p
Roger Scruton*
Kryzys holenderskiego multikulturalizmu
Termin "islamofaszyzm” wprowadził francuski autor Maxime Rodinson (1915–2004) na opisanie rewolucji irańskiej z 1978 roku. Rodinson był marksistą, który nazywał "faszystowskim” każdy ruch niebudzący jego aprobaty. Powinniśmy jednak być mu wdzięczni za wymyślenie słowa, które pozwala ludziom lewicy potępić naszego wspólnego wroga. W końcu inni francuscy lewicowcy - na przykład Michel Foucault - powitali rewolucję irańską jako interesującą rozrywkę zagrażającą interesom kapitalistycznego Zachodu. Dopiero teraz ludzie lewicy mogą przyznać, że są obiektem ataku na równi z wszystkimi innymi mieszkańcami krajów zachodnich w wojnie, której celem jest wywołanie globalnego chaosu. Słowo to chwyciło także z tego powodu, że pozwala w dogodny sposób zakomunikować, iż nie jest się przeciwko islamowi, a tylko przeciwko jego wypaczaniu przez terrorystów. Rodzi to jednak pytanie, czy terroryzm rzeczywiście jest tak bardzo obcy islamowi, jak wszyscy chcielibyśmy wierzyć. Mimo swoich prokomunistycznych sympatii Rodinson był pokojowo usposobionym człowiekiem, który przez 7 lat uczył w muzułmańskiej szkole w Libanie i napisał biografię Mahometa, w której prorok jest przedstawiony jako łagodny w obejściu człowiek walczący o sprawiedliwość społeczną. Biografia ta została potępiona przez władze egipskie jako obraza islamu oraz wycofana z programu nauczania na Uniwersytecie Amerykańskim w Kairze i od tego czasu jest dziełem zakazanym w krajach muzułmańskich. Ta łatwość obrażania się to jeszcze nie terroryzm - aczkolwiek jest ona świadectwem głębokiego poczucia niepewności muzułmanów w nowoczesnym świecie. Wszyscy czujemy, że w obecności islamu musimy zachowywać się ostrożnie, jakbyśmy mieli do czynienia z niebezpiecznym zwierzęciem. Koranu nie wolno kwestionować, islam należy określać jako religię pokoju - czyż nie takie jest znaczenie tego słowa? - zaś żarty z proroka to absolutne tabu. Jeśli w rozmowie pojawi się wątek religii muzułmańskiej, najlepiej grzecznie się oddalić, przepraszając przy tym pokornie za krucjaty. W Europie to obchodzenie się z islamem jak z jajkiem jest teraz przekuwane na przepisy prawa - "islamofobia” już jest przestępstwem w Belgii, a różne organizacje na całym kontynencie cenzurują wszystko, co mogłoby urazić muzułmanina, łącznie z takimi artykułami jak ten. Większość europejskich muzułmanów nie aprobuje terroryzmu, ale większości bywają różne. Zgodnie z niedawnym sondażem aż jedna czwarta brytyjskich muzułmanów uważa, że zeszłoroczne londyńskie zamachy bombowe były uprawnioną odpowiedzią na "wojnę z terrorem”. W publicznych oświadczeniach muzułmańskich przywódców islamistyczny terroryzm jest godną ubolewania, ale zrozumiałą reakcją na błędną politykę Zachodu. Mrożące krew w żyłach wypowiedzi duchownych wahabickich, od czasu do czasu cytowane przez prasę, nie dają się łatwo pogodzić z ideą islamu jako "religii pokoju”. Wszystko to rodzi pewien sceptycyzm wśród zwykłych ludzi, których "rasistowskie” lub "ksenofobiczne” uprzedzenia są potępiane przez media jako prawdziwa przyczyna niezadowolenia muzułmanów.
Oczywiście nie powinno się lekkomyślnie urażać przedstawicieli innych religii. Należy uszanować przekonania innych, jeśli nie stwarzają one zagrożenia dla porządku publicznego. Powinniśmy traktować mieszkających na Zachodzie muzułmanów z tolerancją i sąsiedzką życzliwością, którą - mamy nadzieję - odwzajemnią. Ale niedawne wydarzenia wzbudziły w ludziach wątpliwość, jakie jest właściwie stanowisko muzułmanów w tych kwestiach. Chociaż "islam” ma ten sam źródłosłów co "salaam”, nie znaczy "pokój”, lecz "podporządkowanie się”. I chociaż Koran mówi nam, że w sprawach religii nie będzie przymusu, niezbyt przychylnie traktuje tych, którzy odmawiają podporządkowania się woli bożej. W najlepszym razie mogą liczyć na ochronę prawną ("dimma”), jednak wynikające z niej przywileje trzeba okupić wysokimi podatkami i upokarzającymi rytuałami poddaństwa. Co się tyczy apostatów, publiczne wyrzekanie się wiary muzułmańskiej jest dzisiaj równie niebezpieczne jak w czasach proroka. Nawet jeśli nie można być zmuszonym do przyjęcia wiary, z pewnością można zostać zmuszonym do jej zachowania. A gniew, z jakim muzułmańskie osoby publiczne reagują na każdą próbę podważenia, ośmieszenia lub zmarginalizowania ich religii, jest tak samo zajadły jak ten, który motywował zabójcę Theo van Gogha. Zwykłym chrześcijanom, którzy na co dzień spotykają się z kpiną i sceptycyzmem, trudno jest oprzeć się wrażeniu, że muzułmanie za dużo protestują oraz że rany, które ostentacyjnie pokazują światu, w większości zadają sobie sami.
Dostrzeganie tych faktów nie oznacza rezygnacji z nadziei na tolerancyjny islam, ale jedna rzecz wymaga wyjaśnienia. Chrześcijanie i żydzi dziedziczą długą tradycję świeckich rządów, zapoczątkowaną w czasach Cesarstwa Rzymskiego i odnowioną przez oświecenie: społeczeństwa ludzkie powinny rządzić się prawami ludzkimi, a prawa te muszą mieć pierwszeństwo przed edyktami religijnymi. Podstawowym obowiązkiem obywateli jest posłuszeństwo wobec państwa. To, co robią ze swoimi duszami, jest sprawą między nimi a Bogiem. Wszystkie religie muszą się podporządkować suwerennej władzy, jeśli mają funkcjonować w obrębie jej jurysdykcji. Imperium osmańskie wypracowało systemy prawne, które w jakiejś mierze powielały tę mądrą zasadę, ale po jego rozpadzie sekty muzułmańskie zbuntowały się przeciwko tej idei, ponieważ najwyższym prawem był dla nich szariat. Egipski pisarz i duchowy przywódca Bractwa Muzułmańskiego Said Qutb posunął się do tego, że uznał wszelkie świeckie prawo za bluźnierstwo. Śmiertelnicy, którzy tworzą prawa, uzurpują sobie władzę przysługującą tylko Bogu. I chociaż niewielu muzułmańskich przywódców publicznie popiera pogląd Qutba, równie niewielu publicznie się od niego odżegnuje. To, co dla nas jest dowodem na fanatyzm i megalomanię Qutba, dla wielu muzułmanów świadczy o jego pobożności.
Kiedy myślę o tym wszystkim, przypomina mi się pewien szczególny przymiot religii chrześcijańskiej, zauważony przez Kierkegaarda i Hegla, ale dzisiaj rzadko przywoływany, a mianowicie to, że przepaja ją duch ironii. Ironia oznacza zaakceptowanie "innego” jako kogoś różnego od nas. Ironia ta kazała Chrystusowi oświadczyć, że jego „królestwo nie jest z tego świata”, nie da się go osiągnąć drogą polityczną. Tego rodzaju ironia jest bardzo odległa od pozbawionych humoru zaklęć Koranu. A przecież ta postawa ironii jest punktem wyjścia dla każdych prawdziwych negocjacji, dla każdej propozycji pokojowej, dla każdego aktu akceptacji innego. Według mnie najlepszym rozwiązaniem byłoby sprzyjanie wykształceniu się ironicznego islamu, takiego, jaki znajdujemy w filozofii Awerroesa, poezji perskiej i "Baśniach z tysiąca i jednej nocy”. Powinniśmy również propagować dowcipy etniczne i religijne, które w czasach sprzed politycznej poprawności w tak dużym stopniu przyczyniały się do rozładowywania napięcia. I może któregoś dnia na twarzy jakiegoś purytańskiego mułły wykwitnie niepewny uśmiech i negocjacje nareszcie będą mogły się rozpocząć.
Roger Scruton
przeł. Tomasz Bieroń
p
*Roger Scruton, ur. 1944, filozof. Założyciel Conservative Philosophy Group, której działalność wpłynęła na zmianę klimatu opinii publicznej w Wielkiej Brytanii w latach 70. i 80. Spośród licznych jego książek w Polsce wydano m. in.: „Intelektualiści nowej lewicy”, „Przewodnik po filozofii dla inteligentnych”, „Co znaczy konserwatyzm”, „Zachód i cała reszta”. W „Europie” nr 35 z 2 września br. opublikowaliśmy jego tekst „Islam, Europa, Fukuyama i koniec historii”.