Dziennik Gazeta Prawana logo

Bez prawa nie ma bogactwa

5 listopada 2007, 12:09
Ten tekst przeczytasz w 16 minut

Na pytania o przyczyny ekonomicznych niepowodzeń krajów słabo rozwiniętych nasz dzisiejszy rozmówca Hernando de Soto udziela następującej odpowiedzi: przyczyną jest brak ustalonych reguł ekonomicznej gry, brak czytelnych prawnych regulacji dotyczących własności, które umożliwiałyby inwestowanie i rozwijanie działalności gospodarczej. Tak często wskazywane "czynniki kulturowe" nie mają w tym kontekście większego znaczenia. Liczy się przede wszystkim to, czy prawne regulacje odzwierciedlają interes ogółu. Jeśli nie, działalność ekonomiczna przenosi się do szarej strefy, która w krajach słabo rozwiniętych obejmuje niekiedy ponad 90 proc. całej gospodarki. "Szara strefa skrywa gigantyczne bogactwo. Dysponując takim kapitałem, kraje Trzeciego Świata tak naprawdę nie potrzebują pomocy z zagranicy, żeby móc się rozwijać".

p

Przede wszystkim jedno: bez względu na położenie geograficzne, polityczne alianse czy tak zwane uwarunkowania kulturowe we wszystkich krajach rozwijających się dominuje sektor pozalegalny. W Peru, skąd pochodzę, działa w nim 97 proc. przedsiębiorstw. W Tanzanii, gdzie ostatnio prowadziliśmy badania, tylko 11 proc. nieruchomości ma uregulowany status prawny. Szara strefa skrywa gigantyczne bogactwo. Dysponując takim kapitałem, kraje Trzeciego Świata tak naprawdę nie potrzebują pomocy z zagranicy, żeby móc się rozwijać. W Egipcie nieruchomości bez hipotek warte są 250 miliardów dolarów. To 50 razy więcej niż wartość wszystkich zagranicznych inwestycji w tym kraju w ciągu ostatnich dwóch stuleci i 40 razy tyle, ile wyniosły wszystkie pożyczki udzielone Egiptowi przez Bank Światowy.

Prawa i instytucje krajów Trzeciego Świata i państw powstałych po rozpadzie Związku Sowieckiego nie są dostosowane do gospodarki rynkowej, która się w nich rozwija. Sprawnie funkcjonująca gospodarka rynkowa wymaga zestawu instytucji, które pozwalają na interakcje wielkiej liczby osób nieznających się osobiście. To właśnie przejście od społeczności zorganizowanych na małą skalę do społeczeństw zorganizowanych na wielką skalę stanowi istotę rewolucji przemysłowej. Jednak tak kolosalna przemiana zawsze niesie ze sobą ryzyko katastrofy. W Europie oznaczała parę stuleci wojen, z których dwie ostatnie ogarnęły również inne obszary świata. Na początku lat 40. wcale nie było pewne, czy faszyzm, komunizm i militaryzm nie wygrają starcia z kapitalizmem i demokracją. Wystarczyłoby, żeby Hitler odniósł jedno zwycięstwo więcej w Europie, a Japończycy na Pacyfiku... Mam nadzieję, że Trzeci Świat zdoła wypracować warunki dla trwałego pokoju i dobrobytu. Nie mam jednak pojęcia, jak długo to potrwa. Proces modernizacji będzie miał różny przebieg w różnych miejscach - tak samo, jak było do tej pory. Nie wszyscy w Europie rozwijali się w tym samym momencie. Anglia i Holandia były pierwsze, potem Niemcy. Szwajcaria stała się bogata całkiem niedawno. A kraje środkowoeuropejskie dołączają do klubu dopiero teraz.

Do pewnego stopnia. Z Jeffreyem Sachsem różni mnie podejście do pomocy zagranicznej. Jak już powiedziałem na początku naszej rozmowy, nie uważam jej za konieczną. Biedne kraje mają wystarczająco dużo własnych zasobów. Po drugie, mimo że badamy konkretne przypadki, jestem przekonany, że choroba trapiąca Trzeci Świat i dużą część świata postkomunistycznego jest jedna: to brak reguł. Gospodarka rynkowa opiera się na działaniu zgodnie z pewnymi regułami. Tymczasem większość ludności świata żyje w warunkach, w których reguły te nie są wystarczająco rozwinięte, nie są przestrzegane lub po prostu nie istnieją. To wielki problem, dotyczy pięciu z sześciu mieszkańców świata. W bogatych krajach, gdzie wolnorynkowe prawa i instytucje się rozwinęły, żyje tylko miliard ludzi. Na całym świecie jest nas 6 miliardów.

Sądzę, że modernizacja socjoekonomiczna i demokratyzacja istotnie idą w parze. I nie jest to wynik jakichś przypuszczeń, lecz obserwacji. Kiedy jeździłem po świecie - byłem w Afryce, Azji, dawnym Związku Sowieckim, Ameryce Łacińskiej - uderzyło mnie, że w najbiedniejszych grupach społecznych, żyjących poza oficjalnym systemem prawnym, działały zarówno rynek, jak i demokracja. Widziałem demokrację we wsiach, w slumsach, wśród grup sąsiedzkich, we wspólnotach lokalnych. Tam działa się przez pewien konsensus. Nie widziałem dyktatur na poziomie lokalnym ani w Peru, ani w Salwadorze, ani na Haiti, ani gdzie indziej.

Owszem, ale te napięcia istniały zawsze. Z podręczników historii dowiadujemy się na przykład, że w Japonii do roku 1945 obowiązywał system feudalny. To prawda, ale jedynie na poziomie nadbudowy. Na poziomie wiosek, osad i przysiółków odbywały się wolne wybory, dyskusje mieszkańców, ceny zależały wyłącznie od popytu i podaży, a nie od jakichś odgórnych ustaleń. Problemem nie są różnice między światem zwykłych ludzi a światem elit, lecz wiara, że ten drugi daje nam wystarczające narzędzia dla opisania i zrozumienia pierwszego.

Trudno jest udzielić dokładnej odpowiedzi na to pytanie, bo brakuje długoterminowych statystyk. Nasze własne badania obejmują jedynie ostatnie 20 lat, to zbyt mało, by formułować jakieś ogólniejsze prawa. Jest jednak jasne, że dla jednostek koszty działalności nielegalnej lub pozalegalnej są bardzo wysokie. Ludzie aktywni w szarej strefie nie mają nawet adresów, które zazwyczaj pomagają zdobyć zaufanie kontrahentów. Nie dysponują także prawnymi tytułami do swoich nieruchomości, co oznacza, że nie mają możliwości użycia ich jako zastawu przy zaciąganiu pożyczek w bankach. Nie mogą skorzystać z takich rozwiązań prawnych jak ograniczona odpowiedzialność czy podział kapitału przedsiębiorstwa na akcje. Prowadzenie interesów jest o wiele trudniejsze, jeśli nie ma się osobowości prawnej. Żyjąc w kraju rozwijającym się, mam bardzo ograniczoną możliwość interakcji i dokonywania podziału pracy. To jest jasne dla każdego ekonomisty. Mówiąc krótko: im mniej prawa, tym mniej możliwości specjalizacji. A im mniej specjalizacji, tym wyższe koszta. Chodzi tu nie tyle o liczbę aktów prawnych, ile o ich jakość i o to, czy są przestrzegane. Kraje Trzeciego Świata mają te same kodeksy i statuty, co Zachód. Prawdę mówiąc, skopiowaliśmy je. Uczęszczamy na zachodnie uniwersytety i wiemy to samo, co wiedzą ludzie z Zachodu. Nasze gospodarki nie są jednak równie efektywne. Potrzebujemy działającego prawa, bo gdy go nie ma, szara strefa rośnie, a ludzie pozostają biedni mimo niezwykle ciężkiej pracy.

Jak łatwo możemy zauważyć, nie miał racji, twierdząc, że wewnętrzne sprzeczności kapitalizmu muszą nieuchronnie prowadzić do jego upadku. Zbyt mało uwagi poświęcił także kwestiom prawnym, które uznał za część nadbudowy, a więc za rzecz nieistotną. Tymczasem, jak widać na przykładzie Europy w ostatnim półwieczu, wielu napięć i zagrożeń można było uniknąć właśnie dzięki umowom, porozumieniom i wzajemnym zobowiązaniom. Jeszcze 60 lat temu Europejczycy walczyli ze sobą na śmierć i życie. Dziś UE pokazuje, do jak wielkich zmian może doprowadzić mądrze wynegocjowane i przestrzegane przez wszystkie strony prawo. Marks nie przewidział także, że kapitalizm może być inkluzywny i że lewica - która wyrosła z marksizmu - może przyczynić się do tej inkluzywności.

Choćby w tym, że w swych analizach opierał się na kategoriach klasowych. Klasy społeczne naprawdę istnieją. Problemy, wobec których stoi Ameryka Łacińska, kraje byłego ZSRS i Trzeci Świat, nie mogą być wyjaśnione bez użycia kategorii klasowych. Do tłumaczenia zamętu na Bliskim Wschodzie i wśród muzułmańskich imigrantów w Europie używa się zazwyczaj Koranu. Jego treść nie wyjaśnia jednak równie dużo, co różnice poziomu dochodów. Pewne rzeczy, którymi Marks zajmował się tylko powierzchownie, również pozostają istotne. Na przykład ciągle czerpiemy z teorii wartości dodanej. Pomimo braków tej teorii ciągle nie mamy niczego lepszego.

Silniejsi gracze na rynku są zdolni akumulować zasoby i osiągać dominującą pozycję dlatego, że pozwala im na to prawo. Jeśli chcemy ograniczyć te procesy, powinniśmy zmienić prawo. Również włączanie określonych grup społecznych do wspólnej sfery dobrobytu jest kwestią regulacji. W ogóle życie społeczne - a więc również gospodarcze - opiera się na konwencjach i umowach. Kapitał i wartość są niematerialne. Nie da się ich zamknąć w klatce ani w sejfie.

Nie były, bo nie odzwierciedlały interesów ogółu. W ponad 98 proc. przypadków zostały przyjęte nie przez parlament, lecz przez różne organa władzy wykonawczej. W rezultacie broniły one interesów wąskich grup zawodowych i społecznych, czasami wręcz poszczególnych przedsiębiorstw. Aby gospodarka mogła się rozwijać, prawne regulacje nie mogą służyć żadnej uprzywilejowanej politycznie grupie. Nikt nie był w stanie kontrolować tego, co robiła władza wykonawcza. Jedną z rzeczy, których zacząłem się wtedy domagać, było wprowadzenie jakichś mechanizmów kontroli - zwłaszcza że wiele mówiono wówczas o demokratycznym kontrolowaniu tego, co działo się w parlamencie. W Ameryce Łacińskiej zmierzamy co prawda w kierunku zwiększenia kontroli ze strony obywateli, lecz proces ten jest bardzo powolny. Jak dotąd zyskaliśmy prawo wybierania naszych dyktatur. Co 4-5 lat wybieramy osobę, która może potem robić, co jej się żywnie podoba. Mimo że w wielu krajach rozwijających się wprowadzono demokratyczne wybory, lokalne elity zdołały uzyskać kontrolę nad nimi i utrzymać wyłączny wpływ na proces polityczny. W wielu przypadkach nie wynika to z żadnych diabolicznych intencji, lecz po prostu z braku zaufania wobec własnych społeczeństw. Zawsze, gdy ktoś w Ameryce Łacińskiej próbuje wprowadzić większościową ordynację wyborczą, wybucha panika. "Chcesz, żeby ludzie, którzy nie potrafią pisać i czytać, kontrolowali proces polityczny"? Odpowiadam: "Tak, chcę, by kontrolował was zdrowy rozsądek". Bo nawet ludzie, którzy ledwo piszą i czytają, którzy mają za sobą tylko pięć lat szkoły, potrafią odróżnić łajdaka od przyzwoitego człowieka.

Ogromne rozmiary pozalegalnej gospodarki na pewno stanowią bodziec do reformy - żaden rząd nie jest skłonny tolerować sytuacji, w której nie ma kontroli nad tak znaczną sferą rzeczywistości. Życie w sektorze pozalegalnym wcale nie jest komfortowe, więc może znaleźć się ktoś, kto wykorzysta społeczne niezadowolenie, tak jak niedawno zrobił to Hugo Chávez, a przed nim Fidel Castro. Chávez jest tu interesującym przypadkiem, bo skutecznie udało mu się osłabić partie polityczne, które były zdominowane przez elity. Przy okazji jednak osłabił także samego siebie, przez co pozbawił się zdolności dokonania trwałych zmian. Samo zniszczenie niedemokratycznych struktur nie wystarcza bowiem do stworzenia rzeczywistej demokracji. Sądzę jednak, że w końcu pojawi się ktoś, kto dokona obu rzeczy: rozbije istniejące patologie i zamiast rządu-układu służącego tylko własnym interesom zbuduje nowe instytucje, które pozbawią władzy elity, w tym również jego samego. Wszędzie, gdzie powstaje prawdziwa demokracja, dzieje się tak dzięki ludziom obdarzonym wizją i cechującym się bezinteresownością. Pamiętajmy też, że dobre wzorce są zaraźliwe. W Europie wystarczyło, by demokracja zapanowała w Holandii i Wielkiej Brytanii, aby nastąpił efekt domina. W Ameryce Łacińskiej podobną rolę mogło odegrać Chile Pinocheta, lecz zabrakło mu moralnego mandatu do kontynentalnego przywództwa, nie mówiąc już o tym, że sam Pinochet był skorumpowany. Dlatego, mimo że jego reformy zostały w samym Chile zaakceptowane nawet przez socjalistów, nikt w regionie nie chce ich naśladować. Musimy jeszcze trochę poczekać.

To nie jest zaklęty krąg. Po prostu jak na razie mamy zbyt mało przywódców odpowiedniego formatu. Mimo wszystko nie drepczemy w miejscu. Odsetek analfabetów znacznie zmniejszył się w ciągu ostatnich 50 lat. Średnia długość życia wzrosła z około 35 do ponad 70 lat. Mniej jest chorób. Na poziomie jednostkowym sytuacja uległa w wielu dziedzinach znaczącej poprawie. Ameryka Łacińska nie doświadczyła nagłego skoku, jaki był udziałem wielu innych części świata, ale nie było w niej także tylu wojen i innych dramatycznych wydarzeń jak np. w Europie. Są też inne powody do optymizmu. Od kilkunastu lat Chile rządzone jest przez koalicję socjalistów i lewicujących chrześcijańskich demokratów, którzy trzymają się najbardziej konserwatywnych rozwiązań w polityce gospodarczej. Oznacza to, że można połączyć współczucie dla biednych i równościowe programy społeczne z rozwojem ekonomicznym. Kiedy wróciłem z Europy w roku 1979, pomysł prowadzenia restrykcyjnej, nieinflacyjnej polityki gospodarczej stanowił tabu. "Kapitał" był również zakazanym słowem. Teraz każdy walczy z inflacją i myśli, jak sprawić, by kapitał był bardziej dostępny dla biednych. Wszystko się zmienia. Nie tak radykalnie, jak bym chciał, ale jednak na lepsze.

Jestem przeciwny mówieniu, że kultura determinuje potencjał ekonomiczny. To, że ktoś jest Niemcem, Włochem, Eskimosem lub Polakiem, nie oznacza, że musi żyć w kapitalizmie lub socjalizmie. Geny i kultura nie przesądzają o naszych ekonomicznych zdolnościach i dobrobycie. Zawsze, gdy ktoś mówi: "Popatrz, co dzięki protestantyzmowi stało się w Europie", odpowiadam: "Spójrz na Wenecję i Florencję". Dlaczego niby katolicyzm miałby być nie do pogodzenia z kapitalizmem i rozwojem? Jest też jasne, że japońska gospodarka rynkowa jest odmienna od zachodniej, ale to nie znaczy, że nie może dobrze działać.

Gdy prowadziliśmy badania w Egipcie, usłyszeliśmy, że nie istnieje tam system kredytów hipotecznych i że nie ma potrzeby wprowadzania go, bo nie zostałby zaakceptowany przez ludzi. Wierzyliśmy w te zapewnienia do czasu, gdy nie odwiedziliśmy więzienia. Okazało się, że większość osadzonych trafiła tam za długi i za to, że nie sprzedali swoich domów, by je spłacić. Jestem pewien, że gdyby kredyty hipoteczne istniały, nie byłoby tak wielu ludzi w więzieniach. W Egipcie, o ile sami nie zdecydują się sprzedać swoich domów, karze się ich więzieniem. Na tym tle przykład Chin rzeczywiście wydaje się zagadkowy. Ale naprawdę wątpię, by ktokolwiek pożyczał komukolwiek pieniądze bez jakiegoś zabezpieczenia, że otrzyma je z powrotem. To musi w dłuższej perspektywie ograniczać możliwości rozwoju.

Zarówno Chiny, jak i Indie mają te same problemy, co reszta państw rozwijających się. To prawda - ich legalne gospodarki przeżywają rozkwit. Jednak z indyjskich statystyk, które niedawno widziałem, wynika, że Bangalur i inne ośrodki zaawansowanych technologii obejmują jedynie 10 proc. kraju. Według innych danych tylko co dziesiąte przedsiębiorstwo działa legalnie. 93 proc. małych firm prowadzonych przez kobiety nie jest zarejestrowanych. Innymi słowy, w indyjskim sukcesie uczestniczy tylko 10 proc. tamtejszego społeczeństwa. To dużo ludzi - mniej więcej tyle samo, ile mieszka w sumie w Polsce i w Niemczech. Setki milionów Hindusów żyją jednak poza oficjalnym obiegiem gospodarczym i nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jak się im naprawdę powodzi. W Chinach rozwój dokonuje się głównie na wybrzeżu, w Szanghaju, Kantonie i Pekinie. To w sumie 250 milionów ludzi. Może 300 milionów. Co dzieje się z pozostałym miliardem? Jak wygląda sytuacja na zachodzie kraju? Wiemy - a są to oficjalne dane ogłoszone przez chiński rząd - że tylko w 2005 roku doszło do 85 tysięcy lokalnych buntów, w których tłumieniu udział wzięła policja. Jak na razie Chiny i Indie upodabniają się nie do Zachodu, lecz do Ameryki Łacińskiej. 10-20 proc. ludności żyje bardzo wygodnie. Pozostałe 80 proc. jest coraz bardziej niezadowolone - w miarę jak dostrzega dystans narastający między nimi a uprzywilejowaną grupą.

p

, ur. 1941, powszechnie uważany za najwybitniejszego latynoamerykańskiego ekonomistę, czołowy przedstawiciel współczesnego instytucjonalizmu - szkoły myśli ekonomicznej, według której sposób organizacji społeczeństwa ma kluczowe znaczenie dla jego rozwoju gospodarczego. W latach 90., doradzając prezydentowi Albertowi Fujimoriemu, doprowadził do skutku szereg liberalnych reform ekonomicznych w rodzinnym Peru. Był także szefem tamtejszego banku centralnego. Stworzony przez de Soto Instytut Wolności i Demokracji (ILD) doradzał rządom krajów rozwijających się na całym świecie. Autor książek m.in. "Inny Szlak" (wyd. pol. 1991) i "Tajemnica kapitału" (wyd. pol. 2002).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj