1892-1941
Ojciec był profesorem filologii i założycielem Muzeum Sztuk Pięknych w Moskwie (obecnie im. Puszkina), matka pianistką, z rodziny niemiecko-polskiej. Pod jej bacznym okiem Marina od dzieciństwa uczyła się gry na fortepianie. Przedwczesna śmierć matki sprawiła, że z czasem miejsce muzyki zajęła poezja i bez reszty zawładnęła życiem niedoszłej pianistki. Debiutowała jako gimnazjalistka tomikiem "Album wieczorny", który spotkał się z przychylnym, a nawet entuzjastycznym przyjęciem niektórych krytyków. Pierwsze zbiory wierszy nosiły wyraźne znamię poezji sztambuchowej czy zgoła pensjonarskiej, o czym świadczą już same tytuły: "Album wieczorny", "Latarnia czarnoksięska". Nie było w tym przypadkowości, lecz świadomy wybór konwencji. Zresztą w pewnym sensie Cwietajewa do końca pozostała nadwrażliwą i nadpobudliwą pensjonarką.
W swojej twórczości nieustannie balansowała na chybotliwej linie pomiędzy grafomanią i genialnością. Miała jednak wrodzony absolutny słuch poetycki, który nigdy nie pozwolił jej przekroczyć granicy smaku, a niekiedy przechylał ją w stronę genialności. Gdyby było inaczej, czyż sześćdziesiąt pięć lat po śmierci ktokolwiek by pamiętał nazwisko Cwietajewa? Więcej o jej poezji można przeczytać w "Zeszytach Literackich" nr 92 z 14 grudnia 2005 roku.
p
Weszłam i rzekłam: - Bądźże pozdrowiony!
Czas już do Francji, czas do domu, królu!
I znów prowadzę ciebie do korony,
I znowu ty okłamiesz mnie, Karolu!
O nie oczekuj, skąpy, smętny panie,
Blady delfinie, swój kark zgiąwszy w pałąk -
Dnia, gdy Joanna kochać głos - przestanie,
Żeby Joanna kochać miecz - przestała.
Było Rouen, w Rouen był Stary Rynek...
- Znów będzie konia ostatnie spojrzenie,
I pierwsze trzaski niewinnej sośniny
I pierwszy przybój sosnowych płomieni.
A za plecami - skrzydlaty towarzysz
Znów szepnie: - Siostro, zimną krew zachowaj!
Kiedy srebrzysty pancerz się rozjarzy
Mojego stosu lśniącą krwią sosnową.
4 grudnia 1917
Rozbuchany płomień - moim koniem,
Kopytami on nie wali - nie rży w dali.
Kędy koń mój chuchnął - źródło nie tryska,
Kędy koń mój buchnął - schnie trawa wszystka.
Och, płomień - koń mój - złakniony stołownik!
Och, płomień - na nim - jeździec gwałtownik!
Z włosem się splotła czerwona grzywa...
Płomienna miotła - w niebo się zrywa!
14 sierpnia 1918
Są na świecie kłosy pełne, są kłosy mizerne.
Wszystkie równo i niechybnie bije Boży cep.
Napotkałam raz żebraka na placu cerkiewnym:
Miał już ze sto lat z wyglądu - i prosił na chleb.
Siwa brodo! Zapomniałeś chyba, że za młodu
Powszedniejsze jest nieszczęście niż powszedni chleb.
Ty na starość prosisz, dziadku, ja - proszę na młodość...
- Wszystkich równo i niechybnie bije Boży cep!
5 sierpnia 1918
Na moją nędzną marność całą
Patrzysz, słowami nie szafując.
Tyś - kamień, a ja śpiewam śmiało,
Tyś - pomnik, a ja w dal szybuję.
Wiem, że najczulszy maj na ziemi
Wobec Wieczności - prochem ledwie.
Lecz ptakiem jestem - za złe nie miej,
Że prawo mi sądzone lekkie.
16 maja 1920