Policjanci nie dowierzali własnym uszom. Tajemniczy mężczyzna zadzwonił na komisariat, grzecznie się przedstawił, a potem groźnym głosem powiedział, że podłożył bombę w łódzkim szpitalu. Złapanie go to była bułka z masłem.
Mundurowi nawet specjalnie się nie natrudzili. Wystarczyło wziąć książkę telefoniczną, poszukać nazwiska "zamachowca" i pojechać pod jego adres. Niedoszły terrorysta nie potrafił powiedzieć policjantom, jak wpadł na tak idiotyczny pomysł i dlaczego przedstawił się przez telefon. Teraz trzeźwieje w policyjnej izbie zatrzymań.
Bo alarm oczywiście okazał się fałszywy. Szpitala nie trzeba było ewakuować.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|