach rozwojowych nie bierze się udziału, założenie - słuszne lub nie - że są one czymś narzuconym z zewnątrz. Blokada modernizacji sprawia, że mało jest rzeczy wspólnych, których istnienie ułatwiałoby rozwiązywanie konfliktów. Skoro jednak blokada ta jest sprawą kluczową, nie wystarczy czekać aż minie ani ograniczać się do środków wojskowych. Powinno się za to zawczasu podjąć próby takiego rozwikłania zależności, by do działań militarnych nie musiało dojść. Oczywiście nie oznacza to, że takie działania są wykluczone. Sytuacja na Bałkanach w latach 90. nauczyła mnie, że czasami mogą być one konieczne.

Mój życiorys jest powszechnie znany, słusznie określa się mnie jako członka pokolenia '68. Wśród moich rówieśników z radykalnej lewicy panowało przekonanie, że przemocą można czynić dobro. To był poważny błąd! Nigdy nie spodziewałem się jednak, że największa potęga po zimnej wojnie, Stany Zjednoczone, będzie hołdować takiemu samemu przekonaniu. Taki właśnie był powód wojny w Iraku: wiara w to, że obalenie Saddama Husajna wywoła pozytywną reakcję łańcuchową na Bliskim i Środkowym Wschodzie, która doprowadzi do demokratyzacji i odblokowania modernizacji. To dlatego opowiedzieliśmy się przeciw amerykańskiej polityce. Nie chodziło nam o znalezienie tematu kampanii wyborczej - sprawa stała się elementem kampanii dopiero później. Chcieliśmy dowiedzieć się od naszych amerykańskich przyjaciół, czy ich społeczeństwo zdaje sobie sprawę, co stanowi istotę bliskowschodniego problemu i czy jest gotowe ponieść koszty jego rozwiązania. Uważaliśmy, że większość Amerykanów nie była na to gotowa. Chcieliśmy też zadać pytanie, w jaki sposób zamierzają sprawić, by ich działania nie doprowadziły do powstania próżni w centrum Bliskiego Wschodu. Taka próżnia przyciąga zainteresowanie wszystkich graczy w regionie i prowadzi w konsekwencji do wyzwolenia konfliktów i przemocy. Interesowało nas także, w jaki sposób Amerykanie chcieli zapobiec wykorzystaniu tej próżni przez lokalną potęgę, Iran, który mógł okazać się ostatecznym zwycięzcą akcji przeciw Saddamowi Husajnowi. Nie uzyskaliśmy odpowiedzi na te pytania. Nie chodzi mi o wykazanie, że miałem rację. Powiem jasno - wolałbym jej nie mieć. Nie chcę także uciekać się do dyplomatycznych wykrętów. Z jakichkolwiek powodów doszło do wojny w Iraku, jej konsekwencje poniesiemy wszyscy - przede wszystkim Europejczycy, bo rzecz dzieje się w naszym najbliższym geopolitycznym sąsiedztwie. To, co stanie się z Irakiem, jest dla nas rzeczą najwyższej wagi. Czy Irak definitywnie pogrąży się w wojnie domowej? Czy się rozpadnie? Czy USA się wycofają, zostawiając po sobie próżnię, którą wypełnią inni? Na wszystkie te pytania ciągle nie ma odpowiedzi. To, co wydarzyło się w ciągu ostatnich trzech lat, jest powodem wielkiego niepokoju. Europejczycy nie będą w stanie odgrodzić się od problemów Bliskiego Wschodu. Pozostanie on naszym sąsiadem. Jedną z bezpośrednich konsekwencji wojny w Iraku (co osobiście odczułem, będąc ministrem spraw zagranicznych) było to, że Iran poczuł się silniejszy. Iran stara się pokazać nam tę nową rolę swoim programem nuklearnym. I tu dochodzimy do pytania: dlaczego Iran, w przeciwieństwie do wielu innych krajów, nie powinien mieć broni jądrowej?

Kiedy byłem ministrem, indyjski parlament został zaatakowany przez grupę terrorystów. Napad na parlament przeprowadzony przez sterowane z zewnątrz komando to nie tylko kwestia cierpienia rannych i żalu rodzin zabitych, lecz także - i taka była jego intencja - niewyobrażalne wyzwanie, symboliczny akt poniżenia dla państwa. Zdaliśmy sobie wtedy sprawę - przez "my" rozumiem tu ministrów spraw zagranicznych głównych państw Zachodu - jak niewiele dzieliło świat od militarnej eskalacji konfliktu. Połączenie religijnej nienawiści, narodowych animozji, konfliktu interesów, terroru i broni atomowej jest bardzo niebezpieczne.

W głowach głównych graczy bardzo łatwo może pojawić się pomysł wykorzystania arsenału jądrowego. Kiedy kolejny podmiot na Bliskim Wschodzie wejdzie w posiadanie broni nuklearnej, żaden problem nie zostanie rozwiązany. W tym regionie nie obowiązuje logika supermocarstw, jasne strefy wpływów, zamrożone fronty z roku 1945. Nawet kiedy w Budapeszcie doszło w 1956 roku do rzezi powstańców, było jasne, że nie możemy tam interweniować. Takie było prawo zimnej wojny. Tej reguły odstraszania próżno szukać w naszym najbliższym sąsiedztwie, na Bliskim i Środkowym Wschodzie. Łatwo jest w nim natomiast znaleźć nierozwiązane problemy. Iran jedynie rozpocząłby nuklearny wyścig zbrojeń. Co zrobiłaby Turcja, bezpośredni sąsiad Iranu? Co Arabia Saudyjska czy Egipt? Już słyszę pytania typu: "A co nas to obchodzi?". Udzielę więc odpowiedzi: nuklearny wyścig zbrojeń na Bliskim i Środkowym Wschodzie miałby bezpośredni wpływ na nasze bezpieczeństwo i stanowił dla nas wyzwanie, którego rozmiaru większość ludzi nie jest jeszcze w stanie sobie wyobrazić.

Opanowanie sytuacji w Iraku i zapobieżenie nuklearnemu wyścigowi zbrojeń na Bliskim Wschodzie - obie te sprawy są połączone - stanowi największe wyzwanie dzisiejszej polityki międzynarodowej. Czy Stany Zjednoczone wytrzymają? Nie wiem. Znajdują się w położeniu, o którym można powiedzieć, że trudno jest w nim podjąć dobrą decyzję. Zarówno pozostanie w Iraku, jak i wyjście z niego przyniesie negatywne konsekwencje, z czego doskonale zdaje sobie sprawę Teheran i właśnie dlatego tak bardzo podbija stawkę. Oznacza to, że nadszedł czas, by Europa zrobiła użytek ze swojej "miękkiej siły". Jest to chwila, w której nie powinniśmy mówić o polskich, austriackich, niemieckich czy jakichkolwiek innych interesach, ponieważ rzecz dotyczy nas wszystkich. Nie jest tak, że jeden kraj jest dotknięty problemem mniej niż inny. Stoimy wobec prawdziwie europejskiego wyzwania.

W jakim stanie znajduje się jednak Europa? "Nie" we francuskim i holenderskim referendum, wyniki badań we wszystkich państwach członkowskich wskazujące na "odwrót z Brukseli", strach wielu polityków w rządach narodowych przed spadkiem wyborczego poparcia - to wszystko prowadzi do powstania Europy słabych. Chodzi tu o podstawowe interesy obywateli. Proszę nie myśleć, że przyszedłem tu straszyć Bliskim Wschodem po to, by na powrót stali się państwo grzecznymi Europejczykami. Co innego jest przedmiotem mojej troski. Martwię się, że kiedy zdacie sobie z tego sprawę, będzie za późno. Nie wiemy, czego się spodziewać po Stanach Zjednoczonych. Możliwość wycofania się, nie pełnego, ale znacznego ograniczenia ich zaangażowania na arenie międzynarodowej nie jest wykluczona. Powstawanie megagospodarek Indii i Chin, zjawisko o skali, jakiej do tej pory nie znała światowa ekonomia, oznacza, że USA będą w coraz większym stopniu zainteresowane obszarem Pacyfiku. Nagle może się okazać, że Europa musi sama dbać o własne bezpieczeństwo. Czy jest do tego zdolna? Czy jesteśmy w stanie wykorzystać we wspólnej polityce zagranicznej nasze doświadczenia budowy narodów, rozwiązywania konfliktów, opierania bezpieczeństwa na współpracy? Czy dysponujemy odpowiednimi instytucjami? Czy jesteśmy wystarczająco silni, by zniechęcić wszystkich, którzy mogą mieć złe zamiary, do ich realizacji? To są kluczowe pytania, na które wszyscy, jako obywatele i obywatelki we wszystkich państwach członkowskich, będziecie musieli odpowiedzieć. Kiedy Putin igrał dostawami gazu, reakcja była natychmiastowa. Trwała zima, a wszyscy wiedzieli, skąd pochodzi gaz, z którego korzystamy. Ludzie poparli wspólne europejskie działania. Kiedy jednak mamy do czynienia z regionalnymi konfliktami, rozpadającymi się państwami, irańskim programem nuklearnym czy z terroryzmem, wielu osobom wydaje się, że możemy pozwolić sobie na luksus bycia przeciwko Europie, na słabą Europę. Byłem niedawno w Waszyngtonie na konferencji z udziałem Europejczyków, Amerykanów i naukowców z Bliskiego Wschodu - z krajów arabskich i z Iranu. Wszyscy byli zgodni co do tego, jak ważne jest, by Turcji udało się połączyć modernizację z demokratyczną islamską polityką. Negocjacje akcesyjne Turcji trwać będą raczej 20 niż 10 lat. Nie wiem, czy kraj ten w końcu stanie się członkiem UE, bo naprawdę nikt dziś tego nie wie. Jako orędownik tego procesu mówię, że na jego końcu trzeba będzie podjąć rzeczywistą decyzję, zarówno w Europie, jak i w Turcji. W czasie, gdy przewodniczącym Komisji EWG był Walter Hallstein, Grecja i Turcja zawarły w ciągu kilku miesięcy równoległe traktaty stowarzyszeniowe. Hallstein nie należał do Zielonych, lecz do CDU, w gabinecie Adenauera był sekretarzem stanu w ministerstwie spraw zagranicznych, a poza tym żarliwym Europejczykiem i pierwszym przewodniczącym KE. W roku 1963 Hallstein wygłosił w Ankarze przemówienie, w którym obiecał Turcji pełne członkostwo. Zrobił to - powiem otwarcie - dlatego, że trwała zimna wojna. Dlaczego Turcja została wprowadzona do NATO? Dlaczego do Rady Europy? Ponieważ była potrzebna, zabezpieczała przed Związkiem Radzieckim południową flankę Paktu. Wtedy znajdowała się na obrzeżach. Jeśli moja analiza jest prawidłowa, w pierwszych dekadach XXI wieku Turcja znajdzie się w centrum europejskiego bezpieczeństwa.

Przyjrzyjmy się jeszcze raz sytuacji na Bliskim Wschodzie. Irańczycy wybrali sobie radykalnego prezydenta, w Iraku wybory doprowadziły do wzmocnienia różnic etnicznych i religijnych, w Palestynie Hamas odniósł miażdżące zwycięstwo wyborcze, w Egipcie - w wyborach, które nie były wolne, lecz "regulowane" - kandydaci Bractwa Muzułmańskiego uzyskali bardzo dobre rezultaty. A jeśli w innych krajach arabskich doszłoby do wolnych i tajnych wyborów, zobaczyliby państwo, że poparcie dla radykałów narodowych i religijnych jest powszechnym trendem. Proszę sobie wyobrazić, jak wyglądałaby sytuacja, gdybyśmy w październiku, po 42 latach obietnic, odmówili Turcji członkostwa w Unii Europejskiej. Rozczarowana Turcja, niepewna, dokąd należy zmierzać. Rosja pieczołowicie analizująca sytuację... Ambitny Iran... Można oczywiście powiedzieć - i to również stanowi dziś istotny trend, któremu hołdują rządy bez względu na ich orientację polityczną - że tureckiego członkostwa po prostu nie da się obronić przed wyborcami. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z konsekwencji odrzucenia złożonego przez Ankarę wniosku. Musicie państwo wiedzieć, co będzie to oznaczać dla naszego bezpieczeństwa. Jeśli moja analiza jest prawidłowa, jeśli modernizacja jest rzeczywiście kwestią kluczową, to to, czy duży muzułmański kraj zdoła rozwinąć i utrzymać gospodarkę rynkową, niezależny wymiar sprawiedliwości, wolną sferę publiczną, przestrzegać praw człowieka i mniejszości etnicznych, jest ważniejsze od jakiegokolwiek wsparcia militarnego. To właśnie te sprawy przesądzają o europejskim bezpieczeństwie. Powinniśmy traktować je priorytetowo. Kiedy patrzę na Bałkany, kiedy patrzę na Rosję i kraje, które leżą między nami a Rosją, przede wszystkim na Ukrainę, kiedy patrzę na wyzwanie, jakie stanowi dla nas sąsiedztwo Afryki, oraz na Bliski Wschód, który w nadchodzących dekadach będzie decydować o naszym bezpieczeństwie, to utwierdzam się w przekonaniu, że nasze bezpieczeństwo musi być rozumiane w kategoriach ogólnoeuropejskich.

W kwestiach bezpieczeństwa nie może być różnic między małymi a dużymi państwami członkowskimi Unii. Ich wkład jest oczywiście różny, ale polityczna odpowiedzialność, tworzenie strategii politycznej, proces podejmowania decyzji - muszą opierać się na zasadzie, że w UE wszyscy są równi. Mają różną wielkość i dlatego różną możliwość działania, ale odpowiedzialność muszą ponosić wspólnie.

Z tworzeniem wspólnej polityki bezpieczeństwa nie powinniśmy czekać na moment, w którym eskalacja kryzysu na Bliskim i Środkowym Wschodzie zmusi nas do działania. Powinniśmy przygotować się zawczasu.

W ostatnich trzech latach urzędowania podczas podróży do różnych zakątków świata natykałem się na chińskie i indyjskie delegacje. Były w Ameryce Południowej, w głębi Afryki, w odizolowanych częściach Azji. Wcześniej nie było ich tak wiele. Zapotrzebowanie wschodzących megagospodarek na surowce naturalne jest olbrzymie. Ich zdolności produkcyjne stanowią dla nas rosnące wyzwanie. Czy wspólne środowisko naturalne wytrzyma chiński i indyjski rozwój gospodarczy? Czy dojdzie do walki o surowce i energię? Osobiście uważam wizję takiej walki za absurdalną.

W zintegrowanej gospodarce światowej, w której energia i surowce są przedmiotem handlu, nie trzeba o nie walczyć. W konkurencji z Chinami i Indiami nawet największe państwa członkowskie UE - dwaj stali członkowie Rady Bezpieczeństwa, Francja i Wielka Brytania, jak również najludniejsze i najsilniejsze gospodarczo Niemcy - nie mają żadnych szans. Jeśli nie będziemy działać wspólnie, okażemy się za mali. To wszystko oznacza, że powinniśmy wykorzystać moc Europy. Potrzebujemy instytucji zdolnych do działania, efektywnych. Potrzebujemy wspólnej europejskiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Potrzebujemy Europy, która rzeczywiście jest w stanie użyć swoich doświadczeń i zdolności: zastępować konflikty współpracą, tworzyć wspólne instytucje, wspierać rozwój. Jeśli nie uda nam się zbudować takiej Europy, zapłacimy bardzo wysoką cenę. W zglobalizowanym świecie zamieszkiwanym przez 7-8 miliardów ludzi, stare formuły Klubu Rzymskiego, które Zieloni przywoływali w kampaniach wyborczych, podział na 20 proc. uprzywilejowanych i 80 proc. upośledzonych - nie będą już aktualne. W połowie stulecia w światowej gospodarce aktywnie działać będzie 30, 40, może 50 proc. ludzkości. To może udać się tylko wtedy, gdy będziemy współpracować. Tu uwidacznia się ważna przewaga Europy, która ma we współpracy największe doświadczenie. Nie powinniśmy jednak zapominać o tym, że musimy tę Europę wzmocnić na tyle, by zniechęcić ludzi, którzy chcieliby jej zagrozić.

p

, ur. 1948, niemiecki polityk, w latach 1998-2005 wicekanclerz i minister spraw zagranicznych. Od roku 1967 zaangażowany w radykalny ruch studencki, od którego zaczął dystansować się po fali lewicowego terroru w drugiej połowie lat 70. W tym samym okresie związał się z powstającą Partią Zielonych. W roku 1985 został jej pierwszym przedstawicielem w administracji rządowej - ministrem ochrony środowiska w rządzie krajowym Hesji. W latach 1994-98 był współprzewodniczącym frakcji Zielonych w Bundestagu. W maju 2000 w wykładzie na Uniwersytecie Humboldta zgłosił pomysł stworzenia europejskiej konstytucji, co półtora roku później zaowocowało powstaniem Konwentu Europejskiego. Fischer jest autorem licznych książek, m.in.: "Risiko Deutschland. Krise und Zukunft der deutschen Politik" (1995), "Für einen neuen Gesellschaftsvertrag. Eine politische Antwort auf die globale Revolution" (2002), "Die Rückkehr der Geschichte" (2006).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj