Prezentujemy zapis samopoczucia lewicowych polityków i intelektualistów. W sferze politycznych doświadczeń naszych dzisiejszych autorów dzieli wszystko. Bugaj jest zmęczonym rycerzem robotniczej sprawy, Miller politycznym graczem, który idee zawsze traktował jedynie jako instrumenty władzy, Sierakowski wyrazistym ideowcem, dumnym ze swojej ostrości. Walzer jest amerykańskim lewicowcem, który z dużą umysłową odwagą potrafił kolaborować z konserwatywnymi ideami, a Ost eks-romantykiem, który rozczarowany Ameryką znalazł lewicowy raj w ideach polskiej "Solidarności", a potem ze zgrozą obserwował, jak mieszkańcy raju z własnej woli go porzucają.
Te tak odmienne ideowe profile łączy zdumiewająco podobna emocja - silne, szczerze i głęboko przeżywane poczucie, że lewica jest nie tyle w dołku, co w zasadzie w ogóle nie istnieje. Że wyborcy o lewicowych przekonaniach mieszkają w świecie, który jest im obcy i na który nie mają żadnego wpływu. Bo ich polityczna reprezentacja porzuca swoje sztandary najpóźniej w dniu dojścia do władzy. Robi tak z wielu powodów - bo musi (Miller), bo tylko udaje lewicę (Bugaj), bo nie ma ideowej wyrazistości (Sierakowski) albo moralnej odwagi (Ost). Spór dotyczy jednak tylko przyczyn, nie zaś realności zjawiska.
Generalne niezadowolenie lewicowych elit można uznać za ekspresję maksymalizmu, który z natury ma problem ze spełnieniem. Jednak takie wyjaśnienie wydaje się zbyt łatwe. Frustracja po lewej stronie jest dziś na świecie zbyt powszechna, by uznać ją za złudzenie. Jeśli nawet jest ona bezzasadna, stanowi realny fakt. Pytanie tylko, czy jest to fakt politycznej natury? A zatem, czy jest to potrzeba, która szuka jeszcze politycznej ekspresji, czy też jest to już zwykła melancholia, forma cywilizacyjnej depresji poprzestającej na biernej rezygnacji.