Dziennik Gazeta Prawana logo

Bez narodu nie ma nowoczesności

5 listopada 2007, 12:10
Ten tekst przeczytasz w 20 minut

Zastanawiając się nad sensem procesów zachodzących w przestrzeni postsowieckiej, Roman Szporluk zwraca uwagę na podobieństwo, które łączy je z procesami tworzenia narodów w XIX wieku. Państwa powstałe po upadku ZSRR takie jak Ukraina są w pewnym sensie tworami "sztucznymi", "wspólnotami wyobrażonymi" - ale tak samo "sztuczne" wydawały się w XIX stuleciu dzisiejsze Włochy czy Niemcy. Kraje Europy Wschodniej, podobnie jak niegdyś Zachód, przechodzą proces modernizacji, który powinien zakończyć się utworzeniem obywatelskich wspólnot narodowych. Nie koliduje on w żaden sposób z procesem tworzenia ponadnarodowych tworów w rodzaju Unii Europejskiej. "Budowa struktur wyższego rzędu może się odbywać pod warunkiem zachowania przez każdego z uczestników własnego dziedzictwa i własnej tożsamości".

p

Integracja europejska i wybijanie się narodów postkomunistycznych na niepodległość nie są zjawiskami wzajemnie sprzecznymi. W tworzeniu i rozwoju Unii Europejskiej brały udział ustabilizowane, pewne swojej tożsamości państwa narodowe. Fakt, że Wielka Brytania czy Hiszpania miały przez wiele lat rozmaite wewnętrzne problemy, niczego tu nie zmienia. Budowa struktur wyższego rzędu może się odbywać pod warunkiem zachowania przez każdego z uczestników własnego dziedzictwa i własnej tożsamości. W przypadku dawnych krajów komunistycznych sytuacja wyglądała inaczej. Rosja, Czechosłowacja czy Jugosławia były państwami wielonarodowymi, jeszcze zanim władzę objęli w nich komuniści. W skład tych państw wchodziły narody, które miały aspiracje niepodległościowe. Dla Słowaków istnienie Czechosłowacji oznaczało przekreślenie ich marzeń o realizacji swojej tożsamości narodowej. W konsekwencji, kiedy tylko nadarzyła się ku temu historyczna okazja, utworzyli niepodległe państwo. Tak więc budowa wspólnot wielonarodowych ma sens tylko wtedy, jeśli odbywa się nie drogą podboju czy odgórnych ustaleń między mocarstwami, lecz - tak jak w Unii Europejskiej - z woli tworzących je społeczeństw, zgodnie z zasadami demokracji i praworządności.

Odpowiedzią na tak postawione pytanie może być przypomnienie ostatnich mistrzostw świata w piłce nożnej. Nie występowała tam reprezentacja Unii Europejskiej. I trudno wyobrazić sobie, żeby na coś takiego zgodzili się kibice w jakimkolwiek kraju unijnym. Mecze piłkarskie znakomicie ilustrują żywotność uczuć patriotycznych. Narody i państwa nadal istnieją. Jednocześnie ich istnienie wcale nie stanowi przeszkody dla jakiejś głębszej integracji w skali kontynentalnej czy globalnej.

Utworzenie ZSRR po rewolucji październikowej było nie tylko próbą zbudowania konkurencyjnego wobec kapitalizmu ustroju ekonomicznego, ale także nowej, alternatywnej cywilizacji, która miała obejmować w przyszłości całą kulę ziemską. To determinowało stosunek bolszewików wobec narodów, które usiłowali oni przetworzyć w etnograficzne wspólnoty pozbawione politycznego znaczenia. Wystarczy sobie przypomnieć państwowe zespoły pieśni i tańca oraz festiwale kultury ludowej. Eksperyment komunistyczny zakończył się gigantyczną katastrofą moralną i materialną. Do tej katastrofy przyczyniły się także autentyczne ruchy narodowe, które funkcjonowały dotąd jedynie w sferze kultury, ale których ideałem była nie tylko niepodległość, lecz także swobodne uczestnictwo narodów w cywilizacji światowej. Poeci młodej awangardy ukraińskiej lat 60., odkrywający dla siebie Europę i świat poza granicami ZSRR za pośrednictwem literatury, stali się w latach 80. politykami rozumiejącymi, że warunkiem wolności kultury jest niepodległość. Narody nadbałtyckie i kaukaskie, a wkrótce po nich sami Rosjanie, pojęły, że jeśli chcą być społeczeństwami nowoczesnymi i liczyć się w świecie, muszą budować własne niezależne państwa.

Ludzie robiący kariery w aparacie partyjnym, Komsomole, a nawet organach bezpieczeństwa raptem stwierdzali, że są Ukraińcami. Ale oni by tego nie czynili, gdyby wcześniej nie istniały środowiska przez nich prześladowane. Ci ludzie postanowili się do tych środowisk przyłączyć. W roku 1990 na Ukrainie odbyły się pierwsze, w miarę wolne, wybory do Rady Najwyższej republiki. W ich rezultacie członkami Rady stali się zarówno dawni strażnicy reżimu, jak i jego więźniowie. Co bardziej inteligentni działacze partii komunistycznej wiedzieli już, że przyszłość należy nie do czerwonych, lecz do żółto-niebieskich.

Proszę pamiętać, że tego typu zachowania występują nie tylko podczas wychodzenia z komunizmu. One są powszechne. Moją ulubioną powieścią jest "Lampart" Giuseppe di Lampedusy. Tło historyczne tego dzieła to batalia o zjednoczenie Włoch w XIX wieku. W powieści występuje młody arystokrata Tancredi. Dokonuje się w nim przemiana z człowieka ancien régime'u i przeciwnika ruchu narodowego w liberała, który akceptuje integrację Półwyspu Apenińskiego, pragnie robić karierę polityczną w nowych okolicznościach. Jeden z bohaterów książki mówi, że trzeba wszystko zmienić, aby wszystko pozostało tak jak dawniej. Sądzę, że podobne myśli przyświecały wielu ludziom w chylącym się ku upadkowi Związku Sowieckim, a potem w nowo powstałych państwach.

Nie tyle cynizm, co raczej polityczny realizm. Pamiętam, jak w roku 1950 przeczytałem w gazecie, że episkopat Polski i władze PRL osiągnęły porozumienie. Wniosek nasuwał się wówczas jeden: Kościół katolicki uznał reżim komunistyczny, a zatem udzielił mu moralnego wsparcia. Tego nikt nie nazywał "układem Bierut-Wyszyński", ale to był wielki kompromis polityczny. On się nie podobał wielu katolikom (i nawet części komunistów, bo dawał Kościołowi swobody, których nie miał w innych krajach "demokracji ludowej"). Tyle że w ten właśnie sposób udało się ocalić Katolicki Uniwersytet Lubelski i inne ważne dla Kościoła sprawy. Wydaje mi się, że w pewnych sytuacjach historycznych politycy muszą rezygnować z części swoich zamierzeń i zawierać kompromisy. Sięgając głęboko w przeszłość - zastanówmy się, w jakiej mierze chrzest Czech, Polski, Rusi, krajów skandynawskich ponad 1000 lat temu był następstwem szczerego nawrócenia religijnego ich władców, a w jakiej czymś podobnym do nawrócenia komunistów na zasady demokracji zachodniej w latach 1980-90.

Co do konfliktu ormiańsko-azerskiego, to zaczął się on kilka lat przed rozpadem ZSRR. Górny Karabach funkcjonował jako enklawa ormiańska na terenie Azerbejdżanu. O granicach administracyjnych nawet w najdalszych zakątkach Związku Radzieckiego decydował Kreml, a nie władze lokalne. Co więcej, źródła konfliktu w Górnym Karabachu są starsze niż dzieje ZSRR. Rejon ten jeszcze przed rewolucją bolszewicką był terenem rywalizacji rosyjsko-tureckiej, w którą uwikłani byli również Ormianie i Azerowie. Ale przyjrzyjmy się sytuacji w Azji Środkowej. W latach 70. i 80. bardzo wiele osób na Zachodzie przewidywało polityczną eksplozję w związku z dynamicznym przyrostem naturalnym ludności muzułmańskiej w tamtym rejonie. Do tego nie doszło. Wyobraźmy sobie, że w roku 1991 ZSRR by się nie rozwiązał bądź powstałaby jakaś zreorganizowana unia państw pod kierownictwem Moskwy, bez niepodległości krajów Azji Środkowej. Jestem przekonany, że wówczas kraje te weszłyby w stan wojny z Rosją i zaczęłyby także walczyć między sobą. Byłaby to konfrontacja o podłożu religijnym - chrześcijańsko-muzułmańska - oraz etnicznym - Słowian i ludów tureckich. Niepodległość republik środkowoazjatyckich uchroniła je przed tego rodzaju konfliktami.

Oczywiście kraje te nie są wzorem przechodzenia do demokracji. Mimo to należy zwrócić uwagę na pewien ważny aspekt sprawy: niepodległość sprawia, że nie można już obarczać cudzoziemców, obcych, okupantów, najeźdźców odpowiedzialnością za złą sytuację.

Ale w tym wypadku trzeba pamiętać, kto tych kacyków na ich stanowiskach usadowił. Nie zapominajmy, że ich stworzyła i wyniosła do władzy Moskwa. Oni są jej spadkobiercami. W dodatku oprócz owych samozwańczych "ojców narodów" jest w tych krajach także młode pokolenie. To do niego należy przyszłość. Ci młodzi ludzie uczą się angielskiego, mają kontakt ze światem za pośrednictwem internetu, jeżdżą na stypendia zagraniczne np. do Turcji. Oni będą porównywać swoje ojczyzny do innych krajów. Widząc, że w Turcji czy nawet w europejskich krajach postsowieckich żyje się lepiej niż u nich, zapragną głębokich zmian modernizacyjnych i demokratyzacyjnych. Ale potrzeba na to więcej czasu. Być może zmiany te przeprowadzi pokolenie, które teraz uczęszcza do szkół i na studia albo to, które się właśnie rodzi.

Tak. Już sam fakt zaistnienia nowego państwa tworzy nowe warunki dla przyszłych pokoleń. Przywołajmy teraz inną sytuację historyczną. Kiedy mówimy o ruchach narodowych wieku XIX w Europie Środkowej, powinniśmy przywołać tych młodych ludzi, którzy zapragnęli stać się Czechami, Chorwatami czy Ukraińcami. Oni mieli wielkie wizje swojego narodu, ale to nie były wizje izolacjonistyczne. Podmiotowość narodu oznaczała tu jednocześnie jego związek z kulturą światową. To dlatego czymś niezmiernie istotnym było tłumaczenie dzieł Szekspira na rodzime języki. Polacy, angażując się w ruch narodowy XIX stulecia, podkreślali swoją europejskość i wyrażali ambicje modernizacyjne, uniwersalistyczne, ale narodowe w formie.

Opinie takie są wyrazem myślenia życzeniowego. Skoro można byłoby mieć demokrację w ramach Związku Sowieckiego, to aż się prosi, by zapytać, dlaczego w Rosji aż do chwili obecnej jej nie ma. Jeżeli Rosjanie chcą przyłączać do siebie kraje dawnego ZSRR, niech najpierw stworzą parlamentarny, demokratyczny system gwarantujący swobody obywatelskie i naprawdę wolny rynek w samej Rosji. Niech zapewnią niezawisłość sądom, by przestały skazywać ludzi takich jak Michaił Chodorkowski na kary więzienia za przestępstwa, które popełniają inni biznesmeni, którym włos z głowy nie spadnie. Pamiętam czasy, kiedy w Polsce żyli jeszcze ludzie, z sentymentem wspominający okres zaboru austriackiego. Dla nich ważne było, że do Wiednia można było jeździć bez żadnych paszportów, podobnie jak na wakacje nad Adriatyk. Pielęgnowali w swojej pamięci portret ich ukochanego władcy Franciszka Józefa. Ale i tak monarchii austro-węgierskiej reanimować się nie dało.

To nie są wspólnoty "sztuczne", lecz wyobrażone - by nawiązać do tytułu znanej książki Benedicta Andersona. Przez dobrych kilkadziesiąt lat kilka pokoleń ludzi rodziło się, żyło i umierało w republikach stworzonych przez sowieckich komunistów. Ludzie ci wyrastali w świadomości, że mieszkają w ZSRR, ale jednocześnie nie było im wszystko jedno, czy mieszkają w sowieckiej republice ukraińskiej czy mołdawskiej. Powiem otwarcie: Ukraina w geograficznym kształcie z roku 1991 była tworem "sztucznym". Ale jak mogło być inaczej? Bachczysaraj - stolica Chanatu Krymskiego - jest dzisiaj na Ukrainie miastem powiatowym. Na tej samej Ukrainie leży historycznie polskie miasto Tarnopol oraz Użhorod, który przez 1000 lat należał do Węgier. Do tego wymieńmy jeszcze położony na północnym wschodzie, związany od wieków z Rosją Charków, a nad Dunajem Izmaił znajdujący się niegdyś w granicach Imperium Ottomańskiego. Tak wyglądają kontury kraju rozciągającego się od północnych Węgier do Gór Krymskich, kontury "sztucznego" tworu. Ale czy on jest bardziej "sztuczny" od Włoch - kraju, w którym znajdują się Triest, Rzym, Neapol i Palermo? A przecież w ciągu dziejów nie zawsze tak było. Przyzwyczailiśmy się do Włoch w kształcie, w jakim istnieją od niespełna 150 lat. Słynny XIX-wieczny działacz polityczny Massimo d'Azeglio powiedział: "Stworzyliśmy Włochy, a teraz trzeba nam stworzyć Włochów". Zdanie to można odnieść do współczesnej Ukrainy - jej mieszkańcom należy dać świadomość wspólnoty obywatelskiej. Bo podstawowe poczucie odrębności terytorialno-historycznej oni już mają. I dzięki niemu udało się uniknąć wewnętrznych konfliktów, których efektem mógłby być wybuch wojny rosyjsko-ukraińskiej. Dla młodych osób na Ukrainie granice ich kraju ustanowione w roku 1991 są czymś tak samo oczywistym jak dla młodych Niemców i Polaków obecna granica polsko-niemiecka.

Inżynierowie nie są utopistami. Na określenie tego przedsięwzięcia znajduję bardziej neutralne terminy: "budowanie narodu", "tworzenie społeczeństwa". Przypomnijmy sobie rabację galicyjską i rok 1846. Chłopi, którzy okrutnie mordowali szlachtę i powstańców krakowskich, nie myśleli o sobie: "Jesteśmy Polakami". Podobnie było w powstaniu styczniowym. Pochodzący z podtarnowskiej wsi Wincenty Witos wspomina w swoich pamiętnikach czasy swojej młodości: kiedy pytano chłopów, czy są Polakami, oni odpowiadali "nie" - bo Polacy mieszkają we dworze. Taki był stan przednowoczesnej świadomości - polskość oznaczała przynależność do warstwy szlacheckiej, a nie do całego narodu. Istotą modernizacji było to, że polonizacja objęła także niższe warstwy społeczne. Rozpad przednowoczesnej struktury, w obrębie której szlachta i chłopi należeli do dwóch odrębnych światów, stworzył warunki dla budowania narodu polskiego. To była wielka praca oświatowa. Znakomicie ilustruje ją działalność nauczycieli i społeczników z książek Prusa czy Żeromskiego. Zdaniem Ernesta Gellnera, w budowaniu narodu ważniejszy od policjanta jest nauczyciel.

Włoski język literacki, ten, który znamy z dzieł klasyków, to nie była mowa używana na południu Włoch, o Sycylii już nawet nie wspominając (emigranci włoscy przybywający już po zjednoczeniu swojej ojczyzny do USA na pytanie, z jakiego kraju pochodzą, wymieniali jakieś regionalne nazwy). Kolejnym przykładem może być Francja. Z książki Eugena Webera "Peasants into Frenchmen" ("Z chłopów Francuzi") dowiadujemy się, iż naród francuski w tej postaci, jaką znamy dzisiaj, pojawił się dopiero w XIX stuleciu. Przed rewolucją 1789 roku większość ludności Francji nie mówiła po francusku. Wydaje mi się, że w pewnym sensie świat postsowiecki podejmuje się w tej chwili historycznych zadań, które w wieku XIX i na początku XX realizowane były w Europie Środkowej, a nawet częściowo w Zachodniej...

Powstanie nowoczesnego narodu żydowskiego i państwa Izrael to przypadek szczególny - z uwagi na skalę problemu językowego. Według syjonistów warunkiem modernizacji Żydów było odrodzenie narodowe, a więc powrót do języka hebrajskiego oraz budowa własnego państwa. Proszę pamiętać, że środkowo- i wschodnioeuropejscy Żydzi w ogóle tego języka wówczas na co dzień nie używali.

Wielu komentatorów koncentruje się na rzekomym rosyjsko-ukraińskim rozdwojeniu. Niestety brakuje im realnej znajomości rzeczy. Z moich obserwacji życia codziennego na Ukrainie wynika, że tamtejsze społeczeństwo jest dwujęzyczne. W trakcie pobytu z harwardzką wycieczką w Zaporożu naszymi przewodnikami po tym mieście były dwie miejscowe panie: jedna pół Rosjanka, pół Ukrainka, druga zaś - pół Rosjanka, pół Żydówka. Obie bez żadnych zachęt z mojej strony powiedziały, że utożsamiają się z państwem ukraińskim, choć ich kulturą jest kultura rosyjska. Jednocześnie przyznały się do poparcia dla pomarańczowej rewolucji. Tak więc wydaje mi się, że obywatelska świadomość narodowa na Ukrainie jest faktem. Mało tego, Rosjanie na Ukrainie mogą nadal pielęgnować swoją językowo-kulturową tożsamość. W dodatku przekonują się, że mieszkają w kraju, w którym np. mają większą możność swobodnego artykułowania swoich racji politycznych, niż mieliby w Federacji Rosyjskiej.

I tutaj znowu mamy fałszywy stereotyp - przekonanie o podziale na część zachodnią, katolicką oraz wschodnią, prawosławną. Zacznijmy od zasadniczego faktu. Kościół prawosławny na Ukrainie jest rozbity na trzy konkurujące ze sobą wspólnoty, w tym dwie dosyć silne: jedna podporządkowana jest patriarchatowi kijowskiemu, druga - moskiewskiemu. Poza tym występują dwa obrządki katolickie: greckokatolicki i rzymskokatolicki. Oprócz tego jest społeczność żydowska praktykująca religię mojżeszową. I wreszcie na Krym wracają z wygnania w Azji Środkowej Tatarzy, przez co zwiększa się liczba wyznawców islamu na Ukrainie. I jest jeszcze jedna rzecz, o której mało kto wspomina. Na Ukrainie jest mnóstwo kongregacji protestanckich. Rosyjskojęzyczna Wschodnia Ukraina to teren wielkich sukcesów różnych protestanckich grup, które pozostają we wspólnocie duchowej ze swymi amerykańskimi odpowiednikami. Misjonarze z USA są bardzo aktywni - oprócz działalności misyjnej pomagają budować szkoły, szpitale, dają pieniądze na leczenie za granicą. Socjolog amerykański José Casanova twierdzi, że fakt, iż Ukraina jest tak wyznaniowo podzielona, sprzyja rozwojowi tolerancji, a więc i budowie społeczeństwa pluralistycznego.

To jest uniwersalizm rozumiany jako wielość narodowości. Ponadto - powtórzę raz jeszcze - istotny jest związek tej idei z projektem modernizacyjnym. W tej kwestii powołuję się na opinie Gellnera, który twierdził, że nie można być nowoczesnym, nie będąc narodowym. Nowoczesne społeczeństwo - wyjaśniał - musi mieć swój język, swoją kulturę. Cywilizowanie mas - jedna ze znaczących cech nowoczesności - polega także na uczeniu czytania i pisania. Kiedy dzieci idą do szkoły, muszą się uczyć abecadła w jakimś konkretnym języku.

W języku polskim słowo "nacjonalizm" ma bardzo negatywne konotacje, w angielskim zaś - neutralne. Czystki etniczne i inne ciemne strony idei narodowej to nie są zjawiska ostatnich kilku dziesięcioleci. Nie idealizujmy "dobrych" ruchów narodowowyzwoleńczych wieku XIX. Niełatwo było być w tamtym czasie Turkiem czy muzułmaninem w Grecji, Bułgarii i Serbii. Wielu z nas nie chce o tym pamiętać. Ale poza tym wciąż daje o sobie znać jakaś skłonność do sympatyzowania z grupami społecznymi i narodami, które doświadczają dyskryminacji, ucisku, poniżenia, zniewolenia. Stąd bierze się przymykanie oczu na występki i zbrodnie, jakie popełniają one wobec swoich ciemiężców, nawet jeśli z powodu stosowania odpowiedzialności zbiorowej ofiarą padają niewinni, przypadkowi ludzie. Jednocześnie nie możemy zapominać, że ruchy demokratyczne i narodowe były środkiem umożliwiającym milionom ludzi żyjących dotąd "w geografii, a nie w historii" (tak świat przednowoczesny charakteryzował Aleksander Hercen) wejście do wspólnoty cywilizacji światowej.

p

, ur. 1933, historyk ukraiński, w latach 50. studiował w Lublinie. W 1958 roku wyemigrował na Zachód, wykładał m.in. na uniwersytecie w Ann Arbor. Od 1991 roku profesor Uniwersytetu Harvarda, pracuje m.in. w tamtejszym Ukrainian Research Institute. Znawca nowożytnej historii Ukrainy i Rosji. Zajmuje się także m.in. porozbiorowymi dziejami Polski oraz problematyką relacji między nacjonalizmem i komunizmem. Wydał m.in.: "Communism and Nationalism" (1988), "Russia, Ukraine, and the Breakup of the Soviet Union" (2000). Po polsku ukazał się zbiór jego esejów "Imperium, komunizm i narody" (2003). W "Europie" nr 39 z 30 września br. opublikowaliśmy jego wypowiedź do ankiety "Wojna starej i nowej Europy".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj