Mundurowi nawet specjalnie się nie natrudzili. Wystarczyło wziąć książkę telefoniczną, poszukać nazwiska "zamachowca" i pojechać pod jego adres. Niedoszły terrorysta nie potrafił powiedzieć policjantom, jak wpadł na tak idiotyczny pomysł i dlaczego przedstawił się przez telefon. Teraz trzeźwieje w policyjnej izbie zatrzymań.
Bo alarm oczywiście okazał się fałszywy. Szpitala nie trzeba było ewakuować.