Marta Wyka przygląda się wydanej niedawno autobiografii Sławomira Mrożka ("Baltazar. Autobiografia", wyd. Noir sur Blanc, 2006). Powstała ona w szczególnych okolicznościach - jako forma terapii po udarze mózgu i afazji, których doznał pisarz. Tworzenie było tu więc zarazem uczeniem się na nowo umiejętności pisania, odnajdywaniem własnej pamięci i historii. Stąd najważniejszym elementem autobiograficznej opowieści pozostają bardzo realne miejsca - dom rodzinny, Kraków jako miasto młodości - oraz konkretni ludzie: rodzina, przyjaciele. "Mrożkowa przestrzeń pamięci jest w >>Baltazarze<< przede wszystkim domowa. Ludzie z jego rodziny, jego rodzina >>sama w sobie<<, jego okolica, jego dom rodzinny, a potem miasto młodości (Kraków) stabilizują utraconą pamięć. Mrożkowy czas odnaleziony miał swój początek w przedwojennej małopolskiej prowincji i powojennym Krakowie, potem mieście młodości, która przypadła na lata PRL".
p
Po raz pierwszy napisałem książkę w stu procentach prawdziwą" - powiedział Sławomir Mrożek w jednym z wywiadów radiowych, jakie przeprowadzono z nim po ukazaniu się "Baltazara. Autobiografii". Rzeczowym argumentem tłumaczącym owo dość zaskakujące wyznanie (sądzimy przecież, iż wszystkie książki Mrożka są prawdziwe...) są przede wszystkim okoliczności jej powstania. Każda książka napisana w tak szczególnych okolicznościach życiowych mogłaby przecież okazać się tą jedyną prawdziwą - zarówno opowiastki o zwierzętach, jak zbiór anegdot ze sfer rządzących. Nie temat bowiem okazuje się tu ważny, lecz powrót języka i pamięci, czyli odzyskiwanie warsztatu. Jeżeli jednak - jak oświadcza pisarz - tamten człowiek już nie istnieje (nie istnieje zatem autor "Tanga" i "Policji"), to kto został powołany do powtórnego życia? Czy ten nowy Mrożek jest na podobieństwo tamtego? Jest tylko pacjentem po udarze i afazji, czy też jest Mrożkiem przeobrażonym w Innego, który jednak zachowuje jego rysy? Motyw przemiany - czy to ciała, czy osobowości - znany jest dobrze literaturze w skrajnych z artystycznego punktu widzenia realizacjach: na jednym biegunie znalazłby się tutaj przykład romantyczny (przemiana Gustawa w Konrada w "Dziadach" Mickiewicza chociażby), na drugim bohaterowie Kafki, przybierający jak w "Przemianie" inną powłokę fizyczną. Porzucenie fizycznych i duchowych kształtów dokonujące się z różnych przyczyn to bez wątpienia szansa dla artysty - nawet jeżeli jej źródłem jest choroba. O tym wszystkim Sławomir Mrożek zapewne nie myślał, podejmując terapię (opisaną dokładnie w "Baltazarze"), której celem było odzyskanie mowy, pamięci i zdolności pisania. Nie sposób oczywiście podważać świadectwa samego pisarza, który widzi miejsce swojej książki na obszarach nie artystycznych, a raczej psychologicznych i po części medycznych. To, co dla niego oczywiste, dla innych (czytelników przede wszystkim) wcale takim być nie musi; w mediach książka Mrożka anonsowana jest jako powieść, a zatem jako fikcja posługująca się jedynie autobiograficznym materiałem. Być może kwalifikację taką Mrożek sam wymusza strukturą swojego tekstu; ale wymusza ją również współczesne rozumienie "metod autobiograficznych". Autobiografia współczesna (czy może nawet nowoczesna) wzmaga zainteresowanie sobą jako tekstem przynależącym do pewnego autora nade wszystko wtedy, gdy zarysowuje określony horyzont intymności, gdy autor swoje niespodziewane bądź spodziewane sekrety zapisuje, a nam pozwala o nich czytać - słowem, gdy jest w znacznym stopniu inicjacyjna. Sławomir Mrożek czyni we wstępie następujące zastrzeżenie: "Proszę nie szukać w tej książce mojej inicjacji erotycznej ani jej dalszego ciągu, bo jej tutaj nie ma. (...) W tej książce wspominam różne znane i mniej znane osoby, a także różne sytuacje, w których znalazłem się w ciągu mojego życia. Może się zdarzyć, że niechcący zmieniłem pewne fakty i przedstawiłem je inaczej niż było w rzeczywistości. W tym wypadku proszę czytelników o wybaczenie". Ale któż ma posiadać prawo sankcji i orzekania o prawdzie owego tekstu? Autor odmawia udostępnienia wiedzy o swoim życiu intymnym, zaś czytelnik wydaje się na to godzić, pod jednym wszakże warunkiem: że znajdzie w tej autobiografii takie opowieści, które zastąpią mu oczekiwane sceny z życia intymnego pisarza. A ponieważ książka Mrożka znalazła się na czele listy bestsellerów, należy przypuszczać, że sekretna zamiana inicjacji na edukację powiodła się pisarzowi. Że kategoryczna eliminacja intymnego uwzniośliła przypadki życia. W korespondencji, jaką Mrożek prowadził z Janem Błońskim w latach 70., znajduje się taka oto ciekawa autodefinicja: "Równo oddalony od wszystkich możliwych punktów, samotny, bez bagażu. (...) Dość dokładnie zrewidowany sam przez siebie samego, świadomy swoich części i ich funkcjonowania, w miniaturowej odzieży...". Taki miał być Mrożek idealny, ku któremu dążył Mrożek faktyczny, jeszcze niewypełniający imperatywów tej definicji. Wolno czytać powyższy fragment jako zapowiedź "Baltazara", choć pochodzi on z lat przed chorobą, przed ostatecznym powrotem do Polski, przed zrzuceniem kostiumu emigranta, przed nadchodzącą starością.
Gdy to wszystko się dokonuje (mane, thekel, fares - z przepowiedni o królu Baltazarze, który użyczył nowemu Mrożkowi pseudonimu...), to znaczy dokonuje się powrót, konkretyzuje się starość i kurczy się zarówno bagaż, jak i kostium - pozostaje szkielet osobowości. To brzmi nieco makabrycznie i anatomicznie, ale o tym właśnie spróbuję napisać.
Kręgosłupem tego szkieletu jest literatura. Dlatego też Mrożek, aby wrócić do życia, musi napisać książkę. Rozbierając siebie i odrzucając stare ubrania, pisarz z osłony książkowej nie potrafi zrezygnować, nie może zostać absolutnie nagi, jego "miniaturową odzieżą" okazuje się jednak ponad wszystkim (czyli chorobą i jej skutkami) - tekst, który stara się z siebie wysnuć. "Pisałem od dwudziestego roku życia. Pisanie było jedynym zawodem, który wykonywałem w miarę dobrze. Tak się złożyło, że od początku kariery nie musiałem pukać do drzwi redakcji, a później do teatru z informacją, że napisałem opowiadanie czy sztukę, ani prosić o jej przeczytanie, mając potem wątłą nadzieję, że zostanie temu nadany ciąg dalszy. Ten stan rzeczy przyjąłem naturalnie, nie zastanawiając się nad jego wyjątkowością. Tak było w Polsce a potem na Zachodzie. A przecież nie zawsze tak bywa... (...) Nie byłem zainteresowany reklamą i nie cierpiałem tych, którzy się nią interesowali za bardzo. Ich powodzenie przypisywałem właśnie reklamie. Obojętny stałem się dopiero wtedy, gdy zacząłem się starzeć". I oto powstaje pytanie kolejne. Jak napisać książkę, gdy nie dysponuje się tym wyposażeniem, które decyduje o kształcie (prawie) każdej książki: czyli językiem i pamięcią? Jeśli pisanie jest właściwością danego osobnika ("Pisałem od dwudziestego roku życia..."), to trzeba odnaleźć nie tyle warsztat, ile samo jądro osobowości, schodzić w głąb i błądzić w labiryncie, poszukiwać drogi do siebie samego. Ten przypadek osobniczy jest naprawdę szczególny: Sławomir Mrożek przyznaje, iż sukces był dla niego stanem oczywistym, zmierzał ku niemu drogą prostą i dobrze wytyczoną, bez żadnych potknięć, trudności i wybiegów. Skoro tak, to autor "Baltazara" wydaje się - podświadomie być może - wierzyć, iż odzyska swoją sztukę pisarską, powracając do faktów, które już się nie zmienią, bo należą do historii jego rodziny. Czy temat jego ćwiczeń logopedycznych mógł być inny? Czy zawsze dzieciństwo jest pierwszą przyczyną i napędza resztę życia, a także przywraca życiu? I oto pojawia się drugi temat: fizycznego starzenia, przemijania literatury, czasu jako fenomenu, który o losach literatury w znacznym stopniu decyduje. Relacjonując niepowodzenie swojej sztuki "Goście Abrahama", Mrożek szuka jego przyczyn: "Pierwsze wyjaśnienie, że mój czas minął (...). Trudno jednak powiedzieć o kimś, że >>jego czas minął<<. Jeszcze trudniej gdy chodzi o dramaturga, zwłaszcza takiego jak ja. Splot rozmaitych okoliczności jest zbyt wielki. Można tylko powiedzieć ogólnie, że czas minął bez wątpienia, i uzasadnić : >>ponieważ wszystko mija<<. Drugie wyjaśnienie jest bardziej subtelne. (...) Kiedy wyjechałem - świat poszerzył się wielokrotnie i w związku z tym zacząłem dostrzegać jego różnorodność. Mogłem pisać zarówno o >>absurdzie<<, jak i o rzeczywistości w stanie >>naturalnym<<. Ale gdy na zawsze powróciłem do Polski wpadłem w pułapkę. Ta teoria nie uwzględnia dojrzewania osobnika. W tym przypadku byłbym to ja sam, a to, czy w danym momencie znajdowałbym się w Polsce czy w innym kraju, miałoby charakter podrzędny". Relacja z życia, jaką podejmuje Baltazar vel Mrożek, zawiera - gdy patrzeć na tytuły rozdziałów - wszystkie ważne etapy edukacji pisarza żyjącego w określonej epoce. A więc podróże: do Paryża, Włoch, Ameryki, w tym akapit egzotyczny, czyli Meksyk. Jest i podróż do Rosji.
A ponieważ pisarz pochodzi z Europy Wschodniej, mamy porzucenie kraju z powodów politycznych i powrót do kraju po politycznej zmianie. Gdyby Mrożek został - we Francji, w Meksyku, gdziekolwiek - zmieniałby się tak jak tutaj, w Polsce? Zegar zmiany tkwi w nim samym, jest tyleż umysłowy co organiczny, fizyczny. "Kiedy człowiek jest młody, próbuje wyprzedzić świat. Potem zaledwie dotrzymuje mu kroku, aż wreszcie zaczyna być przez świat wyprzedzany" - powiada Mrożek. I wręcza nam w tym momencie klucz do swojej autobiografii. Wytracanie szybkości, utrata élan vital prowadzić może do przepaści, w różnych znaczeniach tego słowa. Patrząc na etapy Mrożkowej biografii, nie dostrzegamy w niej na dobrą sprawę nic specjalnie oryginalnego: pisarze XX-wieczni podróżują, uciekają przed reżimami politycznymi swoich krajów - słowem, dopełniają zbiorowych rytuałów istnienia twórcy w świecie, takim a nie innym, zdeterminowanym określonymi czynnikami społecznymi, gwałtownie się zmieniającym, zglobalizowanym, przeżywającym postępującą inwazję różnych ideologii, mało stabilnym. Na ile jest to dobry materiał dla pisarza, decyduje on sam. Mrożek okazuje się pomimo swoich "światowych" doświadczeń ulepiony z gliny zupełnie innej. Poddawany presjom czasu, krajów, a najmniej ludzi, czyni dla tych ostatnich wymowny wyjątek. Ludzie z jego rodziny, jego rodzina "sama w sobie", jego okolica, jego dom rodzinny, a potem miasto młodości (Kraków) stabilizują utraconą pamięć. Mrożkowski czas odnaleziony miał swój początek w przedwojennej małopolskiej prowincji i powojennym Krakowie, potem mieście młodości, która przypadła na lata PRL. Deklarując jednoznacznie swoją "przynależność do Polski", Mrożek - jak sam powiada - "wraca do domu rodzinnego". Tych powrotów jest jednakowoż parę, mają miejsce na różnych, by tak rzec, piętrach. Powrót do chłopaka z Borzęcina, którego rodzina była jedną z wielu podobnych w rejonie Tarnowa - ojciec urzędnik i młoda, piękna matka, liczne kuzynki, ciotki, wujowie, uwiecznieni na fotografiach. Nic nadzwyczajnego, chłopak wielbi Wojsko i Przywódcę. Ten świat zmiata z powierzchni ziemi wojna. Już nigdy nie będzie tak samo i to wszystko, co ma miejsce później w życiu chłopca z Borzęcina, okazuje się w swoisty sposób nierzeczywiste. Nierzeczywisty okazuje się Kraków powojenny i jego miejsca, które dziś się mitologizuje bądź demonizuje (zmitologizowany Dom Literatów przy ulicy Krupniczej i zdemonizowany Władysław Machejek, redaktor pisma "Życie Literackie", najbardziej znanej trybuny krakowskich literatów). Rzeczywistość tworzą ludzie, dzisiaj też zapomniani - aktorzy (Leszek Herdegen), słynni menedżerowie kultury tamtych lat (Adam Włodek), koledzy literaci: Tadeusz Nowak, Jerzy Hordyński, Jan Zych. Ci ostatni to mieszkańcy tej samej oficyny w Domu Literatów na Krupniczej. Może nie od rzeczy będzie powiedzieć, iż wszyscy wymienieni odeszli już, nie pozostawiając pisanych śladów w formie wspomnień. Ich twórczość też wydaje się mało komu, wyjąwszy profesjonalistów, znana. Rok 1957 otwiera świat tylko przed Mrożkiem. Miasto Kraków po latach chce ofiarować Sławomirowi Mrożkowi to, co wedle miasta najbardziej stosowne dla uczczenia wybitnego obywatela: dyrekcję teatru i mieszkanie. Czyż nie jest to fabuła mieszcząca się w poetyce, której zawsze od Mrożka oczekiwano, w poetyce absurdu? Mistrz daje znać o sobie: dramaty i proza Mrożka są przecież w znacznym stopniu ekspresją sytuacji absurdalnych, pełniących wielorakie funkcje artystyczne i poznawcze. Oddalone w czasie wydarzenia opisane przez Mrożka przesunęły się, być może bez wiedzy autora, w stronę fikcji i absurdu. Co by tłumaczyło powodzenie tej książki czytanej jako fabuła. Nie byłoby jednak rzeczą bezpieczną czytać "Baltazara" wyłącznie jako quasi-powieść o PRL, choć ta rzeczywistość odgrywa w niej rolę niepoślednią, być może najważniejszą. Innej rzeczywistości Mrożkowi nie dane było poznać. Gdy ją porzucał, nie wiedział zapewne, z jaką emocjonalną siłą powróci ona do niego po latach. Jest to siła stłumiona, dawkowana, ale oczywista. Żadnych rozrachunków, a jeśli, to wyłącznie z samym sobą; męczeński aspekt istnienia w PRL został czytelnikowi szczęśliwie oszczędzony. Znika gdzieś mizantropia - to Mrożek sprowadzony do własnej esencji. Ludzie, którzy go otaczali, powołani zostali ponownie do życia w funkcji symulakrów - bo można i taką tezę zaryzykować. O to mu chodziło, choć owo dotarcie do własnej psychicznej nagości dokonało się przypadkiem (jeśli za przypadek uznamy chorobę).
Mrożkowa przestrzeń pamięci jest w "Baltazarze" przede wszystkim domowa. Opowieści o rodzinie tworzą, co charakterystyczne, hermeneutykę domu. Związki pomiędzy narracją a podmiotem opowiadającym nie są zatem komentowane, one po prostu istniały, posiadały swój byt. Mrożek nie buduje przestrzeni nostalgii, która domagałaby się komentarza autorskiego. Powiada: tak było, stamtąd jestem, czasem, ale niezmiernie skąpo, dorzuca zdanie interpretujące jakąś rodzinną sytuację. Wyalienowany z Polski w sytuacji życiowego wyboru odzyskuje tożsamość, wracając do sceny rodzinnej; proces dezalienacji dokonuje się zaś w języku hermeneutyki. Towarzyszą mu, o czym należy pamiętać, akcje terapeutyczne: wychodzenie z afazji, pokonywanie choroby. Ta autobiografia ma, jak się zdaje, dwa główne wątki. Jeden zdeterminowany doświadczeniem przeszłości, dla współczesnego czytelnika już historycznej. Dlatego opowieści Mrożka o małym i młodym Mrożku przedwojennym, powojennym i PRL-owskim przynależą do przestrzeni pamięci historycznej, ale takiej, którą przeszłość domowa kształtuje. Mrożek jako pisarz ma ostrą świadomość takiego stanu rzeczy. Bo wydaje się, iż nie jest tylko pacjentem. Wątek drugi jest głębiej ukryty, by tak rzec, zagojony. Jeśli rana istniała, pozostają po niej słabo widoczne zapewne, ale jednak blizny. Po pierwsze blizna gorszości obywatela PRL - gorszość bolała nawet pisarzy szybkiego sukcesu; podejrzenie niższości własnej w kontekście innym niż polski, co doskonale widać w relacjach z pierwszych podróży na Zachód. Po drugie blizna po niewiedzy - tak proponuję nazwać stan świadomości mieszkańca PRL będący udziałem zarówno szarego obywatela, jak i dziennikarza. Oto dowód: "Do jakiego stopnia my, dziennikarze, a wraz z nami nasza publiczność, żyliśmy w błogiej nieświadomości tego, co się działo, świadczy choćby fakt następujący. W pierwszych miesiącach zimy 1952 roku, po wojnie domowej między ludnością polską a ukraińską, tysiące ludzi zginęło (...).
W każdym normalnym kraju powiaty ogarnięte pożogą nosiłyby przez długie lata dostrzegalne dla każdego dziennikarza ślady. A jednak nie zauważyliśmy ich. Ja miałem dwadzieścia dwa lata, a Jaś Kalkowski niewiele więcej. Dopiero później, kiedy komunizm chylił się ku upadkowi, dowiedzieliśmy się prawdy". Relacja Mrożka pozbawiona tonu ekspiacji, będąca tylko obiektywnym przywołaniem faktu jakich wiele w doświadczeniu PRL, posiada o wiele mocniejszy walor poznawczy niż narracje emocjonalnie nacechowane. Ślad po tym małym ukąszeniu, które nastąpiło w stanie "błogiej nieświadomości", pozostał. Ale - szczęśliwie - nie został poddany sentymentalnej mitologizacji. Mitologizacja wydaje się zarówno jedną z konieczności, jak i niebezpieczeństwem odtwarzania w materiale literatury przeszłości najbliższej. Dotyczy to zarówno pamięci jednostkowej, jak zbiorowej - aczkolwiek mitologizacji uniknąć się nie da. Takie przeświadczenie - choć niewyrażone bezpośrednio - jest jednym z narzędzi kształtujących świat autobiografii Sławomira Mrożka. Dramatyczne i teatralne mitologie samego Mrożka - bo one przecież istnieją - powstawały przede wszystkim jako akt kreacji. W relacji o przypadkach własnego życia (a także życia całej generacji) Mrożek ośmiesza pochopne mitologizacje. Na przykład taką: "Istnieje legenda dotycząca Domu Literatów. Zaraz po wyzwoleniu (...) na Krupniczą wtargnęła delegacja Związku Literatów Polskich. Budynek był wtedy hotelem przerobionym dla niemieckich urzędników naftowych (...) to tłumaczy zapas win i wódek zostawiony przez Niemców. Delegacja literatów pozostała na Krupniczej 22, dopóki nie skonsumowała zapasów. I w efekcie nie pozostawało jej nic innego, jak pozostać tu na stałe". Mija prawie 50 lat i oto: "Pojawiły się w prasie krakowskiej artykuły domagające się zakupienia Domu Literatów przez magistrat (...). Jeden z pomysłów postulował utworzenie >>Muzeum Literatury Pisarzy Krakowskich<< w odnowionych i wyfroterowanych salonach z nieuchronną dyskrecją, umundurowanym personelem i godzinami wstępu z wyjątkiem poniedziałków. Już sama myśl o >>wycieczkach szkolnych z Przemyśla<< zwiedzających moje poddasze wydała mi się tak śmieszna, jak śmieszne są monologi Bronisława Maja...". Ten sam dom występuje w "Roku myśliwego" Czesława Miłosza. Poeta zobaczył w nim, zaraz po wojnie, miejsce prawdziwego polskiego końca świata, kwintesencję katastrofizmu, udramatyzował je, czyniąc sceną tragicznych potyczek (częstokroć domniemanych, ale zawsze właśnie tragicznych). Czytał więc ten dom pospołu w Witkacym. Lektura domu jako tekstu w polskiej kulturze i literaturze powojennej jest intertekstualna. Jej możliwe lekcje: Mrożka, Miłosza ukierunkowanego przez Witkacego, odnoszące się do identycznej przestrzeni domowej dają wyobrażenie o nieograniczonych niemal możliwościach sterowania owym tekstem-matką: od rejestracji po symbolizację. Konkluzja wynikająca z takiego postawienia sprawy sprowadza się do pytania o poetykę możliwych mitologizacji wykarmionych pożywieniem PRL: czy będą one efektem absurdalnego, czy wzniosłego oglądu tego świata? Oczywiście oba te języki dają się pogodzić i różna będzie zapewne równowaga między nimi. Absurdalna i hermeneutyczna próba Sławomira Mrożka, na którego tekstach wychowały się pokolenia, wskazuje, mimochodem jak gdyby, pułapki mitologizacji bezwzględnej. Rozpostarty dotąd pomiędzy zniewoleniem i doskwierającą nostalgią duchowy obszar PRL może zostać znacząco przemeblowany. "Nie dajmy się zwariować" - pisze Mrożek. Pisał tak już dawniej (w "Monizie Clavier" chociażby). Dzisiaj, sprowadzony przez chorobę do doświadczeń istotnych, powtarza to samo. Jego opowieści o sobie i tamtych czasach zdejmują z PRL płaszcz demonizmu - co nie znaczy, iż demonizm nie istniał. Istniał na podobnej zasadzie jak "zwyczajne zło". I tę jego absurdalną zwyczajność trzeba wciąż przypominać. To zadanie należy do generacji Mrożka i warto namawiać jej reprezentantów, aby, niezrażeni punktem widzenia ukształtowanym przez pozbawionych niegdyś przyjemności teleranka (w pierwszą niedzielę stanu wojennego) współczesnych pisarzy, opisali swoje doświadczenie edukacyjne w PRL.
p
, historyk literatury i krytyk literacki, profesor UJ. Redaktor krakowskiego miesięcznika "Dekada Literacka". Zajmuje się przede wszystkim literaturą przełomu modernistycznego, Młodej Polski, dwudziestolecia międzywojennego oraz współczesnością. Opublikowała książki o Gałczyńskim, Brzozowskim, Staffie oraz tomy szkiców krytycznych: "Głos różnych pokoleń" (1989), "Szkice z epoki powinności" (1992), "Światopoglądy młodopolskie" (1996), "Punkty widzenia" (2000). W "Europie" nr 50 z 14 grudnia ub.r. opublikowaliśmy jej tekst "Artysta i mecenas - bezpieczny związek" poświęcony korespondencji Zbigniewa Herberta z Jerzym Turowiczem.