Dziennik Gazeta Prawana logo

Świat bez hegemona

5 listopada 2007, 12:10
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Immanuel Wallerstein opisuje amerykańskie wysiłki utrzymania światowej hegemonii i ich porażkę w ciągu ostatnich 30 lat; zastanawia się też, jak będzie wyglądał ład światowy w "postamerykańskim" XXI wieku. Od 1970 roku prymat USA jako światowego mocarstwa ulegał stopniowemu osłabieniu. Procesowi temu nie zapobiegło zwycięstwo w zimnej wojnie ani upadek najgroźniejszego konkurenta, czyli ZSRR. "Częściowo udana próba zahamowania schyłku własnej hegemonii w okresie 1970-2001 stała się dla Ameryki źródłem problemów i to paradoksalnie w momencie, kiedy gratulowała ona sobie osiągnięcia pozycji >>jedynego supermocarstwa<<". Upadek komunizmu spowodował, że Europa Zachodnia oraz część krajów Trzeciego Świata "wyemancypowała się" spod amerykańskiej dominacji. Forsowana od 2001 roku neokonserwatywna strategia mająca przywrócić USA hegemonię okazała się porażką - Ameryka ugrzęzła w Iraku i w dalszym ciągu traci wpływy.

p

Po zakończeniu II wojny światowej geopolityka systemu światowego ewoluowała w trzech fazach. Od 1945 do mniej więcej 1970 roku Stany Zjednoczone sprawowały niekwestionowaną hegemonię nad systemem światowym. W okresie 1970-2001 prymat ten uległ osłabieniu, jednak skalę tego osłabienia ograniczała wypracowana przez USA strategia mająca na celu opóźnienie i zminimalizowanie skutków utraty pozycji hegemona. Po 2001 roku USA dążą do odzyskania tej pozycji, prowadząc bardziej jednostronną politykę, która odbiła się jednak rykoszetem, przyspieszając i pogłębiając osłabienie ich potęgi.

Częściowo udana próba zahamowania schyłku własnej hegemonii w okresie 1970-2001 stała się dla Ameryki źródłem problemów, i to paradoksalnie w momencie, kiedy gratulowała ona sobie osiągnięcia pozycji "jedynego supermocarstwa". Pierwszym z tych problemów był upadek Związku Radzieckiego. Stany Zjednoczone zawsze głosiły, że systemowi sowieckiemu trzeba położyć kres: Reagan potępił "imperium zła" i wezwał Gorbaczowa do "zburzenia tego (berlińskiego) muru". Kiedy Gorbaczow dla swoich celów rzeczywiście zburzył mur, wymuszając znaczne obustronne rozbrojenie supermocarstw, Ameryka nie była pewna, jak ma się zachowywać w nowej sytuacji. W relatywnie krótkim czasie państwa Europy Środkowej i Wschodniej obaliły swoje komunistyczne reżimy oraz zerwały więzi gospodarcze i wojskowe z ZSRR. Później doszło do rozwiązania Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego i ZSRR rozpadł się na 15 wchodzących w jego skład republik.

Najważniejsze konsekwencje polityczne upadku komunizmu były dwie. Waszyngton utracił ostatni argument na rzecz tezy, że Europa Zachodnia powinna pozostać politycznie związana z USA. Utracił również ostatnie ważne, aczkolwiek pośrednie narzędzie kontrolowania polityki krajów Trzeciego Świata, czyli ZSRR jako strażnika uzgodnień jałtańskich w krajach wrogich wobec USA. Stało się to dramatycznie widoczne w 1990 roku, po inwazji Iraku na Kuwejt. Ameryka zorganizowała kampanię polityczną i wojskową mającą na celu usunięcie Iraku z Kuwejtu, zrzucając na cztery kraje (Niemcy, Japonię, Arabię Saudyjską i Kuwejt) około 90 proc. kosztów amerykańskiej operacji. Zatrzymała się ona jednak na granicy z obawy przed negatywnymi konsekwencjami dla amerykańskich interesów zaatakowania Iraku. Rezultatem był faktyczny powrót do status quo ante.

Na froncie gospodarczym lata 90. były dekadą długofalowej instytucjonalizacji neoliberalnego globalnego porządku. Głównemu narzędziu tej instytucjonalizacji, czyli Światowej Organizacji Handlu, powierzono zadanie doprowadzenia do tego, by kraje Południa otworzyły swoje granice dla towarów i przepływów kapitału z Północy, a jednocześnie uszanowały zachodnią "własność intelektualną". Naczelną zasadą było hasło rzucone przez Thatcher 10 lat wcześniej: "Nie ma alternatywy!".

Jednym z pierwszych osiągnięć USA było powstanie układu o wolnym handlu NAFTA, działającego od 1 stycznia 1994 roku. Kraje dawnego bloku socjalistycznego, łącznie z samą Rosją, urządziły sobie orgię prywatyzacji i deregulacji, podobnie jak wiele państw Południa. Bezpośrednim tego skutkiem było pogorszenie się sytuacji gospodarczej w dużej liczbie krajów, objawiające się zanikiem systemów zabezpieczeń społecznych, wzrostem bezrobocia i spadkiem kursu waluty. Równolegle tworzyła się nowa warstwa ludzi zamożnych. Nierówności społeczne w krajach słabiej rozwiniętych rosły. Kiedy jedyny obszar Południa, który nieźle sobie radził ekonomicznie, czyli Azja Wschodnia i Południowo-Wschodnia, popadł w 1997 roku w poważny kryzys finansowy, a potem nastąpiły podobne wydarzenia w Rosji i Brazylii, opcja neoliberalna w dużym stopniu straciła na wiarygodności jako rozwiązanie problemów gospodarczych świata. Już wcześniej pojawiły się różnorakie formy oporu politycznego wobec niej. Jedną z nich był powrót do władzy w szeregu krajów dawnych partii komunistycznych, które przemalowały się na partie socjaldemokratyczne gotowe wdrożyć przynajmniej niektóre elementy państwa opiekuńczego. Innym objawem antyliberalnego sprzeciwu było powstanie zapatystów w meksykańskim Chiapas, symbolicznie zapoczątkowane w dniu inauguracji NAFTA. Zapatyści przemawiali w imieniu rdzennej ludności, która domagała się kontroli nad własnym życiem i globalnego odrzucenia neoliberalnych rozwiązań.

Kiedy WTO zebrała się w 1999 roku w Seattle, aby wyznaczyć ostateczne reguły neoliberalnego światowego porządku ekonomicznego, powitały ją demonstracje (zwołane głównie przez amerykańskie ruchy społeczne), które skutecznie uniemożliwiły prowadzenie obrad. Podobne protesty towarzyszyły innym konferencjom międzynarodowym w ciągu następnych kilku lat, doprowadzając do powstania Światowego Forum Społecznego, które zebrało się po raz pierwszy w styczniu 2001 roku w brazylijskim Porto Alegre. Było to pomyślane jako społeczna odpowiedź na Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, oficjalnym miejscu spotkań wyznawców globalnego neoliberalizmu. Program zahamowania schyłku amerykańskiej hegemonii wyraźnie kulał. Przyszedł więc czas na jego przemyślenie.

Przemyślenia tego dokonała grupa neokonserwatystów, których George W. Bush mianował na wysokie stanowiska w swojej administracji po pierwszym zwycięstwie wyborczym w 2001 roku. Grupa ukonstytuowała się w latach 90. wokół Project for a New American Century. Sam Bush nie był członkiem tej organizacji, ale należeli do niej wiceprezydent, sekretarz obrony i jego zastępca, brat Busha oraz szereg wysokich urzędników i doradców w jego ekipie. Grupa ta miała niezwykle krytyczny stosunek do polityki zagranicznej Clintona, ale w gruncie rzeczy odrzuciła generalną koncepcję polityki zagranicznej, która miała na celu spowolnienie schyłku hegemonii USA po 1970 roku. Ich zdaniem szklanka dominacji nie była do połowy pełna, lecz do połowy pusta. Spadek znaczenia Ameryki uważali za realny. Nie przypisywali go strukturalnym zmianom w systemie światowym (na przykład utracie przez USA przewagi ekonomicznej nad Europą Zachodnią i Japonią), lecz politycznym błędom i brakowi stanowczości kolejnych prezydentów. Tę krytykę kierowali także przeciw Reaganowi, chociaż nie mówili o tym zbyt głośno.

Lobby to domagało się radykalnej rewizji polityki zagranicznej. Pragnęło zastąpić miękki unilateralizm, będący podstawą partnerstwa oferowanego głównym sojusznikom w latach 1970-2000, jednostronnymi decyzjami stawiającymi sprzymierzeńców przed faktem dokonanym. Kraje, które zdawały się naruszać zasadę nierozprzestrzeniania broni masowej zagłady, miały zostać natychmiast przywołane do porządku. Jednocześnie podejmowano wysiłki na rzecz uwolnienia Stanów Zjednoczonych od obowiązujących je ograniczeń dotyczących powiększania i modernizowania ich własnego arsenału atomowego. Neokonserwatyści dążyli do zablokowania amerykańskiego udziału w nowych traktatach międzynarodowych, które w jakikolwiek sposób ograniczałyby USA w dziedzinie polityki wewnętrznej (protokół z Kioto, prawo morskie itd.). Przede wszystkim zaś postanowili siłą usunąć Saddama Husajna, który ich zdaniem upokorzył USA, pozostając u władzy w Iraku. Pośrednio obwiniali prezydenta Busha seniora o to, że w 1991 roku nie wkroczył do Bagdadu.

Warto zauważyć, że wiele z tych osób - jeśli nie większość - zajmowało wysokie stanowiska w ekipach Reagana i Busha seniora, ale nie udało im się przekonać tych administracji do swojego programu. Blokowała ich duża grupa urzędników, którzy trzymali się strategii obowiązującej od czasów Nixona, a propozycje neokonserwatystów uważali za niebezpieczne szaleństwo. Zmorą neokonserwatystów był zatem nie tylko Saddam, ale również amerykański establishment dyplomatyczny. Ich frustracja trwała przez pierwsze osiem miesięcy rządów Busha. Potem pojawił się bin Laden, nastąpiły ataki na Twin Towers i Pentagon. Neokonserwatyści bardzo szybko nakłonili Busha do przyjęcia całego ich programu. Prezydenta i jego najbliższych doradców politycznych najprawdopodobniej przekonał fakt, że przywdzianie szat "prezydenta wojennego" wydawało się najpewniejszą drogą do reelekcji, jak również do realizacji tych celów w polityce wewnętrznej, na których najbardziej mu zależało.

Logika stanowiska neokonserwatywnego była bardzo prosta. Obalenie Saddama siłą, najlepiej unilateralne, pozwoliłoby Ameryce nie tylko zmazać plamę na honorze, ale również zastraszyć trzy podmioty, których polityka zdawała się stanowić poważne zagrożenie dla hegemonii USA: Europę Zachodnią z jej pretensjami do geopolitycznej samodzielności, państwa mogące łamać zasadę nierozprzestrzeniania broni atomowej (zwłaszcza Koreę Północną i Iran) oraz przywódców państw arabskich, którzy ociągali się z "trwałym" rozstrzygnięciem konfliktu izraelsko-palestyńskiego zasadniczo na warunkach izraelskich. Neokonserwatyści uważali, że jeśli uda im się szybko i przekonująco osiągnąć te trzy cele, poważna opozycja wobec amerykańskiej hegemonii załamie się i świat istotnie wkroczy w "nowe amerykańskie stulecie".

W swoich analizach popełnili jednak szereg poważnych błędów. Przyjęli założenie, że podbój militarny Iraku będzie względnie prosty oraz pociągnie za sobą niewielkie koszty ludzkie i finansowe. Dzisiaj nie ulega już wątpliwości, że się pomylili. W 2003 roku wojska szybko weszły do Bagdadu, ale nie zdołały zaprowadzić w kraju porządku. Waszyngton wyraźnie nie docenił poziomu skomplikowania irackiego życia politycznego i ugrzązł w militarnym, jak również politycznym bagnie, z którego do tej pory się nie wydobył.

Ponadto polityka zastraszania okazała się tylko częściowo skuteczna. W 2002 i 2003 roku Francja i Niemcy publicznie ogłosiły swój sprzeciw wobec inwazji na Irak i Stany Zjednoczone zmuszone były wycofać drugą rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ, kiedy stało się oczywiste, że nie zostanie ona przegłosowana. Zastraszanie nie lepiej sprawdziło się w przypadku potencjalnych posiadaczy broni atomowej - Korea Północna i Iran wyciągnęły z amerykańskiej inwazji na Irak wniosek odwrotny do zamierzonego: Ameryka mogła zaatakować Saddama nie dlatego, że miał broń jądrową, ale dlatego, że jej nie miał. Obu rządom wydawało się oczywiste, że najlepszą metodą obrony ich reżimów będzie jak najszybsze pozyskanie arsenału jądrowego. Z przyczyn taktycznych Iran temu oficjalnie zaprzeczał, Korea Północna nie. Stany Zjednoczone utrzymywały, że oba kraje mają programy rozwoju tej broni. Okupacja Iraku osłabiła jednak Amerykę militarnie i politycznie. Stało się oczywiste, że USA nie potrafią dokonać skutecznej inwazji lądowej na inny kraj.

Mogły prewencyjnie wystrzelić rakiety z głowicami jądrowymi, ale konsekwencje takiego posunięcia wydawały się mało zachęcające. Trudniejsze było również zmobilizowanie krajów zachodnioeuropejskich i wschodnioazjatyckich do działań wymuszających na dwójce delikwentów zaniechanie programów jądrowych. Wbrew prognozom neokonserwatystów po inwazji na Irak Stany Zjednoczone miały mniejsze, a nie większe niż przedtem możliwości zahamowania proliferacji broni atomowej. Reżimy arabskie wysnuły z inwazji na Irak następujący wniosek: kunktatorska polityka prowadzona od wielu dziesięcioleci jest jedyną, która może zapewnić im przetrwanie.

Na froncie neoliberalnym kraje Południa poczuły się mniej zobowiązane do przestrzegania zasad konsensusu waszyngtońskiego na skutek związanego z inwazją na Irak osłabienia pozycji geopolitycznej USA. Zarówno negocjacje w ramach WTO, które administracja Busha chciała wskrzesić, jak i próba utworzenia Strefy Wolnego Handlu Obu Ameryk (FTAA) natrafiły na barierę wzniesioną przez Brazylijczyków i inne rządy Południa. Doszło do pata, który w gruncie rzeczy uniemożliwił WTO dalszą realizację jej neoliberalnych celów.

W sumie więc polityka zagraniczna Busha przyczyniła się do przyspieszenia, a nie zahamowania schyłku amerykańskiej hegemonii. Świat wszedł w fazę dosyć nieuporządkowanego, multilateralnego podziału władzy geopolitycznej, z szeregiem silniejszych i słabszych regionalnych ośrodków dążących do osiągnięcia jak największych korzyści - USA, Wielka Brytania, Europa Zachodnia, Rosja, Chiny, Japonia, Indie, Iran, Brazylia i inne. Żaden z tych ośrodków nie dzierży wyraźnego prymatu ekonomicznego, politycznego, militarnego czy ideologiczno-kulturalnego. Nie ma też wyraźnego układu sojuszy, chociaż powinien się on prędzej czy później ukształtować.

Jakie tendencje będziemy obserwować w ciągu najbliższych dwóch dziesięcioleci? Pierwsza z nich to całkowite załamanie się zasady nierozprzestrzeniania broni nuklearnej i powstanie kilkunastu albo nawet dwudziestu kilku nowych państw atomowych. Spadek potęgi USA w połączeniu ze sprzecznymi interesami licznych ośrodków geopolitycznego wpływu praktycznie gwarantuje, że te kraje, które zaprzestały prac nad bronią jądrową w latach 1970-2000, powrócą do swoich programów; potem bez wątpienia dołączą do nich również inne państwa. Będzie to odstraszało potencjalnych agresorów w wielu regionach świata, a z drugiej strony sprawi, że konsekwencje ewentualnych działań militarnych będą bardziej niebezpieczne.

W sferze finansów międzynarodowych przypuszczalnie zakończy się dominacja amerykańskiego dolara i powstanie system wielowalutowy. Nie ulega wątpliwości, że euro i jen będą powszechniej wykorzystywane jako instrumenty gromadzenia kapitału i wymiany towarów. Pozostaje kwestią otwartą, czy do tej listy dopisane zostaną inne waluty oraz w jakim stopniu wzrost liczby walut używanych w międzynarodowym obrocie gospodarczym zdestabilizuje system. Koniec podstawowej roli dolara będzie oznaczał dla USA poważny wzrost problemów z obsługą długu publicznego i przypuszczalnie doprowadzi do spadku poziomu życia amerykańskich rodzin.

Na szczególną uwagę zasługują trzy regiony, w których panuje obecnie polityczne zamieszanie mogące doprowadzić do zmian w geopolitycznym krajobrazie: Europa, Azja Wschodnia i Ameryka Łacińska.

Sytuacja europejska jest najlepiej znana. W okresie 2001-2005 wystąpiły tam dwa istotne procesy. Pierwszy z nich był bezpośrednim skutkiem dokonanej przez Busha jednostronnej rewizji amerykańskiej polityki zagranicznej. Francja i Niemcy publicznie sprzeciwiły się inwazji na Irak w poprzedzającym ją okresie i uzyskały poparcie szeregu innych krajów europejskich. Jednocześnie zacieśniły stosunki z Rosją, tworząc zaczątki osi Paryż-Berlin-Moskwa. W odpowiedzi Stany Zjednoczone z pomocą Wielkiej Brytanii stworzyły alternatywną grupę, werbując do swojego obozu większość państw środkowo- i wschodnioeuropejskich. Przystępując do amerykańskiego obozu, kraje te kierowały się swoim strachem przed Rosją, a tym samym potrzebą utrzymywania silnych związków z USA. Drugi proces wiąże się z porażką projektu konstytucji europejskiej w referendach we Francji i Holandii. Tutaj linie podziału przebiegały zupełnie inaczej niż w przypadku inwazji na Irak. Niektóre głosy na "nie" wynikały ze społecznego sprzeciwu wobec neoliberalizmu i obaw, że nowa konstytucja europejska usankcjonuje prawnie tę doktrynę, inne z lęku przed dalszym rozszerzeniem Europy na wschód i możliwą akcesją Turcji.

Jedni i drudzy wyborcy opowiedzieli się za bardziej autonomiczną Europą, zdolną podejmować decyzje względnie niezależnie od USA. Jednak połączenie obu wspomnianych procesów na razie zahamowało marsz ku silniejszej, bardziej niezależnej Europie. Pytanie brzmi, czy w najbliższej dekadzie uda się wskrzesić ten projekt przy większym wsparciu instytucjonalnym i społecznym. Pozostaje też kwestią otwartą, czy taki odrodzony projekt europejski osiągnąłby porozumienie polityczne z Rosją.

W regionie wschodnioazjatyckim scenariusz przyszłości przedstawia się odmiennie. Przede wszystkim strefa ta składa się jedynie z trzech dużych krajów: Chin, Korei i Japonii. Dwa z nich są obecnie podzielone, lecz sytuacja ta przypuszczalnie nie utrzyma się zbyt długo. Ani w przypadku Korei Północnej i Południowej, ani w przypadku ChRL i Tajwanu zjednoczenie nie będzie łatwe do osiągnięcia, można się jednak spodziewać, że dojdzie do niego przed 2025 rokiem. Jest jednak druga kwestia, która wyraźnie odróżnia wschodnioazjatycką strefę geopolityczną od tej położonej na drugim krańcu Eurazji. W Europie historyczna wrogość pomiędzy Francją i Niemcami w większej części wygasła, podczas gdy przepaść między Japonią i Chinami oraz Japonią i Koreą wciąż jest bardzo głęboka, a emocje po obu stronach osiągają wysokie natężenie. Korzyści gospodarcze z zacieśnienia stosunków są jednak tak wielkie dla wszystkich trzech państw, że mogą uśmierzyć historyczne urazy. Pozostaje jeszcze kwestia, kto z pary Chiny-Japonia powinien odgrywać "przewodnią" rolę w przyszłej unii wschodnioazjatyckiej. Problem ten, obejmujący kwestie wojskowe, monetarne i polityczno-kulturalne, jest możliwy do rozwiązania, ale wymagałoby to sporej odwagi politycznej ze strony władz wszystkich trzech krajów. Jeśli przeszkody zostaną pokonane, unia wschodnioazjatycka może wyrosnąć na najsilniejszego członka północnej triady. W tej sytuacji blok ten przypuszczalnie zaprosiłby USA do swojego obozu w roli politycznego nestora i młodszego partnera w jednym. Nie jest to rola, o której marzy Waszyngton, ale w 2025 roku może się wydawać atrakcyjną ofertą dla przywództwa i społeczeństwa amerykańskiego.

Pozycję autonomicznego uczestnika światowego życia politycznego może osiągnąć również Ameryka Łacińska, jeśli zrzuci z siebie pęta zależności od USA oraz skonsoliduje się gospodarczo. Gdyby skaptowała do swojego obozu Meksyk, otworzyłyby się przed nią ogromne możliwości polityczne i gospodarcze.

Najmniej oczywista jest odpowiedź na pytanie, jak w ten nowy układ geopolityczny wpisałyby się inne potencjalne ośrodki, a zwłaszcza Indie, Iran, Indonezja i RPA. W tle wszelkich rekonfiguracji polityki światowej kryją się zagadnienia związane z dostępem do energii i wody, w świecie już teraz osaczonym przez problemy ekologiczne. Być może jest to najbardziej wybuchowa kwestia ze wszystkich - kwestia, której nie rozwiążą żadne geopolityczne manewry i przetasowania.

p

, ur. 1930, socjolog amerykański, obecnie profesor Uniwersytetu Yale. W początkach kariery akademickiej zajmował się głównie problemami postkolonialnej Afryki. Zasłynął w latach 70. jako twórca koncepcji "systemu światowego", którą rozwinął w trzytomowej pracy "The Modern World-System" (1974-1989). Stanowi ona historyczno-socjologiczną próbę opisu (inspirowaną teoriami Marksa i badaniami Fernanda Braudela) kształtowania się światowej gospodarki kapitalistycznej. Oprócz tego Wallerstein opublikował m.in. książki "Africa. The Politics of Unity" (1967), "Historical Capitalism" (1983) oraz "After Liberalism" (1995). Po polsku ukazał się "Koniec świata, jaki znamy" (2004).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj