Dziennik Gazeta Prawana logo

Jak bronić się przed "układem"

5 listopada 2007, 12:10
Ten tekst przeczytasz w 16 minut

W "Europie" nr 38 z 23 września br. opublikowaliśmy teksty Jarosława Kaczyńskiego, Rafała Matyi, Pawła Śpiewaka i Andrzeja Zybertowicza poświęcone fenomenowi układu. Dziś o układzie piszą Jan Rokita i Andrzej Rychard. Zjawisko koterii, nieformalnych związków i "układów" jest tak stare jak sama demokracja - zauważa Jan Rokita. I choć nigdy nie uda się go całkowicie wyeliminować, nie oznacza to, że nie należy z nim stanowczo walczyć. Stanowi ono bowiem śmiertelne niebezpieczeństwo dla demokratycznego ładu, czyni z niego bezwartościową fasadę, w której spory i argumenty maskują jedynie ukrytą grę sił. W warunkach polskich mamy do czynienia z koteriami politycznymi (w obrębie partii i ugrupowań), administracyjnymi (w obrębie pewnych segmentów państwa), gospodarczymi i środowiskowymi. Dystrybuowanymi w ich obrębie przywilejami mogą być korzyści ekonomiczne, ale także informacje, znajomości, a przede wszystkim władza i wszelkie jej atrybuty.

p

W "Żywotach" Plutarch sporo miejsca poświęca przyczynom głośnego u początku V wieku przed Chrystusem konfliktu dwóch wybitnych obywateli Aten: Arystydesa z Temistoklesem. Arystydes - polityczny samotnik - "trzymał się statecznie sprawiedliwości w mowie i czynach". Temistokles - przeciwnie - "układny, śmiały i obrotny", zasłynął z zakładania nieformalnych i niejawnych związków ateńskiej młodzieży, wspierającej się w skutecznym robieniu życiowych karier. Plutarch uważa za celowe przytoczyć taki dialog obu mężów: Arystydes: "Dobrze będziesz rządził w Atenach, jeśli dla wszystkich będziesz jednako przystępny i sprawiedliwy". Temistokles: "Uchowaj Boże, żebym ja kiedy tam siedział, gdzie by więcej korzystali obcy, niźli moi koledzy". Dzięki Plutarchowi wiemy to z całą pewnością: 2,5 tysiąca lat temu demokracja europejska rodziła się razem ze swoją ciężką i trudno usuwalną chorobą. Tą chorobą był układ.

Zygmunt Kubiak wiąże rozkwit nieformalnych związków w Atenach z triumfem demokratów Peryklesa i obwinia o ich podsycanie wspieranie emigranta Alkibiadesa. Na określenie takich związków używano wówczas nazwy "hetaireia", co Kubiak tłumaczy jako "towarzystwo". Widać jak mało odkrywczy byliśmy wtedy, gdy tego właśnie słówka użyliśmy, opisując współczesny polski fenomen afery Rywina. Dawniejsza literatura klasyczna (np. Tadeusz Sinko) tłumaczy owe nieformalne "hetaireiai" jako "heterie". I tak stoimy już u źródeł politycznej koterii, czy, jak mawia się czasem bardziej dosadnie - sitwy.

Kilka dni temu podczas debaty europejskiej w Krakowie ambasador RP w Paryżu zaskoczył nieco uczestników relacją z dialogu, jaki zdarzyło mu się odbyć z jednym z członków francuskiego rządu. Ambasador chciał dojść faktycznych mechanizmów tak stanowczego sprzeciwu Francji wobec uwzględnienia w konstytucji europejskiej dość oczywistych historycznie zapisów o chrześcijańskich korzeniach Europy. "To, na co się zgodziliśmy - to maksimum, jakie wynegocjowaliśmy z klubami masońskimi" - odparł minister. Demokracja V Republiki słynie z rozległej sieci "heterii" - osiągnięte w nich porozumienia decydująco wpływają na kształt decyzji formalnie zapadających w konstytucyjnych organach państwa.

Warto ze względu na intelektualną higienę być w pełni świadomym pewnej prawdy. Koteria nie jest ani zjawiskiem typowo polskim, ani typowo postkomunistycznym. Od Aten Peryklesa po Paryż Chiraca demokracja jednocześnie walczy z koteriami i pozostaje pod ich wpływem. I jeśli demokracja tej walki nie podejmuje - wówczas marnieje, przekształca się w swoją własną atrapę, a w końcu może zginąć.

Co sprawia, że dobra demokracja musi prowadzić ciągłą walkę ze zjawiskiem koterii? Dzieje się tak za sprawą samej natury koterii, która zachowuje się jak rdza na demokratycznych instytucjach. Warto przyjrzeć się przez moment owej naturze. Koteria po pierwsze istnieje dzięki temu, że więzi, jakie wytwarza między ludźmi, noszą charakter nieformalny. Koteria nie toleruje procedur. Procedura jest bowiem z natury rzeczy zdefiniowana, jawna i formalna. Układ zaś nie podlega zdefiniowaniu, ponieważ jest skryty i nieformalny. Dlatego zresztą opisanie jego aktywności i przejawów pozostaje w praktyce zadaniem tak trudnym do wykonania. Decyzja, która wynika z układu, nie poddaje się kontroli ani szczegółowemu badaniu. Nie wiadomo, kto dokładnie ją podjął, nieznany jest czas i miejsce, w którym zapadła. Koterię można czasem nakryć na gorącym uczynku, tak jak komisja ds. afery Rywina nakryła panie "poprawiające" przy towarzyskim stoliczku i kawie rządowe decyzje w kwestii ustawy o radiofonii i telewizji. Ale jej mechanizmu nie można precyzyjnie opisać. To bowiem, co skryte i nieformalne, nie poddaje się niestety racjonalnej precyzji opisu.

Z tego wynika - po drugie - że w naturze koterii leży zmienianie widocznego porządku "oficjalnego" w porządek fikcji. Instytucje udają, że podejmują podjęte już przecież decyzje. Toczy się jakaś debata, ale argumenty w niej podnoszone mają li tylko teatralne znaczenie. Oznacza to, że kluczowa dla demokratycznej polityki kwestia ustroju traci swoje polityczne znaczenie. Przestają się liczyć konstytucje, statuty i regulaminy. Przestają się zatem liczyć prawa. Pojawia się zjawisko konstytucyjnego relatywizmu - tak jak we współczesnej polskiej polityce. Kiedy niedawno zmieniano zasadniczo kształt ustrojowy Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, nikt nawet nie udawał, że przedstawia jakąś argumentację w sprawie dobrych i złych stron różnych modeli nadzoru nad rynkiem mediów. Likwidowano dawny ustrój i wprowadzano nowy, mając na uwadze jedynie to, jak najskuteczniej rozciąć dotychczasową pajęczynę nieformalnych powiązań i jak w najsprawniejszy sposób zarzucić nową sieć. Naturą koterii jest więc przekształcanie instytucji i tworzących je praw w drugorzędne "fasady" i absolutna koncentracja na polityce prowadzonej na "tyłach". A przecież w Europie co najmniej od czasów Arystotelesa wiemy, że tylko realność instytucji i stojących za nimi praw może stanowić na tym świecie jakąś gwarancję obywatelskiej wolności. "Bo wolność będzie prawem, a prawo wolnością" - za pomocą takiego właśnie poetyckiego skrótu opisano kiedyś demokratyczny ideał państwa.

Ale jak słusznie i z emfazą powiedział Temistokles - ostatecznym sensem koterii jest korzyść. "Więcej dla kolegów niźli dla obcych" - oto sedno każdego układu. Tak więc - po trzecie - naturą koterii jest jakiś przywilej, jakaś forma nierówności. To właśnie ów przywilej, właściwe ludzkiej ambicji pragnienie bycia "równiejszym" pośród równych, popycha człowieka do wiązania się z koterią. Często bywa to po prostu przywilej statusu, dającego poczucie przynależności do wpływowej i kształtującej opinię publiczną grupy. Tę pretensję formułowano w Polsce wielekroć z niezwykle silną zawiścią wobec tzw. "środowiska >>Gazety Wyborczej<<". Przywilejem może być dostęp do wiedzy, zwłaszcza do wiedzy o planowanej lub podjętej intrydze personalnej. Ten typ przywileju wytwarza często koterie wokół liderów partii politycznych. Wreszcie przywilej często bywa po prostu materialny: koteria administruje i dystrybuuje jakieś dobra. Taki mechanizm mogliśmy obserwować choćby w przypadku słynnego "układu warszawskiego". W skrajnych przypadkach dystrybucja przywilejów przeradza się w korupcję prowadzącą do przestępstwa. Ale wtedy nie mamy już w istocie do czynienia z koterią. To jest już moment, w którym na scenie pojawia się zupełnie inny byt polityczny: mafia in statu nascendi.

Zagrożenie ładu demokratycznego przez koterię ma zatem trojaką przyczynę. Ład demokratyczny żywi się jawnością i dlatego potrzebuje do istnienia jawnych i formalnych procedur, koteria zaś jest zawsze skryta i nieformalna. Ład demokratyczny buduje się poprzez rzeczywiste doskonalenie praw i instytucji, w ten sposób chroniąc wolność, tymczasem koteria niczym rdza zżera i prawa, i instytucje, a nadając im czysto fasadowy charakter zagraża wolności. Wreszcie, ład demokratyczny potrzebuje równości i znosi przywileje. Koteria istnieje tylko dzięki temu, że potrafi "równiejszym" zapewnić korzystanie z przywilejów. Oto trzy powody, dla których musimy zetrzeć się z koterią.

Rozeznanie w polskiej rzeczywistości każe sądzić, że cztery typy koterii stwarzają dzisiaj istotne zagrożenie dla jakości polskiego ładu demokratycznego. Koteria polityczna pojawia się w państwie albo w partii politycznej wtedy, gdy cele stawiane instytucjom państwowym albo aparatowi partyjnemu są odmienne od oficjalnie deklarowanych, zaś krąg adresatów tych celów jest niejawny i nieformalny. Definicja koterii politycznej jako "grupy trzymającej władzę", przypadkowo stworzona kiedyś przez Lwa Rywina, jest uderzająco trafna.

Deklarowana polityka ścigania przestępców może posłużyć jako fasada dla planu kompromitacji politycznej konkurencji. Ułaskawienia mogą stać się zasłoną dla chronienia ludzi finansujących kampanie polityczne. Nominacje mogą ukrywać proceder spłacania towarzyskich albo finansowych zobowiązań. Fasada decyzji politycznych może chronić tajne przedsięwzięcia biznesowe planowane przez ludzi władzy i niszczące dla uczciwej konkurencji na rynku. W partiach politycznych mechanizm ten przybiera kształt "dworu" aktywistów, uniemożliwiającego wywieranie wpływu na politykę osobom z nim niezwiązanym - "ludziom luźnym". Tak powstają "partie wewnętrzne".

Koteria administracyjna skoncentrowana jest na panowaniu nad jak najszerszym obszarem dystrybucji dóbr i przywilejów udzielanych przez jakiś segment państwa. Dobrem szczególnie pożądanym jest wpływ na przetargi publiczne. Radykalne ograniczenie wielkości zamówień publicznych, dla których wymagany jest przetarg nieograniczony, istotnie ułatwiło działalność koterii na tym polu. Ale funkcję przywileju często pełni także po prostu prestiż wynikający z dostępu do władzy, a co za tym idzie możliwość "załatwiania" rozmaitych spraw. Przywilejami bywają całkiem drobne korzyści: wyjazdy służbowe, diety, a niekiedy nawet dostęp do udziału w życiu towarzyskim. W instytucjach samorządowych funkcję beneficjum pełni możliwość zostania radnym. W warunkach złej sytuacji na rynku pracy bardzo częstym rodzajem przywileju jest po prostu własne zatrudnienie i możliwość zatrudnienia swojego kolegi. To nie przypadek, że współczesny hymn polskiej koterii: "Chwała nam i naszym kolegom! Ch... precz!" wyśpiewał niskiej rangi funkcjonariusz SLD, próbujący załatwić posadę w telewizji swojemu koledze, bezrobotnemu byłemu wiceministrowi. Pod tym względem miejscem szczególnie narażonym na ofensywę koterii są państwowe agencje i fundusze (np. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska, Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, a przede wszystkim Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa). Dzieje się tak, ponieważ nie istnieje w nich faktycznie mechanizm kontroli celowości wydatków, a pensje nawet na niskich stanowiskach - są znacząco wyższe niż w "normalnej" administracji. Oczywiście osłabienie służby cywilnej spełniło dziś rolę otwartego zaproszenia do wzmocnienia pozycji koterii administracyjnych. Na skutek w postaci kolejnego pogorszenia jakości administracji nie trzeba będzie zapewne długo czekać.

Coraz bardziej destrukcyjną rolę pełni też niestety koteria gospodarcza. Jej istotą jest mechanizm grupowej kolonizacji spółek i przedsiębiorstw podporządkowanych władzom publicznym. Firmy te coraz częściej traktowane są przez swoich szefów i nadzorców jako teren podbity, na którym trzeba - niemal siłą - utrzymywać się tak długo, jak to możliwe, i wyssać z nich maksymalną ilość dóbr i przywilejów w sposób, który w przyszłości pozwoli uchronić się przed więzieniem. Szkody czynione przez koterie gospodarcze są tym dotkliwsze, że nie tylko zmniejszają konkurencyjność polskich firm, czasem doprowadzając je - wespół z lokalnymi działaczami związkowymi - do ruiny, ale na dodatek rujnują moralne podstawy polskiego kapitalizmu. W ostatnich miesiącach rzeczy mają się w tym zakresie coraz gorzej.

Kłopotem jest wreszcie w dzisiejszej Polsce koteria środowiskowa. Jej symbolem stali się - może nie całkiem słusznie - adwokaci, walczący o ograniczenie otwarcia swojego zawodu dla młodych prawników. Istotą koterii środowiskowej jest ukryta zmowa, która, udając z reguły obronę jakichś wartości życia publicznego, ma na celu zablokowanie rozwoju konkurencji, najczęściej ze względu na interesy materialne. Szczególnie dogodnym polem stała się dla różnych koterii środowiskowych walka o zalegalizowanie przez państwo monopolistycznych samorządów zawodowych i jednoczesne wprowadzenie zasady "numerus clausus" dla tych, którzy mogą ubiegać się w przyszłości o uprawnienia zawodowe. Najczęściej przywoływaną fasadą argumentacyjną jest tu "konieczność podwyższania standardów profesjonalnych".

Oczywiście nigdy nie zbudujemy idealnego państwa, w którym skryta i nieformalna więź między ludźmi przestałaby odgrywać jakąkolwiek rolę w życiu publicznym. Zwłaszcza w Polsce, czyli kraju, w którym głęboko zakorzenione jest społeczne przekonanie, iż znajomość ludzi jest do życia znacznie bardziej potrzebna niż wiedza o działaniu instytucji. Zresztą być może w takim idealnym państwie rzeczywiście nie dałoby się żyć. Faktem jest jednak, że "czerwona pajęczyna", którą dawni komuniści opletli polskie życie publiczne i gospodarcze po oddaniu władzy - dotkliwie popsuła tak instytucje demokratyczne, jak i zdrową konkurencję na rynku.

Rzecz jednak w tym, że dobrą odpowiedzią na ten stan rzeczy może być tylko polityka, za którą twardo stałby państwowy instynkt Arystydesa, nie zaś Temistoklesowe zamiłowanie do tkania sieci własnych pajęczyn. Nie znam innego sposobu ograniczenia roli koterii w państwie niźli prowadzenie polityki, która istotnie przekształciłaby środowisko naturalne, w jakim koteria spontanicznie rozkwita. W jakim środowisku koteria obumiera? Jeśli życiem publicznym rządzi jawność, koteria nie ma gleby do wzrastania. Atmosfera intrygi, insynuacji, podejrzeń, łamanych i nieczytelnych procedur oraz utajnionych teczek i raportów niezwykle sprzyja temu, by ludzie chronili się w sferę niejawnych powiązań. Jeśli ludzie nie wiedzą co, dlaczego i w jakim trybie może ich jutro spotkać, zawsze poszukiwać będą bezpieczeństwa i swoich życiowych szans w ukrytych układach. Tego wydają się kompletnie nie rozumieć ludzie rządzący dziś Polską.

Jeśli polityka ceni, ochrania i usprawnia instytucje publiczne, koteria traci swoje naturalne pole ekspansji. Zwykła, porządna i stosowana w całej Europie instytucja "Oceny Skutków Regulacji", zrobiona przy słynnej ustawie o radiofonii i telewizji zlikwidowałaby możliwość powstania afery Rywina. Stosunek polityki do państwa winien być mierzony relacją polityków do instytucji, w których działają. Teoria, o której ciągle słyszę - że wymiana ludzi, a nie naprawa instytucji jest zasadniczym wyzwaniem - to najbardziej sprzyjająca koterii teoria polityczna. Wbrew temu, co mówił wiele lat temu jeden z premierów, o jakości działania instytucji przesądza nie to, czyje one są, ale jakie są. Rzecz nie w tym, czyja jest prokuratura, administracja skarbowa albo służby specjalne. Rzecz w tym, jakie one są. Jeśli są dobrze zorganizowane i profesjonalnie zarządzane, z natury rzeczy są niczyje. To oznacza, że nie da się w nich utworzyć skutecznej koterii, a dzięki temu należą wyłącznie do państwa. Tego także ludzie rządzący dziś Polską wydają się nie rozumieć.

Jeśli wreszcie państwo nie ma zbyt wielu dóbr i przywilejów, które może dystrybuować, wtedy koteria także więdnie, bo nie znajduje właściwego sobie celu. Wszelkie przywileje władzy - mieszkania, samochody, darmowe bilety, wycieczki, immunitety i Bóg wie co jeszcze - są tkanką, na której rozrasta się koteria. Układ kocha zewnętrzne atrybuty władzy, bo obdzielając nimi jednych, a innych pozbawiając do nich dostępu - wytwarza ów nieformalny rodzaj więzi, która jest mu niezbędna do istnienia. To zatem stan państwa, a nie żaden "populizm" wymaga dzisiaj radykalnej walki z przywilejami władzy. Jeszcze bardziej dotyczy to beneficjów rozdzielanych w spółkach publicznych i państwowych przedsiębiorstwach. Proces kolonizacji nie zakończy się tam nigdy za sprawą samej tylko wymiany rad nadzorczych i zarządów. Zakończyć go może jedynie rzetelna prywatyzacja. I tego także nie rozumieją ludzie rządzący dziś Polską.

Obserwując trwającą ponoć ciężką walkę z układem, prowadziłem zarazem walkę wewnętrzną z pewną, coraz bardziej natarczywą pokusą intelektualną. Przypominała mi się bowiem coraz częściej Józefa Mackiewicza teoria "zwycięskiej prowokacji". Mackiewicz wyjaśniał nią pewien koncept, przy pomocy którego komunizm przez wiele lat dość skutecznie osłabiał opór swoich przeciwników. Ilekroć bowiem nasilał kolektywizację wsi - tylekroć wzmacniał kampanię na rzecz oddania ziemi chłopom. A ilekroć postanawiał zwiększyć zbrojenia - automatycznie nasilał ogólnoświatową kampanię walki o pokój. A ludzie wierzyli...

W ostatnich dniach teorii "układu" użyto wyjątkowo brutalnie nie tylko dla ochrony interesów nowej politycznej koterii. Stało się coś gorszego. Teoria ta stała się narzędziem usprawiedliwienia politycznej korupcji. Jest to już bez wątpienia rzeczywistość Mackiewiczowskiej "prowokacji". Ale tym razem nic nie wskazuje na to, by miała ona być zwycięska.

p

ur. 1959, polityk, z wykształcenia prawnik. W czasach PRL działacz opozycji demokratycznej, członek ruchu Wolność i Pokój oraz NZS, uczestnik obrad Okrągłego Stołu. Od 1989 roku poseł na Sejm RP. Przewodniczący komisji ds. przestępczej działalności tajnych służb PRL (tzw. komisja Rokity). Szef URM-u w rządzie Hanny Suchockiej. Członek władz Unii Demokratycznej, Unii Wolności i Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. Od 2001 roku w Platformie Obywatelskiej, członek jej ścisłego kierownictwa, w latach 2003-2004 uczestniczył w pracach sejmowej komisji śledczej ds. afery Rywina.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj