p

Roman Szporluk*

O historycznych związkach Rosji i ZSRR

Już za kilka miesięcy, w grudniu, upłynie 15 lat od dnia, gdy Związek Radziecki został "rozwiązany" przez swoich "założycieli", Rosję, Ukrainę i Białoruś, radzieckie republiki, które w roku 1922 podpisały układ o stworzeniu ZSRR. Na jego miejscu pojawiło się 15 niepodległych państw, w tym Gruzja, Armenia i Azerbejdżan, które (jako Federacja Zakaukaska), również były współzałożycielem Związku.

W historii przez duże "H" 15 lat to zaledwie chwila. W biografii ludzi nie tylko młodych lata po 1991 roku to już cała epoka. Nie tylko w Ameryce, ale także chyba w Estonii, Gruzji czy Kazachstanie, nauczyciele muszą tłumaczyć nastolatkom, że kiedyś istniało coś takiego jak ZSRR. Kiedy tym młodym ludziom mówimy o niezwykłości jego upadku, podejrzewamy, że myślą mniej więcej tak: "ZSRR się rozpadł? No to co, to samo stało się z imperium ottomańskim i habsburskim, nie mówiąc już o imperium rzymskim. Cóż w tym nowego?". Dla nich nie ma nic niezwykłego w fakcie, że w trakcie kursu nowożytnej historii Rosji, podzielonego tradycyjnie na okres imperialny i sowiecki, na zakończenie semestru słuchają wykładów i piszą referaty o "okresie postsowieckim", że nowe edycje podręczników historii Rosji mają rozdziały dotyczące epoki Jelcyna i epoki Putina. Ale starsi spośród ich nauczycieli pamiętają, że jeszcze nie tak dawno było inaczej, że w prywatnych rozmowach podczas konferencji i sympozjów w latach 1992-1994 moskiewscy politycy, profesorowie i publicyści zapewniali swoich zachodnich kolegów, iż za 2-3 lata "wspólne państwo" powróci do życia, chociaż niekoniecznie pod tą samą nazwą: "Nie marnujcie pieniędzy na ambasadę w Kijowie, bo już wkrótce będziecie musieli ją likwidować" - twierdzili. O ówczesnych nastrojach w Rosji przypomniał niedawno w artykule opublikowanym na łamach "Europy" rosyjski politolog Fiodor Łukianow: "U Rosjan bardzo długo utrzymywało się przekonanie, że rozpad Związku Radzieckiego jest tymczasowy i Kraj Rad wkrótce odrodzi się w jakiejś nowej formie. Podsycanie takiego przekonania leżało w interesie władz rosyjskich. Nieprzypadkowo w przededniu wyborów prezydenckich w 1996 roku administracja Jelcyna przyspieszyła integrację Rosji z Białorusią. Większość Rosjan uznała to za potwierdzenie, że rozpoczął się proces restauracji megapaństwa" ("Europa" nr 17 z 26 kwietnia br.).

Podobnie myślących ludzi można spotkać w Rosji i dzisiaj, ale w opinii historyków i politologów restauracja imperium ze stolicą w Moskwie wydaje się nie bardziej prawdopodobna niż restauracja monarchii Habsburgów. Uczeni podkreślają jednak, że w roku 1991 stało się coś niezwykłego i nieoczekiwanego. Historyk William McNeill wyraził nie tylko swój własny pogląd, kiedy w artykule na łamach "The Times Literary Supplement" stwierdził, że "upadek Związku Radzieckiego" to "bodaj najbardziej zaskakujące wydarzenie całego stulecia - zdumiewający rozpad państwa, które sprawiało wrażenie bardzo mocnego".

Wtórował mu sowietolog Jerry F. Hough: "W 1990 i 1991 roku w Związku Radzieckim odbyło się wiele rewolucji. [...] Szczególnie nieoczekiwana, może jedyna w swoim rodzaju, była ta rewolucja, która doprowadziła do rozpadu Związku Radzieckiego na 15 odrębnych państw". Stało się to w momencie, gdy "ZSRR miał najpotężniejszą armię na świecie i nie został osłabiony wojenną porażką". A najdziwniejsze w tym wydarzeniu, twierdzi Hough, było to, że "w gruncie rzeczy to Rosja położyła kres "imperium rosyjskiemu", odłączając się od niego".

Reklama

Tę "secesję" Rosji z imperium rosyjskiego szczególnie wnikliwie skomentował (w artykule z "The New York Review of Books") zmarły niedawno wybitny dyplomata i historyk, George F. Kennan (1904-2005): "Badając dzieje stosunków międzynarodowych w epoce nowożytnej, której początek można wyznaczyć na połowę XVII wieku, trudno jest znaleźć wydarzenie dziwniejsze, bardziej zaskakujące i na pierwszy rzut oka bardziej niewytłumaczalne niż nagły i całkowity rozpad i zniknięcie ze sceny międzynarodowej, głównie w latach 1987-1991, wielkiego mocarstwa, zwanego najpierw imperium rosyjskim, a potem Związkiem Radzieckim. Historia notuje schyłek i ostateczny upadek szeregu wielkich imperiów. [...] Ale we wszystkich tych wcześniejszych przypadkach schyłek był stopniowy, a ostateczny upadek polegał z reguły na długotrwałej utracie żywotności i powolnym staczaniu się w sferę historycznego braku znaczenia i zapomnienia".

Wyjaśnienia niezwykłości upadku ZSRR Kennan poszukiwał w deklaracji "suwerenności" (1990) Republiki Rosyjskiej, która - jak twierdził - znacząco się różniła od tego typu deklaracji innych republik radzieckich: "W przypadku Republiki Rosyjskiej był to znacznie poważniejszy gest [...] zrównujący państwo rosyjskie z rozmaitymi peryferyjnymi bytami dawnego Związku Radzieckiego". Działania parlamentu Rosyjskiej Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Radzieckiej (RSFRR) "stwarzały śmiertelne zagrożenie dla Związku Radzieckiego". Gdyby bowiem "państwo rosyjskie zadeklarowało pełną niepodległość lub nawet gdyby stało się członkiem jakiegoś >>związku<< federacyjnego czy konfederacyjnego na równej stopie z innymi, to co - poza nazwą - zostałoby ze Związku Radzieckiego? Byłaby to pusta skorupa, bez narodu, bez terytorium i z wyłącznie teoretyczną tożsamością".

Wiek XX był świadkiem rozpadu wielu imperiów i państw wielonarodowych. Ale Kennan zwrócił uwagę na coś, co było zupełnie bezprecedensowe z punktu widzenia historii zmierzchu i upadku imperiów: fakt, że to sama Rosja ogłosiła deklarację niepodległości, a potem przyłączyła się do układu likwidującego państwo, które - mimo odmiennej oficjalnej nazwy - było faktycznie Rosją, z tym że pod czerwonym, a nie carskim sztandarem. Wyobraźmy sobie, że to Wielka Brytania "występuje" z imperium brytyjskiego albo że Serbia w latach 80. XX wieku ogłasza niepodległość względem... Jugosławii, a potem wspólnie z Chorwacją i Słowenią podpisuje układ o likwidacji wspólnego państwa. Ale wyjątkowość przypadku rosyjskiego na tym się nie kończy. Pozycja Rosji w ZSRR była czymś niedającym się łatwo porównać z miejscem Wielkiej Brytanii w imperium, czy nawet Serbii w ramach Jugosławii. Różnice między Rosją carską i sowiecką oraz innymi imperiami błyskotliwie sformułował w jednym zdaniu współczesny brytyjski historyk Geoffrey Hosking: "Wielka Brytania miała imperium, zaś Rosja była imperium - i być może wciąż jeszcze nim pozostaje".

Podobną myśl wyraził już na początku XX wieku wybitny rosyjski mąż stanu Siergiej Witte. W swoim dzienniku zauważył on, że właściwie od czasów Piotra Wielkiego Rosja jako coś dającego się odróżnić od całości imperium nie istnieje - a w tym imperium Rosjanie, czyli Wielkorusi, stanowią mniejszość ludności. Ale nawet jeśli zaliczymy Ukraińców i Białorusinów do Rosjan, dodawał Witte, wciąż jedna trzecia ludności imperium to nie-Rosjanie. I wyrażał żal, że w Rosji nie docenia się należycie tego "faktu o kapitalnym znaczeniu". Na ten właśnie "fakt o kapitalnym znaczeniu", który martwił byłego premiera carskiego rządu, zwrócił uwagę już w 1914 roku Lenin. W grudniu tego roku, kilka miesięcy po wybuchu wojny, Lenin przebywający w Szwajcarii opublikował w piśmie "Socjal-Demokrat" artykuł pod tytułem "O dumie narodowej Wielkorusów". Współczesny czytelnik znajdzie tam nie tylko krytykę wojennych celów Rosji carskiej, ale i próbę rozwiązania problemu, o którym pisał Witte. Odrzucając kategorycznie oficjalny pogląd, że naród rosyjski składa się z trzech części - Wielkorusów, Małorusów (Ukraińców) i Białorusinów - Lenin oświadczał, że Wielkorosja to coś odrębnego od Ukrainy - te dwa narody wchodzą po prostu w skład wielonarodowego Cesarstwa Rosyjskiego. W ten sposób Lenin proponował, by Wielkorosję, czyli Rosję właściwą, umieścić na mapie jako coś odrębnego od rosyjskiego imperium. Dla Lenina Wielkorusi byli jednym z narodów imperium. Ich celem powinno być stworzenie wolnego i demokratycznego państwa: "Pełni poczucia dumy narodowej, my, wielkoruscy robotnicy, pragniemy wolnej i niepodległej, demokratycznej, republikańskiej i dumnej Wielkiej Rosji, opierającej swoje stosunki z sąsiadami na humanistycznej zasadzie równości, nie zaś na feudalnej zasadzie przywileju, która jest tak hańbiąca dla wielkiego narodu". Lenin powrócił do tych spraw już jako premier Rosji Radzieckiej.

Nie ma potrzeby nawet w skrócie pisać tu o tym, co w latach 1917-1922 działo się na terenach byłego już wtedy imperium. Dla potrzeb naszego tematu wystarczy odnotować, że po zwycięstwie bolszewików aż do grudnia 1922 roku Ukraina, Białoruś i trzy republiki Federacji Zakaukaskiej formalnie były niepodległymi państwami, sojusznikami radzieckiej Rosji, chociaż w rzeczywistości faktyczną władzę w nich sprawowała partia komunistyczna z ośrodkiem w Moskwie. Tak więc np. w roku 1921 traktat ryski z Polską podpisały dwie delegacje radzieckie: rosyjska, która także została upoważniona przez Mińsk do podpisania traktatu pokojowego w imieniu Białorusi, oraz ukraińska reprezentująca Charków. Ukraina sowiecka miała własne przedstawicielstwa dyplomatyczne m.in. w Warszawie, Berlinie, Wiedniu i Pradze (mimo że Rosja także miała tam swoje misje), a z Turcją Atatürka zawarła nawet układ o przyjaźni.

Leninowi zależało na tym, by w oczach świata nie dopuścić do identyfikacji komunizmu z Rosją. W polityce wewnętrznej Lenin uważał szowinizm wielkoruski za największe niebezpieczeństwo i z tego powodu chciał, by Rosja była częścią składową nowej federacji republik socjalistycznych - bardzo zależało mu na tym, by nowy Związek nie był nowym "czerwonym" wcieleniem imperium. Tymczasem dla Stalina i większości jego towarzyszy w kierownictwie partii republiki - nawet tylko formalnie niezależne od Moskwy - stanowiły przeszkodę w "budowaniu socjalizmu" pod jednym, centralnym kierownictwem. Już w roku 1920 Stalin proponował, aby wszystkie "niepodległe" republiki radzieckie zostały włączone do Republiki Rosyjskiej. Przedstawił ten plan raz jeszcze w roku 1922 i zyskał poparcie większości partyjnych kadr, chociaż i w Gruzji, i na Ukrainie miejscowi komuniści sprzeciwiali się mu. Dla Lenina tego rodzaju projekty były nie do przyjęcia. Śmiertelnie chory Lenin atakował plan Stalina w listach do towarzyszy z kierownictwa partii. Proponował, by zamiast inkorporacji Ukrainy, Gruzji, itd. jako republik autonomicznych utworzyć nową strukturę: "Związek Socjalistycznych Republik Rad Europy i Azji" - z tym że w takim związku Rosja miałaby identyczny status jak Ukraina i inne samodzielne dotąd republiki. Lenin pisał w liście: "Uznajemy się za równoprawnych z Ukraińską SRR itd. i razem, na równej stopie, przystępujemy do nowego związku, do nowej federacji, >>Związku Republik Radzieckich Europy i Azji<<".

Historyk może powiedzieć, że w ten sposób Lenin pozostał wierny swojej koncepcji rozwiązania kwestii rosyjskiej, którą sformułował w artykule z 1914 roku.

Stalinowi synteza komunizmu i marksizmu z ideą imperialną jak najbardziej odpowiadała. Rozwiązanie, zgodnie z którym naród rosyjski miał status "starszego brata" pozostałych narodów (ale sama Republika Rosyjska pozostawała w cieniu), było jego zdaniem idealnym rozwiązaniem kwestii narodowej w obrębie ZSRR. Również fakt, że ZSRR powszechnie nazywano na świecie "Rosją Sowiecką" czy po prostu "Rosją" całkowicie Stalinowi odpowiadał.

Wszystko szło dobrze, póki Stalin żył. Jednak z czasem mariaż sowietyzmu i rosyjskiego nacjonalizmu okazał się mezaliansem. Po śmierci Stalina w literaturze i sztuce rozpoczęła się kulturalna, duchowa, a później także polityczna "desowietyzacja Rosji". Nie dokonywała się ona w izolacji. Wydarzenia na Węgrzech i w Polsce w roku 1956, Praska Wiosna z 1968 roku i "Solidarnośc" miały swoje echa nie tylko w krajach bałtyckich i na Ukrainie, ale także w samej Rosji. Polityczni dysydenci byli w Rosji już wcześniej, ale występowali w obronie wolności słowa i praw człowieka - nie kwestionowali natomiast terytorialnego kształtu ZSRR. Za czasów Gorbaczowa Andriej Sacharow przedstawił projekt federalizacji ZSRR, a nie reform w samej Rosji - nie mówiąc już o możliwości jej secesji. W tym samym czasie jednak Borys Jelcyn w walce z Gorbaczowem postanowił występować w imieniu Republiki Rosyjskiej jako ofiary centralistycznej polityki Kremla. W takiej roli rzecznicy Rosji okazali się sojusznikami pozostałych republik - w tym Ukrainy.

Po tym krótkim historycznym ekskursie wróćmy do czasów późnego Gorbaczowa i rosyjskiej deklaracji z 12 czerwca 1990 roku. Między tą datą i rozwiązaniem ZSRR w grudniu 1991 należy odnotować pewne wydarzenia na Ukrainie - odegrały one ważną rolę w dramacie, którego finał rozegrał się na spotkaniu przywódców Rosji, Ukrainy i Białorusi w Puszczy Białowieskiej. Nieprzypadkowo w miesiąc po rosyjskiej deklaracji Rada Najwyższa Ukrainy poszła w ślady Rosji, proklamując suwerenność Ukrainy 16 lipca 1990 roku. Ukraina ogłosiła zamiar sformowania własnych sił zbrojnych i rozwijania bezpośrednich stosunków z zagranicą. Grudnia 1991 nie można zrozumieć, nie pamiętając o tym, co się stało w Kijowie w listopadzie roku poprzedniego, kiedy Borys Jelcyn, wówczas jeszcze przewodniczący parlamentu Rosji, złożył oficjalną wizytę na Ukrainie, wystąpił w ukraińskiej Radzie Najwyższej i podpisał w imieniu Rosji, układ z Ukrainą. Poniższy cytat daje pojęcie o tym, co miały na myśli "Wysokie Układające się Strony". Zadeklarowały one, że "uznają siebie nawzajem za suwerenne państwa; chronią prawa swoich obywateli zamieszkujących na terytorium partnera; uznają i szanują nienaruszalność terytorialną Federacji Rosyjskiej i Ukrainy w istniejących granicach ZSRR".

Było to wydarzenie bez precedensu w całej historii stosunków rosyjsko-ukraińskich. Z dzisiejszej perspektywy widzimy, że Rosja działała wspólnie z Ukrainą w demontażu imperium. Ale historyk zajmujący się Ukrainą nie może odmówić sobie przyjemności powiedzenia czegoś krytycznego pod adresem tych, którzy przeoczyli ten ważny aspekt historii będącej in statu nascendi.

Wśród tych, którzy powinni byli lepiej orientować się w politycznych grach owego czasu, a popełnili największe błędy, na pierwszym miejscu wśród polityków należy umieścić Michaiła Gorbaczowa. Któż uwierzy, że w trakcie wizyty w Kijowie Gorbaczow, mówiąc o ZSRR, nazwał go "Rosją", a potem wyjaśnił swój lapsus: "Rosja - to znaczy Związek Radziecki. Tak ją teraz nazywamy i tym faktycznie jest".

Nie można sobie wyobrazić takiego "przejęzyczenia" w ustach Jelcyna, nie mówiąc już o Leninie. Ale to nie jedyny przykład tego, co pewien zachodni autor określił jako "kompletną ślepotę" ówczesnych moskiewskich polityków w kwestii Ukrainy.

Jeśli chodzi o świat akademicki, pierwsza nagroda w dziedzinie krótkowzroczności należy się sowietologowi amerykańskiemu Jerry'emu F. Houghowi, który w piśmie "Foreign Affairs" pod koniec 1989 roku radził nie brać problemów narodowościowych w ZSRR zbyt poważnie: "Gorbaczow rozumie - i my też musimy zrozumieć - że narody nierosyjskie są za bardzo skonfliktowane ze sobą nawzajem, aby stanowić poważne zagrożenie, ale decyzja o przyznaniu niepodległości Polsce przypomina im - a także Litwinom - że mogą w przyszłości potrzebować ochrony Rosji dla terenów otrzymanych przez nich w ramach układów Stalina z Hitlerem".

Krótko mówiąc, "uważajcie, Litwini i Ukraińcy: Polacy będą maszerować na Lwów i Wilno, a bez Rosji nie dacie im rady". Dobrze, że tego artykułu nie czytano w Wilnie przed ogłoszeniem niepodległości Litwy ani we Lwowie przed marcowym referendum w 1991 roku, w którym już wtedy obwody zachodnie, ze Lwowem na czele, głosowały za wystąpieniem Ukrainy z ZSRR. (Cała Ukraina głosowała za niepodległością dopiero 1 grudnia tego samego roku.)

Myślą przewodnią naszych dość swobodnych refleksji był współudział Rosji w rozpadzie imperium, które w swym drugim i - miejmy nadzieję ostatnim - wcieleniu nazywało się Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, a o którego nazwie Cornelius Castoriadis powiedział: "Cztery słowa - cztery kłamstwa". Poszukując źródeł tej niezwykłej idei - secesji Rosji z ZSRR - dostrzegliśmy, że Lenin jeszcze przed pierwszym rozpadem imperium traktował "kwestię rosyjską" w bezpośredniej łączności z kwestią ukraińską i że powiązanie tych kwestii wpływało na decyzje zarówno w roku 1922, jak i 1991. Opinię wpływowego niegdyś eksperta od spraw radzieckich na temat "czynnika polskiego" w polityce Litwy i Ukrainy zacytowaliśmy ku przestrodze czytelnika i po to, by przypomnieć, że na wydarzenia, o których tu mowa, istotny wpływ miała świadomość ich uczestników, że Polska popiera aspiracje narodów do niepodległości - chociaż nie zauważali tego czasami ludzie, którzy powinni byli o tym wiedzieć.

Roman Szporluk

p

*Roman Szporluk, ur. 1933, historyk ukraiński, w latach 50. studiował w Lublinie. W 1958 roku wyemigrował na Zachód, wykładał m.in. na uniwersytecie w Ann Arbor. Od 1991 roku profesor uniwersytetu Harvarda, pracuje w tamtejszym Davis Center for Russian and Eurasian Studies. Znawca nowożytnej historii Ukrainy i Rosji. Zajmuje się także m.in. porozbiorowymi dziejami Polski oraz problematyką relacji między nacjonalizmem i komunizmem. Wydał m. in.: "Communism and Nationalism" (1988), "Russia, Ukraine, and the Breakup of the Soviet Union" (2000). Po polsku ukazał się zbiór jego esejów "Imperium, komunizm i narody" (2003). W "Europie" nr 1 z 5 stycznia ub.r. opublikowaliśmy wywiad z nim "Rosja nie odnalazła się w przestrzeni postimperialnej".